wtorek, 1 grudnia 2009

Na Zachodzie bez zmian

Są rzeczy, które nie tak łatwo zmienić. I rzeczy, których na dodatek wcale się nie ma ochoty  zmieniać ;) Życie potrafi nieźle namieszać, odciąć dostęp do wolnego czasu i innych przyjemności. Ale to nie powód do zmieniania zdania :)

sobota, 31 października 2009

Nasza broń

W bajce wszystko się może zdarzyć.
Inaczej jest w życiu.
Jednak nikt nam nie zabroni marzyć.
My, żołnierze wolnych marzeń,
Obronimy każdy sen, każdy dzień
Będziemy walczyć!

Naszą bronią słowa są,
Poematy, wiersze, baśnie.
Przy nich każdy,
Nawet zabiegany człowiek,
Spokojnie otulony w poezję zaśnie.

Bo poezja jest jak dobra wróżka,
Która w królewnę zmieniła Kopciuszka.
Przy niej każdy czuje się
Ważniejszy, mądrzejszy.
Ona koi ból złamanych serc,
Ona też łączy serca.

Nie potrzebne nam bagnety,
Inna broń.
Naszą bronią przecież słowa są,
Poematy, wiersze, baśnie…

1998

KOTkietka (indywidualistka)

Spójrz w me oczy!
Krzyknęła od progu.
Widziałeś, jak powoli kroczy
Paw rajskiego ogrodu.
Cała twoja!

Srebrna twarz bogini,
Hebanowe włosy,
Sarnio piękne oczy,
Smukła talia osy.
Moja – pomyślałeś.

Uciekła spłoszona,
Zbytnio przerażona
By zostawić pantofel…

2001

Poświęcenie

Zegary czasu terkoczą miarowo
W klepsydrach miałki tańczy piasek.
Stoisz do świata plecami,
Z głową opartą o stary regał dusz.
Przed tobą znajome drzwi.
Czy przekroczysz je jeszcze raz?

Pamiętasz? – Kochałeś.
Pamiętasz? – Kochała.
Alabastrową kładąc dłoń na drzwiach
Wciąż pamiętasz…

Nie oszukasz czasu, dobrze wiesz…
Nie oszukasz samego siebie.
Jej klepsydra już dawno przesypała się.

Krok do przodu,
Szeleszczą czarne szaty.
Ostatni raz patrzysz
Na jej fotografię.

Czuła, kiedy przyszedłeś.
Siedziała przed toaletką, upinając włosy.
- Jesteś – szepnęła do ciebie.
Ostatni raz patrzysz jej w oczy…
Pełne strachu.
Ostatni raz gładzisz jej kasztanowe włosy.
Ostatni raz widzisz blady uśmiech.
Czujesz jej lęk.
Widzisz drżenie rąk.
- Kochałam…

Klepsydra błysnęła w twojej dłoni.
Krzyknęła.
Szkło życia rozbiło się o ziemię.
Upadła
Pośród przeżyły piach, pośród odłamki duszy szkła.
Pośród twoje łzy.

W pierwszym zegarze nawalił trybik.
Inne stanęły zdziwione.
W klepsydrach zamarł piach,
W połowie drogi dla odkupionych.
Cicho miauknął czarny kot,
Wyprężył grzbiet i
W skoku na burko przewrócił wiekową kosę.

Klęczała na podłodze,
Delikatną dłonią zbierając okruchy życia.
Kryształowa łza biegła po jej policzku.
- Kochałeś – szepnęła drżącym głosem.

Kot biegał przestraszony po pustym mieszkaniu,
Potykał się o sprzęty.
W jego klepsydrze zatrzymał się piach.
Jego pan nie żył…

09.2000

Anonimowo o tobie

Tyś mi daleki
I bliski w jednym.
Ciastem świątecznym
I chlebem powszednim.

Tym, czego szukam
I przed czym uciekam.
Czego się boję
I czego czekam.

Tyś moim życiem
I moją zgubą.
Moją nadzieją
I zwątpień smugą.

I w każdej chwili
Na przemian od dawna
Ku tobie biegnę
I padam bezwładna.

Tam jesteś…

W smaku drżących ust,
W sekretnych wyznaniach.
W skradzionych pieszczotach,
W zachłannych spotkaniach.
Tam jesteś.

W godzinach rozmów,
W wiekach milczenia.
W chwilach ekstazy,
W minutach cierpienia.
Tam jesteś.

W zakazanym szczęściu,
W szaleństwie radości.
W sile nadziei,
W bólu wątpliwości.
Tam jesteś.

Tak realnie obecny,
Tak realnie daleki.
I tylko przy mnie cię nie ma
Choć chcę, byś był na wieki.

Nicpoń

Szara kulka wyłoniła się zza zakrętu,
Za nią czarny ogon, pod nim mignęła podłoga.
Ogon – ster pirackiego okrętu,
Manewrował w ataku na wroga.

Błysnęły białe szabelki,
Świsnęły w powietrzu pazurki.
I pocięły na frędzelki
Zasłon cienkie chmurki.

Lecz atak nadal trwa!
Przez pokój i przedpokój
Drapieżnik dalej gna.
Pędzi niszczyć spokój.

I jest – odwieczny wróg.
Stanęli pyszczkiem w liść.
Kot zjeżył włos, jak mógł
I w bój zaczął iść.

W skoku na przeciwnika –
Dziś tak bezczelnie zielonego,
Szara istotka na moment znika
By stłuc figurę wazonu niebieskiego.

Atak – co za siła!
Kły idą w ruch.
Doniczka ustąpiła,
Wygrywa szary zuch!

Po tak ciężkim boju,
Szaro-bury zwycięzca koci,
Pada, szukając spokoju
Wśród drobnych listków paproci.

26.08.2002

piątek, 30 października 2009

Żuraw i czapla

Kocham,
Rzekłeś otwarcie.

Uciekłam.

Kocham,
Rzekłam otwarcie.

Uciekniesz?

Gdyby

Nie było by lepiej,

Gdyby cofnąć czas.

Gdyby cofnąć te słowa,

Nie było by nas.


Nas?

Spytało szyderczo echo,

Wypełniając pustkę pokoju.

Jakich was?



czwartek, 29 października 2009

Gwoździe


Jest wiele wdzięczniejszych tematów opowieści niż gwoździe. Same w sobie gwoździe nie są nawet tematem ciekawym. Lecz czym byłby człowiek, gdyby nie potrafił rzeczy trywialnej nadać wielu, często skomplikowanych znaczeń. Od tego miejsca zaczyna się opowieść o gwoździach.

Jeden z prostszych wynalazków ludzkości – kawałek metalu, z jednej strony ostry, by mógł wbijać się w przeróżne tworzywa, z drugiej tępy i szerszy niż w przekroju samego trzonka, by mógł się oprzeć na owej materii, którą przebił. Daleki kuzyn subtelnej igły, co łączy elementy, lecz w przeciwieństwie do niej nie odchodzi od nich, pozostawiwszy jedynie ścieg nici, ale pozostaje zespolony, stając się zarazem elementem i budowniczym powstałej konstrukcji. Proste, nieskomplikowane narzędzie znane nam od wieków. 

Powstał by budować, by pomagać łączyć różne rzeczy w celu tworzenia rzeczy większych i ważniejszych. Zapewniać bezpieczeństwo – bo z jego udziałem samodzielne deski stają się ścianami domu, dachem i podłogą. Dzięki niepozornemu gwoździkowi zręczne dłonie budowniczych mogły wznosić najpiękniejsze z budowli.

Ale to było za mało. Sprytny ludzki umysł szybko odnalazł dla gwoździa nowe zastosowanie. Po co budować, skoro można niszczyć? Spokój, bezpieczeństwo, nawet godność – wszystko to można zburzyć za pomocą jednego dobrze wbitego gwoździa. Jego ostry koniec wręcz sam do tego zaprasza. Można go wbić w czyjąś dłoń, skazując na ból i niewygodę zgruchotanych kości. Ludzka wyobraźnia nie ma chyba granic, jeśli chodzi o przeróżne sposoby zadawania cierpień. Można pójść krok dalej i ową dłoń połączyć za pomocą takiego bretnala z deską, a ową deskę uczynić krzyżem. Wtedy poza bezpieczeństwem życia umiera również godność ofiary.

Do tego momentu była to opowieść o gwoździach realnych. Odlanych z żelaza, stworzonych z metali, takich, które z równą łatwością mogą pomóc kogoś uszczęśliwić, dajmy na to nową półką na książki, co skrzywdzić a nawet zabić. Za tymi gwoździami zawsze stoi jednak czyjaś ręka. Bo gwóźdź, jako narzędzie idealne, wymaga kogoś, kto weźmie go w dłoń, przyłoży do jakiejś materii i wbije. Sam w sobie nie jest ani pomocny, ani niebezpieczny. Istnieją jednak również gwoździe innego typu.

I właśnie o takim Gwoździu jest to opowieść. Zrodzonym z niepewności, lęku, wątpliwości i obaw. Czającym się tuż za naszymi plecami, gotowym w dogodnym dla siebie momencie pojawić się niespodziewanie i wbić w nas z całą siłą. Przez czaszkę, w sam środek głowy, lub przez żebra, w sam środek serca. Niczym wampir, Gwóźdź nie zjawia się niezaproszony. Tam, gdzie go nie chcą – po prostu się nie zjawia.
„Czy jestem dla niego rzeczywiście aż tak ważna…”,
„A może powiedział to, by osiągnąć tylko własną korzyść?”,
„A jak kłamał?”,
„Nie nadaję się do tego, chyba powariowali, dając mi to zadanie…”,
„A jeśli nigdy od niej nie odejdzie?”
– to tylko jedne z wielu, wielu setek zaproszeń, jakie nieświadomie wysyłamy Gwoździowi. A gdy, przywołany, już się w nas wbije, to nie ma ani fontann krwi, ani palącego, fizycznego bólu… Cwany drapieżnik wbija się bowiem bezpośrednio w naszego ducha, zatruwając go jadem niepewności i lęku.

Zaś największą sztuka, godną umiejętności fakirów, jest świadomie, z przemyślaną premedytacją, wbić sobie takiego Gwoździa. Miast cieszyć się tym, co nam dał los, dzielić z bliskimi uczucia i radości – dać się porwać przeróżnym myślom. Doszukiwać się cieni w słoneczną pogodę, zdrady wśród przyjaciół, kłamstwa w wyznaniach. Wplatać w to, co jest, to czego nie było i czego zapewne nigdy nie będzie. Doszukiwać się ukrytych znaczeń, celów i zamiarów. Oskarżać o złe intencje innych i siebie. Tropić fałsz we własnych czynach i w czynach innych.

A gdy tego jest za mało, iść krok dalej - dłoń przybić do deski. W swoich dobrych gestach, słowach i zamiarach upatrywać komplikacji, które przyjdą nimi obudzone. W swoim szczęściu widzieć smutek innych. Nim się ktoś zdąży zorientować – deski są już połączone w krzyż. I zostaje go dźwigać, w bólu i trudzie.

Patrząc na to, Gwóźdź zawsze zastanawiał się, po co ludzie czynią takie ofiary? Pozbawione sensu, zrodzone z nieistniejących problemów? Czyżby życie bez smutku, bólu i krzywdy jawiło im się nieciekawym? Za każdym razem, wzywany, pojawiał się. Jak przystało na posłuszne narzędzie. Za każdym razem pozwalał się wbijać i z mieszaniną podziwu i niezrozumienia, obserwował, jak ludzie wciskają go głębiej, mocniej i w coraz to nowe miejsca. Jakby spragnieni nowego cierpienia. Posłuszny ich woli, drążył duszę, odbierał radość, sprowadzał bezsenne noce, kołatał sercem, zabierał dech, toczył łzy. Gdy umęczeni i okrwawieni nie mieli już sił, odchodził. Lecz wiedział, że musi być blisko, bo gdy tylko na moment złapią oddech, uzyskają choćby namiastkę spokoju, zaraz znowu zaczną go wzywać. Raz wbity, zostawał z nimi już do końca ich dni, gotowy, posłuszny – czekający na rozkaz, by służyć zgodnie z istotą narzędzia.

I płakał nieistniejący Gwóźdź rzewnymi, nieistniejącymi łzami. Bo gdzieś w środku swojej nierealnej istoty czuł, że nie został stworzony do krzywdzenia. I śnił, że jest jedynie zwykłym gwoździem, który zostanie wyciągnięty z narzędziowej skrzyneczki tylko po to, by tworzyć. Budować, wzmacniać, kształtować. Jednak nigdy tego nie zaznał, bo ludzie nie potrafią tak po prostu wykorzystywać narzędzi, nawet prostych, trywialnych rzeczy. Każdej muszą nadać inne znaczenie, przypisać nową rolę. Nie dziwił się wcale temu, Gwóźdź widział bowiem Uśmiechy, które skazano na rolę fałszywych, Miłość, którą zadawano zdradę, i Wiarę, którą burzono zaufanie. Jednego był pewny – mógł dostać bardziej niewdzięczną rolę.

Żal mi moich Gwoździ. Powinny mieć szansę choć przez chwilę być tylko tym, do czego jest stworzono. 




wtorek, 27 października 2009

Ostre kawałki

Blask ma w oczach, ale gorzkie usta.
Serce, rzekłbyś, otwarte, ale kochać nie umie.
Dzisiaj oświadcza przyjaźń, jutro jej zaprzeczy...
Nierówny, ostry, dziwny w swojej krnąbnej dumie...

Ludzie, z daleka od nas! łatwo się skaleczyć
Każdym z nas, jak kawałkiem stłuczonego lustra!

A lustro było piękne. Było diamentowe,
Czyste, wielkie i dobre. Nasze, jednym słowem...

"My..." Maria Pawlikowska-Jasnorzewska 

Kto raz zranił się ostrym, wystrzępionym kawałkiem szkła, jak ognia unika lustrzanej tafli. Niczym człek, który dłoń sparzył na żeliwnych drzwiczkach pieca. Całe zaś piękno naszego życia, urok człowieczej natury, sprowadza się do tego, by mieć odwagę znów bez lęku sięgać ręką po wszystkie jego aspekty, choćby jawiły się ogniem żelaza czy lodem szkła.

- Jestem kobietą, nie umiem żyć bez lustra - szepnęłam, zachłannie patrząc w zwierciadło.

poniedziałek, 26 października 2009

Znak

Można bardzo pragnąć znaku. 

Wyglądać wskazówki, jak postąpić, którą drogą podążyć. Takie drogowskazy losu pomagają nam określić, czego pragniemy, zdefiniować nienazwane i ustalić i pomóc podjąć decyzję, jeśli takowa już w nas tkwi.

Można bardzo pragnąć znaku. Chcieć wyciągnąć z tali kart tę jedyną damę. Lecz uporczywie, wbrew czterem podejściom, widzieć na dłoni zwykłą liczbę, miast dworskiej karty. A gdy ta, wywołana, stanie przed nami w rzeczywistości i schylając pokornie głowę, wyszepcze słowa, na których nam ongiś zależało – wtasować ją z powrotem do talii.

Jak widać, można ignorować znaki, nawet jeśli się ich pragnęło…

czwartek, 27 sierpnia 2009

Drobne radości

Często zapominam,  jakim to fajnym zajęciem jest przebywanie samemu ze sobą. Człowiek jest ciagle w kontakcie z innymi, wykorzystuje większość wolnego czasu na spotkania z innymi ludźmi. Przychodzi jednak ten dzień, gdy nie ma się ochoty ogladać nikogo na oczy. Nie jest to żadna zła oznaka, żaden dołek psychiczny czy melancholia. Po prostu odmienna forma relaksu - zamiast zabawy z ludźmi,  wyciszenie we własnym towarzystwie. 

Można w spokoju wypić ulubioną herbatę, poczytać ksiażke bądź obejrzeć film, a przede wszystkim - zająć się tym, co nam sprawia przyjemność, a na co od dawna brakowało czasu / okazji :)

Dobrze, że nie potrafię się nudzić we włąsnym twoarzystwie ;)

środa, 26 sierpnia 2009

Okruszki ze "Świata finansjery"

Najnowszy odcinek ze Świata Dysku, Terry Pratchett - "Świat finansjery"

Cytat książki:

"Jeśli człowiek stoi w miejscu, dościgną go jego błędy."

Cała prawda o spotkaniach:

"Byłoby miło, gdyby [...] jego lordowska mość przyjął ideę, że spotkanie to coś, na co umawia się więcej niż jedna osoba."

"Były spotkania. Zawsze były spotkania. I były nudne, co jest jednym z powodów, dla których były spotkaniami - nuda lubi towarzystwo."

Cała prawda o bankach:

"Dlaczego banki zawsze budują tak, by przypominały świątynie, mimo że kilka wielkich religii a) jest kanonicznie przeciwnych temu, co banki robią wewnatrz, i b) utrzymuje w nich rachunki?"

piątek, 14 sierpnia 2009

Nadranne odkrycia

Czego to się człowiek późną nocą, w chwilach, gdy pora powinnna być już nazywana świtaniem, może dowiedzieć!

Ra-V żyje i nadal jest szelmowsko złośliwy. Bogom dzięki - innego go sobie nie umiem nawet wyobrazić ;) Jemu zaś dzięki za świetną rozmowę, taką, na jaką dawniej mogłam liczyć przy kawie.

Czasem człowiek docenia znaczenie pewnych zjawisk/ ludzi/gestów, dopiero gdy traci z nimi kontakt. Lecz nie od razu, lecz wtedy gdy natknie się na nie ponownie, po dłuuuuuugim czasie. To jak z jedzeniem słodyczy... Nie tęskni się za słodkościami, póki ktoś nie otworzy przy nas bombonierki. Podejrzewam, że to właśnie dlatego czekolada jest taka dobra. A przyjaciele tak cenni :)

*O bombonierce, gołębiu i rozgarniętym policjancie opowiem przy innej okazji, jak odeśpię.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Pozytywne doładowanie

Poruszam ten temat tylko dlatego, że tzw. zły początek tygodnia skończył się jakieś 4 h temu. Wcześniej wolałam nie zapeszać i nie psuć sobie ewentualnie humoru, który po południu miałam już całkiem dobry.

Pytanie: Co jest najlepsze na poniedziałkową chandrę? 

Odpowiedź: Rozmowa z serdeczną osobą.

Owej serdeczniej osobie mocno dziękuję za mój pierwszy poniedziałkowy uśmiech i pozytywne doładowanie baterii.

Cóż, tak to już jest, że człowiek czasem musi dostać lekkiego kopa na rozpęd. Potem już z górki :)

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Poniedziałek

Co tu dużo pisać...

Poniedziałek.

A na dodatek od samego rana leje deszcz.

I jest chłodno.

Brryyyy...

Tfu...

I fuj!

6:30 - otwieram oczy, za oknem deszcz i szaruga. W pokoju zimno.

6:32 - zamykam okno; ciut cieplej.

6:33 - dochodzę do wniosku, że totalnym absurdem było obudzenie się o tej godzinie. 

6:34 - próbuję ponownie zasnąć; sąsiad włącza wiertarkę i rozpoczyna koncert udarowy.

6:35 - dochodzę do wniosku, że większym absurdem niż moja pobudka jest rozpoczynanie remontu o tej godzinie; przeklinam sąsiada, owijam się kołdrą i zasypiam.

7:00 - nici ze spania; głowa mnie boli, za oknem deszcz, a sąsiad chyba sprosił kolegów z dodatkowymi wiertłami; chcąc nie chcąc, wstaję.

8:00 - kawa nie pomaga; zaczynam przeglądać Wyborczą z ofertami pracy.

8:02 - stwierdzam, że brak własnego samochodu dyskwalifikuje mnie do większości ofert; przestaję sie zastanawiać nad tym, czemu ogłoszenia dotyczą tylko przedstawicieli handlowych i samodzielnych księgowych. 

8:07 -  zaczynam się zastanawiać nad tym, czemu ogłoszenia dotyczą tylko murarzy, dekarzy, cieśli, operatorów wiertnic i koparek; szukam dobrych stron - w razie czego, sąsiad znajdzie sobie pracę ;)

8:10 - ogłoszenia drobne: aaaaatrakcyjne panie; zerkam w lustro; dochodzę do wniosku, że jestem atrakcyjna tylko przez jedno "a".

***

Wychodzi na to, że to jeden z TYCH dni. Najprostsze rzeczy stają się niewykonalne, niemal każda myśl kończy się zwiększeniem psychicznego dołka. Studia za mną, a pracy przyszło mi szukać w dobie kryzysu. Szanse na wynajem własnego m - zerowe, nawet gdybym cudem dostała pracę za 2 kawałki. Ale nie poddaję się. Przynajmniej do czasu, gdy w pośredniaku oferują magistrowi jedynie roznoszenie ulotek... Wiedziałam, że tak będzie - w końcu dziś jest poniedziałek...

Okruszki z Czary wyroczni

[...]

Gwar rozmów na moment przycichł, kiedy owa drobna, sztywno wyprostowana postać w stroju rodem z minionego stulecia odrzuciła czarną zasłonę, spod której wyłoniła się twarz dziwnie piękna, aczkolwiek powleczona widmową bladością od pokrywających ją warstw białego pudru. Nieznajoma chwilę jeszcze stała w progu, z niejakim rozbawieniem obserwując zgromadzone w salonie towarzystwo, jak gdyby w pełni zdawała sobie sprawę z sensacji wywołanej swoją obecnością.

- Ta osoba, drogi ambasadorze, to najzuchwalsza kobieta w Paryżu - cierpko zauważył towarzysz włoskiego dyplomaty, komendant generalny paryskiej policji, ubrany w dyskretnie surowy strój.

- Nie wątpię, że nikt nie może mieć bardziej uzasadnionych powodów do takich twierdzeń, monsieur de La Reynie - grzecznie skwitował tę uwagę Włoch, z trudem odrywając oczy od surowo pięknej twarzy nieznajomej. - Wygląda jak czarodziejka.

- Bo też o to chodzi tej damie. Odznacza się ona wielkim wyczuciem teatralnego efektu. Dlatego mówi o niej cały Paryż - szef paryskiej policji uśmiechnął się z ironią, choć spojrzenie jego bezbarwnych oczu pozbawione było wesołości. (...) - Bezwstydna awanturnica! Każdy skandal, który zdarzy się w mieście, umie zmienić w brzęczącą monetę, ot cały sekret! Tyle wierzę w te jej magię, co w jej twierdzenie, że przeżyła blisko dwa stulecia dzięki alchemicznym sztuczkom.

Zmieszany tymi słowy ambasador opuścił swoje lorgnon, na co de La Reynie kpiarsko uniósł brew:

- Nie powiesz mi chyba, drogi przyjacielu, żeś gotów był nabyć ową tajemnicę nieśmiertelności?

- Ach nie, skądże! - pospiesznie zapewnił go ambasador. - Żyjemy wszak w czasach postępu. Chyba jedynie głupcy wierzą dziś w takie przesądy.

- Zatem nawet w stuleciu nauki połowa Paryża to głupcy. Niech no ktoś postrada chustkę do nosa, pierścień albo kochankę, w te pędy gna do markizy, a ona kładzie mu karty bądź spogląda w to swoje tak zwane naczynie wyroczni. Tam do licha! A jednak większość petentów wychodzi od niej usatysfakcjonowana! Ileż trzeba inteligencji, by utrzymywać w ludziach wiarę w takie oszustwa. Niebezpieczna to inteligencja.(...)

***

[...]

Po krótkiej chwili szef paryskiej policji stanął twarzą w twarz z kobietą znaną mu jako przedmiot niezliczonych tajnych raportów. Szare oczy otaksowały go chłodno, z jakąś prawie matematyczną precyzją. Ta drobna wyprostowana postać... ach! miała w sobie coś niesłychanie irytującego.

- I jakże się miewa najsłynniejsza paryska szarlatanka? - Nienaganne zazwyczaj maniery pana de La Reynie załamały sie pod wplywem rosnącej w nim nagłej niechęci.

- Miewa się niemal równie dobrze jak najdostojnieszy komendant paryskiej policji - brzmiała chłodna odpowiedź markizy.

- Zapewne przyszłaś tu, pani, sprzedawać karciane sekrety - rzucił przez zęby. W duchu sam dziwił się furii, jaką budzi w nim ta kobieta. To jej spojrzenie! Ileż w nim arogancji! Śmie okazywac mu w oczy, że bawi ją jego osoba.

- O nie, tego nie mogłabym sprzedać nikomu, chyba że to pan pragnąłby zostać nabywcą - przez twarz devineresse przemknął złośliwy uśmiech.

(...)

Gdy jednak odwróciła się twarzą do podstarzałego jegomościa, de La Reynie dodał pod nosem:

- Bardzo chciałbym wiedzieć, skąd pochodzisz, ty awanturnico.

- Skąd? - rzuciła przez ramię. Zaskoczyła go. Jakby nawet zajęta czym innym łowiła uchem każdy najcichszy odgłos. - Ależ z Paryża! - roześmiała się głośno. - Gdzież indziej mogłam się urodzić?

Kłamstwo, pomyślał La Reynie. Znał wszystkie tajemnice tego miasta. Niepodobna, by ktoś tak wybitny mógł przyjść tutaj na świat bez wiedzy jego agentów. Uznał to za wyzwanie. (...) Żadnej kobiecie nie wolno tak grać na nerwach samemu szefowi policji.

Czara wyroczni, J.M. Riley

 

Okruszek ten spisano na zaostrzenie apetytu ;)

Więcej o książce

Czara wyroczni


Robiłam dziś porządki, a raczej – zajmowałam się czynnościami porządkopodobnymi w celu uniknięcia wyrzutów sumienia, iż nie robię tego, co robić powinnam, a na co kompletnie nie miałam ochoty. Owszem, brzmi zawile. Jednak założę się, że każdy przez to kiedyś przechodził. Choć… kto wie? Po zastanowieniu muszę przyznać, że zapewne nie każdy. Tak czy siak, u mnie na porządku dziennym były wszelkie „nagłe i wymagające natychmiastowego urzeczywistnienia marzenia o oknach czystych do tego stopnia, że widać przez nie Alpy, nawet gdy się mieszka w Szczecinie”, zwłaszcza w okresach sesji egzaminacyjnych. Zdarzało się też odkurzanie, trzepanie dywanów, przesadzanie kwiatków, mega-wielkie-cało-szafowe pranie i oczywiście czynność najmilsza, zwana z arystokratycznego zacięcia porządkami w biblioteczce. 

Dziś trafiło na tę ostatnią formę rekreacji. Aby oddać sprawiedliwość, należy w tym miejscu przyznać, że nie dorobiłam się jeszcze biblioteczki marzeń, która byłaby odrębnym pomieszczeniem, pełnym mebli z duszą i obowiązkowym kominkiem. Na razie muszę się zadowolić niezliczoną liczbą kartonów i dwoma regałami, przy czym każdy z innej parafii sklepowej i tylko zrządzeniem losu ciut ze sobą współgrają kolorystycznie. Zresztą, kwestia koloru drewna nie ma żadnego znaczenia, przynajmniej do czasu, gdy dysponuję jedynie okleinowymi egzemplarzami.

Wszystko zaczęło się od tego, że miałam sporo spraw do załatwienia. I zero ochoty na to, aby poświęcać im czas. Zgodnie z prywatną tradycją, stworzyłam wokół siebie pozory miejsca przygotowanego do pracy. Następnie, również zgodnie z tradycją, zignorowałam to wszystko. Po kwadransie zaangażowanego nic-nie-robienia mój wzrok sięgnął najbliższego regału. Moje kochane książeczki stały tam sobie spokojnie, rzekłabym, dostojnie, wygrzewając grzbiety w promieniach sierpniowego słoneczka wpadającego przez okno. I wtedy właśnie stała się rzecz straszliwa – dostrzegłam lukę. Rękę daję, luki nie kupowałam do swego księgozbioru. Po chwili niezbyt nerwowego dochodzenia ustaliłam braku jakiego tytułu owa luka jest dowodem. Ale skoro już warowałam przy regale… Tak właśnie wyglądała historia dzisiejszych porządków. Po prawdzie, to nie o nich chciałam pisać.

Porządki były jedynie okazją, by w moje ręce znów trafiła książka, która swego czasu zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Owszem, były też okazją do rachunku sumienia. Niestety, w rozliczeniu wielkości sterty „do przeczytania” i tempa, w jakim ta sterta nadal nie maleje, nie znalazłam pocieszenia. Ale przynajmniej złożyłam obietnicę, że w najbliższej wolnej chwili ostro się wezmę za nadrabianie zaległości.


Odnalezionym tytułem była Czara wyroczni, autorstwa Judith Merkle Riley (w eleganckim wydaniu Książnicy, z 1996 roku). Upolowałam ją w jakimś antykwariacie dobre pięć lat temu. Jednak jedno spojrzenie na oszczędną w kolorach, ale za to wysmakowaną ilustrację okładki wystarczyło, by wróciły wspomnienia radości, jaką przyniosła mi jej lektura.

Autorka nie jest co prawda historykiem, ale jej pasja i zamiłowanie wystarczyły, by w pełni odmalować ducha epoki siedemnastowiecznej Francji. Podobno, w co nie mam powodu wątpić, pani Riley zawsze solidnie przygotowuje się do pisania powieści, studiując materiały i dokumenty z zamierzchłych czasów. Dzięki temu czytelnik dostaje pod nos książkę odmalowaną wszystkimi barwami minionych epok, pełną cieszących oko i umysł szczegółów, drobiazgów, które sprawiają, że opisywane przez nią wydarzenia i postaci jawią się nie tylko żywe, ale i bliskie.

Podobnie było w przypadku Czary wyroczni – fabuła powieści została bowiem zbudowana na solidnej podstawie, jaką były dokumenty sądowe ze śledztwa, które prowadzono po aresztowaniu zawodowej wiedźmy i trucicielki, Marie Bosse. Choć w toku śledztwa wyszło na jaw istnienie wpływowej organizacji płatnych morderczyń, to zostało częściowo umorzone i utajnione. Powód był dość prozaiczny – szefowa organizacji, niejaka Katarzyna Montvoisin, wróżka wyższych sfer utrzymywała kontakty z markizą de Montespan. W takiej sytuacji, Ludwik XIV nie miał nic innego do zrobienia, jak ukręcić łeb sprawie. Zresztą, markiza była częstą klientką i figurowała na listach zakupów zaklęć, które skrupulatne i obrotne wiedźmy spisywały. Akcja kręci się wokół światka przestępczego,  kliki wróżbitów, organizacji trucicieli i oczywiście, śmietanki arystokratycznej.  W tej scenerii przyszło się głównej bohaterce, Genevieve, mierzyć z biedą, cierpieniem, kalectwem i co najgorsze - skostniałym społeczeństwem. Inteligentna,  ale uboga dziewczyna  nie znaczy nic w tym świecie. Chyba że umie odpowiednio manipulować ludźmi, ich pragnieniami i lękami.  A wtedy droga do bogactwa stoi przed nią otworem - musi tylko wspiąć się na odpowiednio wysoki szczebel w hierarchii uznanych wróżbitów. I jak się okazuje, bogactwo nie jest celem, a jedynie środkiem do jego zdobycia. Co jest więc celem?  Przeczytajcie ;)

Komu nazwisko pani de Montespan nic nie mówi, książki nie polecam. Ten zaś, kto darzy choć lekkim sentymentem siedemnastowieczną Francję, z jej kulturą i obyczajami, powinien z miejsca sięgnąć po lekturę. Na kartach powieści, poza postaciami fikcyjnymi (czyli główną bohaterką, Genevieve Pasquier), spotkamy wspomnianą markizę i króla, a także innych wpływowych arystokratów, m.in.: Filipa Orleańskiego, Mademoiselle de Fontanges, diuka de Vivonne, diuka de Nevers Philippe Manciniego. Mocno zamieszani w akację powieści są również znani urzędnicy królewscy, choćby: Jean-Baptiste Colbert, pan Le Tellier markiz de Louvois (czyli minister wojny na dworze Ludwika XIV), Gabriel Nicolas de La Reynie (komendant policji kryminalnej, urocza, bezwzględna szelma) i kapitan Desgrez (motor napędowy powieści). Ale to dopiero przedsmak. Zważywszy na tematykę książki, mamy doskonałą okazję do poznania jeszcze barwniejszych charakterów, czyli całej plejady wróżbitów, magów, czarownic i trucicieli. Nie ma sensu wymieniać ich wszystkich, ale warto wspomnieć tych najważniejszych dla opowieści: Prim Visconti – nadworny wróżbita króla, pani de Brinvilliers – wielokrotna trucicielka, wspomniana szefowa, Katarzyna La Voisin, i mag Adam Le Sage.

Zawiła intryga, wartka akcja, bogato odmalowane otoczenie i realne, żywe postacie, lekki styl narracji oraz przemawiające do wyobraźni opisy – oto zdecydowane zalety Czary wyroczni. Szczypta historii, odrobina magii i nuta tajemnicy, splecione ze sobą w odpowiednich proporcjach, dają nam prawdziwie elektryzujący eliksir – esencję dobrej literatury. Polecam wypić do ostatniej kropli :)


środa, 29 lipca 2009

Re-aktywacja

Sporo wody upłynęło, odkąd tu ostatnio zaglądałam. Nie miałam czasu,  ale i ochoty - wolne chwile wolałam poświęcić na typowy ludziom odpoczynek (w pozycji z brzuchem do góry). Dziś zaś można oficjalnie uznać, że cały ten zaganiany okres już za mną. Dyplom w kieszeni, zostało do załatwienia tylko kilka spraw z uczelnią (ale to akurat już nic nie znaczy). 

Praktycznie cały lipiec to mój zasłużony urlop. Ale za to jaki! ;)

Zaczęłam od cudownego, błogo leniuszkowego pobytu na Mazurach. Widoki jakoś mnie nie urzekły, bo pośród miejskich zabudowań próźno szukać urody tej krainy. Na szczęście, posiłkowałam się wspomnieniami uroczych nadbiebrzańskich plenerów, zapobiegliwie wyniesionymi z dzieciństwa (w mysl zasady: nigdy nie wiesz, do czego to się przyda). Jednak brak zachwycających pejzaży nie był nawet drobniutkim problemem, bo o dobrą atmosferę urlopu dbało całe stado świetnych ludzi. W ich towarzystwie można wypocząć pewnie nawet w środku wielkiego miasta :) Tzw. "pozytywna banda wariatów", ale praktycznie w większości oswojonych już lata temu. Urlop zaś był jedynie okazją do tego, by znów spędzić w ich towarzystwie trochę czasu.

Wspólnymi siłami, ratując się zastrzykami procentowej energii (popołudniowe piwko nie usypia - ono stawia na nogi), dokonaliśmy wielkich czynów: zwiedziliśmy cały Ryn (z obowiązkowym plażowym lenistwem), podbiliśmy twierdzę w Giżycku, zleźliśmy w deszczu Wilczy Szaniec (bez Hitlera, Adolf znalazł się później...). Biegalismy w dziwacznych kapeluszach po miasteczku Mrongoville (Mrągowski przepis na własną, rdzenną hamerykańską osadę), poskakaliśmy po znanym z Mazurskich Nocy Kabaretowych amfiteatrze, ślizgaliśmy się na zalanym deszczem pokładzie rejsowego stateczku podczas ekspady przez Śniardwy i z typową turystom radochą złaziliśmy Mikołajki. Było jeszcze zwiedzanie Galindii (o tym więcej przy innej okazji), czyli szalonej rezydencji fana Galów i życia zgodnie z naturą, i wizyta w skansenie w oborze w Owczarni, a także obowiązkowe wizyty w Lewiatanie (sprzedawczynie nas polubiły :P). 

Na dobrą sprawę, mogliśmy tak zwiedzać każdy zakątek Polski - bo o tym, że urlop był rewelacyjny, zadecydowała wesoła kompania :) Nikt tak nie motywuje do zwiedzania, jak kobieta w ciąży. Skąd ona brała tyle energii?! :P

Po mazurskich podbojach ruszyłam aż za Wrocław, do miejscowości o tak dziwacznej nazwie, że łatwiej jest mówić "kilka kilometrów od Jawora". Tu czekała już inna ekpia, ale zabawa była równie przednia. Obeszło się nawet bez zwiedzania ;) Erpegowe wyjazdy mają to do siebie, że zwiedza się "okolice przedstawiane przez MG", co w zupełności wystarcza :)

Uff, teraz koniec pisania i koniec radosnego leniuchowania. 

piątek, 29 maja 2009

Ślepy Amor

Czemuś przewrotna Fortuno,
posłała ślepego Amora?
Co strzałą godził w me serce,
lecz jego ustrzelić nie zdołał?

Bo jemu strzała posłana
nie moje nosiła imię.
I z tego prostego powodu
umarłam, choć wciąż żyję.

2007

Nagość na sprzedaż

Tytuł posta jest oczywiście zupełnie roboczy. Taka wypadkowa refleksji na temat obnażania się we wpisach na blogu, a szacunkiem do samego siebie. Wychodzi na to, że wektor powstałej w ten sposób siły pcha moje poczynania nadal do przodu (co widać, bo dalej piszę na blogu). Skoro owego bloga już mam, to zrobię z niego "naturalne rozszerzenie szuflady".

Drżyjcie ;P oznacza to zapowiedź rychłego pojawiania się coraz gorszych (bądź gorszących) przykładów grafomanii mojej, zrodzonej z namiętnej miłości do klepania palcem w kawiaturę. Tak oto, z niezdrowym entuzjazmem (typowym stanom maniakalno-depresyjnym zwanym również "autora potrzebą wyrażenia siebie i nasikania na świat wokół") zaczynam dziś  cykl "Palcem w chmurach", pseudo-liryczną partnerkę działu "Opowiastki". Oby z tego związku nie było dzieci...

P.S. Tekstów zamieszczanych w wyżej wymienionych działach autorka zdecydowanie nie radzi traktować poważnie. To jedynie wynik zabawy, jaką jest pisanie. Osobom chętnym do zignorowania tej uwagi, autorka radzi zająć się też innymi, wielkimi problemami świata - po co marnować czas na bycie szczęśliwym?

niedziela, 24 maja 2009

Błyskawiczny sposób na dobry humor

Niedzielne, pochmurne popołudnie. W planach - dalsza praca nad magisterką. Reasumując - wyjątkowo zły dzień. Dlatego zafundowałam sobie błyskawiczny sposób na dobry humor, który wszystkim serdecznie polecam.

Przepis na Dobry Humor

Składniki:

- kilka garstek świeżutkich, pachnących,  czerwoniutkich truskawek

- dwie łyżeczki cukru

- odrobina 18% słodkiej śmietanki 

- odrobina entuzjazmu i dobrych wspomnień

Przygotowanie:

Truskaweczki (ale już te krajowe - pachnące i smakujące jak truskawki, a nie jak napompowany styropian) myjemy, oddzielamy zielone od czerwonego (w sensie - zielsko do śmietnika, truskaweczki do miseczki). Z entuzjazmem i pozytywnym nastawieniem wizualizujemy sobie wyśmienity smak truskawek (UWAGA! Podjadanie podczas przygotowywania owoców może skutkować brakiem składników istotnych do zrobienia deseru). Owoce kroimy na kawałki (wielkośc wedle upodobań), zasypujemy cukrem, mieszamy i zostawiamy na chwilkę. W wyniku romansu truskawek z cukrem otrzymujemy pyszny soczek.  Im go więcej, tym lepiej - bo za moment dolewamy doń słodką śmietankę i otrzymujemy przepyszny deser.

Prosty, szybki i przyjemny. Pewnie kaloryczny jak diabli, ale kto by liczył kalorie, gdy w grę wchodzi dobry humor? Pachnie latem, słońcem i radością. W smaku wyczuwalne nuty beztroskiego dzieciństwa i wakacji spędzanych na Mazurach, które były doskonałą okazją do siedzenia w zagonie truskawek i pałaszowania (UWAGA: samak dzieciństwa może być inny, w zależności od osoby jedzącej :P ).

Smacznego, ja wracam do walki z hipotezami badawczymi :)

sobota, 23 maja 2009

Brutalne powody długiego nic-nie-pisania

Aby w pełni zrozumieć instytucję, z którą przyszło mi teraz walczyć, należy najpierw wyobrazić sobie następującą scenkę.

Student właśnie pokonał pół miasta w zatłoczonym autobusie. Jest maj, ciepło jak diabli, a nie wszyscy współpasażerowie pamiętali o higienicznym trybie życia. Czort z tym. Student potrzebuje jednego małego zaswiadczenia, inaczej uwali sobie kilka ważnych spraw w życiu. A jak to w życiu bywa, dowiedział się o tym za późno i ma tylko ten jeden dzień na działanie. Zerka na zegarek - 12:40. Zerka na kartkę na drzwiach dziekanatu - "czynne do 13:30". Oddycha z ulgą (oczywiście przedwcześnie), naciska klamkę i wchodzi. Zamiast odpowiedzi na swoje grzeczne dzień dobry, słyszy: "Przykro nam, już nieczynne. To znaczy czynne,  ale komputery już wyłączone i nie pracujemy"

Komputer, rzecz święta - raz wyłączonego nie można denerwować kolejną pobudką. Zaświadczeń odręcznie pisanych nie wydają, bo "ależ bez przesady, mamy już epokę komputerów"... Poza "proszę przyjść w poniedziałek" nie miały już nic ciekawego do powiedzenia te strasznie zapracowane panie w dziekanacie. By je wszystkie... same dobre rzeczy w życiu spotkały (ostatnio walczę ze złorzecznictwem, dlatego zostaje mi życzyć ludziom samych dobrych rzeczy i ogólnego szczęścia - przy założeniu, że to Polacy, więc od ogólnego dobrobytu, prędzej czy później, i tak szlag ich trafi).

Teraz nie powinno nikogo dziwić, że zmuszona jestem przebudować, a co bliższe prawdy, napisać od nowa 3/4 magisterki, która jeszcze miesiąc wstecz była "bardzo dobrze, hipotezy ok, merytoryka do przodu. Tylko zrobić badania". Informacja o tym, że przełożona promotora będzie jednocześnie recenzentką wystarczyła, aby praca zyskała status "no, to cała metodologia od nowa - według Sztumskiego ma być, kto się zgodził na inną?! I proszę się pospieszyć, trzeba jeszcze zrobić badania."

No to się spieszę. Może to z tego pośpiechu jeszcze mnie szlag nie trafił - ot, nie zdążył dogonić po prostu. Jak dogoni, to nie chciałabym być obok siebie. Zachciało się, #*^%#%*&, studiować...

wtorek, 5 maja 2009

A ku-ku, czyli o zgubnych wpływach hazardu

Dzisiejszy post jest ku przestrodze tym, którzy nie czują słusznego lęku przed kartami. Karty mają moc, moi drodzy. Zwłaszcza te z klasycznej talii, przetasowane kilka razy i rozdane przy stole uginającym się od piwa i paluszków. O zgubnych aspektach rżnięcia w pokera na pieniądze pisać nie trzeba. Ale wypada wspomnieć, że są gry o wiele gorsze od niego. Od tego weekendu oficjalnie na listę takich gier trafiło „Ku-Ku”. Przewiny: po pierwsze – czasem lepiej czegoś jednak nie wiedzieć o swoich znajomych, po drugie – czasem lepiej odpowiadać na pytanie, niż szukać honorowej (a raczej ratującej nasze sekrety) ucieczki w zadaniach. Po trzecie – należy pamiętać, że gdy gra się z facetami, prędzej czy później, opis zadania będzie zawierał takie słowa jak: gorset, pończoszki, szpilki i taniec…

Cóż, facetom też nie jest łatwo, gdy muszą w babskim stroju dzielnie kontynuować rozgrywkę. Zemsta w tym przypadku nie była słodka tylko koronkowa.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Mazurska wizja, czyli przenoszenie puli punktów

Weselisko w Poznaniu wypadło rewelacyjnie. Raz jeszcze - wyszystkiego najlepszego na nowej drodze, Nataszko i Piotrze :) Poprawiny będą mi sie jeszcze długo kojarzyły z wielkim, radosnym obżarstwem (ach te zraziki, ach ten dzik...). Było tak fajnie, że opuściłam słoneczne mieszkanko Jo dopiero w poniedziałek. 

Veste i Starlift - wielkie dzięki za telefony o 4 w nocy - fajnie wiedzieć, że nie tylko my się dobrze bawiłyśmy :) Swoją drogą, poważnie się zastanawiam nad własną kondycją psychiczną, skoro takie nocne "dzwonki" wywołują u mnie pozytywne reakcje z uśmiechem w roli głownej, a nie wściekłość typową Polakom :P

Wracając jednak do tytułu rozważań, czyli mazurskich wizji. Kontynuacją doskonałej zabawy w Poznaniu była miła propozycja wspólnego wypadu na Mazury z okazji majowego weekendu. Choć powiązane było to zdecydowanie z koniecznoscią poznawania nowych osób, wywołało we mnie radość. Bo oswajanie "nowych znajomych" zdecydowanie ułatwia zasada Puli Punktów Pozytywnych.

Pulą Punktów Pozytywnych dysponuje każdy mój znajomy / kolega / przyjaciel. Im lepsze relacje, tym punktów więcej. Punkty zdobywa się w sposób pokrętny i zupełnie niezależny od zasad logiki. Ale to wcale nie jest ważne. Liczy się fakt, że na początku traci się je łatwiej, niż później - wiadomo, im ktoś ważniejszy, tym więcej mu wybaczamy (o granicach przegięć przy innej okazji). Sednem zaś funkcjonowania zasady jest opcja przenoszenia punktów. Dla przykładu: Znajomy X (z dużą pulą PP) przedstawia mi nieznajomego Y i zaznacza, że sam go bardzo lubi (szanuje, docenia itp.). W tej sytuacji, nieznajomy Y dostaje z automatu (lecz nie serią) kilka PP na start (zaleznie od ilosci PP znajomego X - w myśl hasła "łatwiej polubić przyjaciół przyjaciela"). Na zasadzie przenoszenia pozytywnych emocji i skojarzeń. Ułatwia to bardzo nawiązanie pierwszego kontaktu i rozbudowę znajomosci. Gdy Y okazuje się fajnym człowiekiem, z którym sama chcę kontynuować znajomość, punkty naliczane są dalej na jego niezależnym koncie. 

Po tym przydługim i zapewnie niepotrzebnie zawiłym przedstawieniu zasady Puli Punktów Pozytywnych, chyba już każdy zrozumie moje zadowolenie z propozycji majowego podbijania Mazur. Owszem, miało tam być sporo nieznajomych, ale na start dostali oni już tyle PP (w tramach transferu od Jo , Vestego i Alka), że wszelkie obawy prysnęły :)

No, może oprócz tej najważniejszej, choć niezależnej od pozytywnych ludzi - zwanej rzeczywistością finansową... Tak czy siak, życzę Wam udanego wypadu i świetnej zabawy w Nartach :) Wypijcie moje zdrowie i zadzwońcie o 4 ;)

środa, 22 kwietnia 2009

Opowiastka o martwym kocie

Na początku tej opowieści kot był całkiem żywy. Czarne futro lśniło w blasku słońca, gdy z dumnie wyprężonym ogonem paradował po podwórku. Stawiał na nim swoje pierwsze kroki, jako zdobywca. Wszystko wydawało się takie nowe, takie ruchliwe i takie kuszące. Z młodzieńczym zapałem polował na myszy, odkrywając ich smak. Dzięki temu nauczył się nie czuć głodu i dbać o swoją egzystencję. Tak żył w dostatku, z pełnym brzuchem i dobrym humorem.

Wtedy to złośliwy los postawił na drodze kota pewnego równie złośliwego gryzonia. Pojawił się praktycznie z dnia na dzień, w szczelinie pobliskiego muru. Kot uważnie go obserwował, bo w pamięci wciąż miał obraz sprzed wielu lat, gdy był małym kocięciem i wybornie bawił się z gryzoniowym oseskiem. Ze zdumieniem kot musiał przyznać, że nie tylko on się zmienił, ale i gryzoń. Nabrał doświadczenia, urósł i zmężniał. Stał się gryzoniem idealnym, kuszącym kąskiem. Kot poczuł głód, jaki jeszcze nigdy w nim nie gościł.

Planował, obserwował i gotował się do skoku. Lecz gdy zbliżył się do szczeliny w murze, gotów pochwycić w łapki gryzonia i wbić kły w jego ciepłe ciało, zawahał się. „A co, jeśli w ten sposób stracę coś cennego?” – myślał kot, nerwowo stukając ogonem w klepisko podwórza. – „Najem się, a już do końca życia będzie brakowało mi tego smaku”. Dokładnie w tym momencie rezolutny gryzoń wysunął swoją główkę z norki. Długie wąsiki podniosły się lekko w górę, gdy serdecznie uśmiechnął się do kota.

- Wiem, co ci chodzi po głowie, kocie – pisnął z bezpiecznej norki. – Chcesz mnie zjeść, bo jestem gryzoniem, największym i najzacniejszym w tej okolicy. Z drugiej strony, prędzej czy później, jakiś drapieżnik i tak mnie upoluje. Ale popatrzmy na to inaczej. Po co psuć naszą przyjaźń? Wiele jest gryzoni, które możesz pożreć. Ale tylko z nielicznymi możesz się przyjaźnić. Przemyśl to, kocie.

Kot wziął sobie słowa gryzonia do serca i przypomniał wszystkie dobre chwile, jakie razem spędzili. Schował pazurki i wyciągnął łapkę na zgodę. Tak oto kot i gryzoń znów zaczęli się przyjaźnić, a dni na podwórku upływały leniwie i spokojnie. Z biegiem czasu w sąsiedztwie zamieszkali ludzie, którzy cieszyli się z obecności kota. Zawsze mógł liczyć na wystawione przez nich miseczki pełne mleczka i smacznego jedzonka. Kot docenił opiekę i przyzwyczaił się do ludzi. Mruczał, gdy brali go na kolana, ale starał nie dać się ostatecznie obłaskawić i zachować kilka ścieżek wyłącznie dla siebie. Jedną z nich była ta wiodąca wprost do szczeliny w murze. Ignorował zdenerwowane ludzkie głosy, które wyrażały niezadowolenie z tego, że kot nie przepędził jeszcze szkodnika.

Dni na podwórzu zlewały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Kot delektował się jedzeniem z miseczek i żył w dostatku. Wtedy to złośliwy los znów sobie o nim przypomniał. Kot stracił apetyt, a ludzkie frykasy nie pieściły już jego podniebienia. Snuł się apatycznie po podwórzu; bez zainteresowania wodził oczyma za licznymi myszkami płochliwie przebiegającymi przed jego nosem. Czuł głód, ale nie miał najmniejszej ochoty na nie polować. Bo kot był głodny tylko smaku tego jedynego gryzonia, którego nie mógł zjeść. Pragnienie było tak silne, że nic innego nie chciał brać do pyszczka.

Lśniące futerko straciło blask, a zgrabna sylwetka wychudła. Zmartwieni ludzie podstawiali pod koci nos coraz wymyślniejsze smakołyki, ale nigdy nie znikały one z miseczek. Mijały dni, mijały tygodnie. Z blasku kociej istoty nie zostało nawet wspomnienie. Gryzoń również namawiał kota, by ten poszukał sobie w końcu jakiegoś pożywienia. Ale wymęczony drapieżnik nie miał już nawet siły mu odpowiedzieć. W końcu, zwinięty w kłębek na miękkim posłaniu, wyzionął ducha. Taki jest koniec opowiastki o kocie, który zdechł z głodu pośród miseczek pełnych jadła.

Morał zaś kreśli się taki: żaden, nawet najlepszy gryzoń nie jest wart tego, by dla niego zdychać. I powinien o tym pamiętać każdy kot.


Refleksja meteorologiczna

Dziś empirycznie udowodniono, że jestem bytem napędzanym słońcem i ciepłem. Ostatnie dwa tygodnie minęły mi w całkiem dobrym humorze i znalazło się trochę sił na walkę z rzeczywistością. Jednym słowem - było całkiem pozytywnie. Nawet sąsiad (sąsiadce też bym nie wybaczyła) uparcie katujący mnie twórczością Dody (im cieplej, tym okna szerzej otwarte, co w mojej okolicy zawsze oznacza jakieś nieprzyjemne niespodzianki) nie wydawał się problemem.

Wystarczył jeden (jeden!) deszczowo-pochmurno-lodowaty dzień, a mój optymizm szlag trafił. Pal licho optymizm. Przy okazji padł też entuzjazm, ochota do działania i chęć robienia wielu, zdawałoby się, ciekawych rzeczy.

W ramach walki z tą moją meteorologiczną słabością, zdecydowałam się dzielnie stawić czoła kapiącym z chmur przeciwnościom. Odpowiednio uzbrojona w spory parasol, ruszyłam do boju. Pozwolę sobie jednak przemilczeć opis tej nierównej walki. Dość powiedzieć, że planowanych rzeczy nie kupiłam (bo miejski ryneczek również walczył z deszczem nieubłaganie zalewajacym rozłożone na straganach towary), co tylko sfrustrowało mnie bardziej. Zła, i niestety zmoknięta, wróciłam do domu.

Ciepła herbata poprawiła mi humor. Zajęłam się wprowadzaniem kolejnych modyfikacji Okruszków (co by nie mówić, nowe zabawki zawsze cieszą). Za oknem nadal pochmurno, ale przynajmniej przestało padać. Musi być  jednak dalej chłodno, bo nie słyszę Dody...

Pocieszająca jest myśl, że już jutro będę w Poznaniu, a tam podobno nadal ładna pogoda (jak zacznie padać, to nie z mojej winy, Nataszko :) ). Ciepła atmosfera "doskwiera" też przyjacielowi na dalekim południu Polski, o czym nie omieszkał mnie poinformować - szkoda, że nie idzie telefonicznie podrzucić kilku stopni Celsjusza i słonecznych promieni.

Na szczęście nie zawsze taka pogoda zabiera mi siły do działania. Jesienne pluchy co prawda ograniczają moją aktywność zewnętrzną (tzw. aktywność pozadomową), ale za to dają niezłego kopa do pisania "mhrocznych" i koniecznie ponurych opowieści ze świata Warhammera. Zawsze to jakiś plus ;)

Istnieje tylko jeden rodzaj deszczu, który mnie raduje - ten letni i ciepły. Ale przyjdzie mi jeszcze na niego poczekać.

Pierwsze koty za płoty, czyli "niedobra" JoAnna

Odkąd pamiętam unikałam blogów jak ognia. Ani ich nie czytałam, ani ich nie prowadziłam - harmonia była zachowana. Ten błogi okres trwał, aż nie zderzyłam się z JoAnną (na szczęście z owego zderzenia obie wyszłyśmy bez szwanku, co zawdzięczać można zapewne temu, iż gwiazdy były w porządku). Z jej to bowiem winy zaczęłam zaglądać na wybrane blogi.

Okazało się, że taki blog to zupełnie wesoła przestrzeń, wypełniona najróżniejszymi przejawami ludzkiej egzystencji - głównie sarkazmem, ironią i drwiną. Na szczęście obok tych znanych ludzkości od wieków uczuć, blog potrafi zawierać też całkiem przydatne elementy. I tak ruszyła lawina, bo większość moich dobrych znajomych blogi hoduje od dawna - głównie na łamach Poltera. Oswoiłam się jednak z myślą, że zupełnie nieregularnie, ale jednak przeglądam coś, od czego tak długo stroniłam.

Pisać jednak nie miałam zamiaru. Aż do dziś (a bardziej po prawdzie, aż do wczoraj). I znowu wszystkiemu winna JoAnna. Nie miała babka co zrobić, tylko mi wysłać zaproszenie do swojego bloga (który z przyczyn potocznie zwanych złośliwością ludzką musiała objąć hasłem). Z zaproszenia skorzystałam, bo już się przyzwyczaiłam do picia dobrej herbatki i lektury kolejnych joannowych wpisów.

A jak już się zalogowałam na Bloggerze, to ruszyła kolejna lawina. Link "Utwórz bloga" ciekawił. Jak wiadomo - ciekawość zabiła kotka. W tym przypadku zaś, ciekawość zabiła niechęć do blogów. I tak oto, w wyniku zabawy kolejnymi opcjami ustawień i edycji, powstały Okruszki.

P.S. Nadal nie lubię lawin.