czwartek, 22 kwietnia 2010

Kiedy bogowie umierają - C.S. Harris

"Był dla niej jak bóg. A co, gdy Bóg umiera? - zastanawiał się. Kiedy ktoś jest naszym słońem, księżycem i gwiazdami, a potem nagle odkrywamy jakąś nieznaną słabość - tak poważną, tak straszną, ze niszczy nie tylko zaufanie do tej osoby, ale i szacunek.
Niektórzy ludzie po takim rozczarowaniu już nigdy nie dochodzą do siebie."

 C.S. Harris, Kiedy bogowie umierają

niedziela, 18 kwietnia 2010

Przepowiednia

Towarzystwo z zaciekawieniem patrzyło na jasną twarz kobiety, oczekując jej odpowiedzi. Uśmiechnęła się delikatnie, odrobinkę tajemniczo, jak zawsze. W wąskich otworach aksamitnej maski błysnęły zielone oczy.

- Wiele mogę powiedzieć o twoim losie, o panie – powiedziała z lekkim skinieniem głowy, oddając należny szacunek wysoko urodzonemu rozmówcy.
- Zaprawdę? – spytał szlachcic z wyraźną drwiną. – Nie wydaje mi się jednak pani, abyś była w stanie odkryć zakamarki męskiej duszy.
- Niech więc niewiara będzie jej pierwszym elementem, jaki dziś wskazuję – kontynuowała nie bacząc na ciche szepty wokół siebie.
- Retoryka, nic ponad to, pani. I urok, bo tego nie śmiałbym pani ujmować. Ale reszta to, za przeproszeniem, jarmarczny frazes, krotochwila dla gminu.
- Ach, monsieur Andre – wysoka szlachcianka, odziana w przepiękną kremową suknię, położyła mu delikatnie rękę na ramieniu. – Czy wojskowa służba pozbawiła cię resztek wiary? Madame Sybill jest znana ze swojego talentu na wielu dworach – perorowała z denerwującym, bretońskim akcentem - jej umiejętności chwali sama jaśnie pani Teresa von Raumer. A jeśli i to cię nie przekonuje, to miej względy dla mych gości i zatrzymaj swoje uwagi dla siebie. To salon, a nie koszary.

Szlachcic wyprostował się i uśmiechnął do gospodyni przyjęcia. Poprawił koronkowe mankiety rękawów. Oszpecona szeroką blizną twarz lekko się rozjaśniła.

- Wybaczenia proszę, dla mojego sceptycznego podejścia, madame Apptern – przemówił do gospodyni, po czym już ciszej zwrócił się do Sybill – Panią również.
- Nie uchybił mi waść w żaden sposób – odwzajemniła ukłon.

Towarzystwo odetchnęło z wyraźną ulgą. Pokaz jasnowidzącej definitywnie się skończył, więc powrócili do tańców, plotek i suto zastawianych stołów.

- Pańska niewiara jest w pełni uzasadniona – dodała Sybill, gdy szlachcic już odchodził. - Nikt przecież nie wymaga, aby pan wierzył obcej kobiecie, skoro potrafiła pana zdradzić ta najbliższa.

Zatrzymał się w pół kroku i obrócił szybciej, niż planował. Gdzieś wokół niego ciągle trwał gwar salonowych rozmów, gospodyni przyjęcia właśnie witała nowych gości, służba kręciła się z tacami pełnymi wybornych trunków. Trwała zabawa. Opanował lekkie drżenie lewej dłoni, kamuflując je ulubionym gestem poprawiania mankietów. Chłodno spojrzał w ciepłą zieleń oczu rozmówczyni.

- Słucham?
- Usłyszał pan wszystko, co miałam na dziś do powiedzenia – odrzekła ciągle uśmiechnięta, lecz stanowczym tonem. – Nie zatrzymuję, wołają pana – delikatnym skinieniem drobnej dłoni wskazała rozbawioną grupę przy karcianym stole.

Wstała, nim zdążył zareagować. Patrzył za nią, gdy szeleszcząc taftą zdobionej sukni, szła w stronę gospodyni. Zgarnął kielich z najbliższej tacy i osuszył do dna, po czym zaklął szpetnie, jak tylko żołnierz potrafi.

***

Sybill wróciła do zajazdu, w którym wynajmowała kwaterę. Nie planowała zostawać w mieście długo, ot, jeszcze kilka wizyt na salonach. Miała dość całej tej atmosfery towarzyszącej szlacheckim spotkaniom. I bała się tego, że znowu dała się ponieść własnym odczuciom. To, co powiedziała temu szlachcicowi na samym końcu... Tego przecież nie było w pergaminach wuja. Czasem zdarzało się jej mówić coś, czego wuj nie przygotował. Mówić, bo tak kazało coś w środku. Mówić o rzeczach, o których nie powinna wiedzieć. Dzisiejszy wieczór i całe to zajście tylko potęgowało jej niechęć do tego, co robi. Chciałaby móc zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i uciec gdzieś, sama nawet nie wiedziała gdzie. Byle jak najdalej...

- Czemu tak długo? – szorstki, męski głos wyrwał ją z zadumy. Poprawiła ułożenie sukni w kufrze, odłożyła maskę i usiadła przy stoliku.
- Gospodyni miała jeszcze kilka pytań o swój los – położyła na stole pękatą sakiewkę. – Tak jak przewidziałeś, hojnie mnie wynagrodziła.

Postawny mężczyzna o szpetnej twarzy przeliczył zachłannie monety.

- Nic nie zabrałaś? – rzucił podejrzliwie, chowając majątek za połę kaftana. – Jak znajdę w twoich szpargałach choćby złotą koronę, to bogowie mi świadkiem, skórę ci wygarbuję – chwycił ją za głowę ściskając silnie. – Zrozumiałaś?

Przytaknęła, raz i drugi, gubiąc łzy, aż w końcu jego oblicze wykrzywił grymas uśmiechu i cofnął rękę.

- Grzeczna dziewczynka – pogładził ją pieszczotliwie po włosach, choć odruchowo się cofała – moja mała, grzeczna dziewczynka – tulił w mocnym uścisku, śliniąc jej ramię.

Cuchnął alkoholem, brudem i charakterystyczną wonią ziół, które ciągle zażywał. Mdliło ją, ale starała się nawet nie drgnąć, żeby jak najszybciej dał jej święty spokój. Zawsze dawał. Potrzebował jej, jak to zawsze podkreślał, czystej. Co nie przeszkadzało mu czasem obdarzać ją niechcianym względem, czy pieszczotą szorstkich, łuskowatych dłoni. Bała się tego, ale jeszcze bardziej bała się jego gniewu i porywczej natury.

Odkąd pamiętała, zawsze napawał ją lękiem, ale po śmierci rodziców został jej tylko on. Przygarnął pod swój dach, jak na wuja przystało, zapewnił wykształcenie i godziwe warunki. Jako Magister Kolegium Niebios zarabiał krocie, a ludzie darzyli go szacunkiem i respektem. Jednak którejś nocy spakował nagle ich bagaże i opuścili Altdorf. Tułali się po Imperium, jakby przed czymś uciekając, a pieniądze topniały z dnia na dzień. Wtedy nie rozumiała powagi sytuacji, biorąc ją po prostu za kolejny kaprys dziwnego opiekuna, lecz prawda była o wiele gorsza. Dotknięty mutacją wuj stał się zupełnie innym człowiekiem. Tylko raz próbowała opuścić go podczas tej wędrówki i o mało nie przypłaciła tego życiem.

- Za dwa dni udasz się do tej madame Apptern i dowiesz się, czy ktoś nie pytał o dodatkowe spotkanie. Pewnie będzie kilka osób.
- Będzie – szepnęła cicho, nie myśląc nawet o tym, co mówi.
- Nie popisuj mi się tu! – warknął. - Spisz tych, których udało się złapać – wychrypiał odsuwając się od niej. – Muszę mieć czas zerknąć w ich przyszłość.

***

Tej nocy Andreas Rutger von Blassenmund nie spał dobrze. Ani tej, ani następnej. Znów męczyły go koszmary i to o wiele gorsze, niż wspomnienia z wojny. Stosował starą, sprawdzoną metodę – picie na umór – ale i ona tym razem zawodziła. Przeszłość wróciła, choć tyle lat starał się o niej zapomnieć. Wróciła przywołana przez tę jasnowłosą wiedźmę, jarmarczną dziewkę odzianą w aksamity.

Sam już nie wiedział, co dręczyło go bardziej. Wspomnienie tamtej zdrady? Bólu, jakiego nie ukoiła nawet długa służba i zgłaszanie się na ochotnika do najgorszych potyczek. Czy może te zielone oczy, skryte w głębi ciemnej maski? Błyszczące i żywe, a jednocześnie pełne smutku. Znał to spojrzenie. Widział je od wielu lat w lustrze... Cóż krył ten skrawek aksamitu? Kim jest kobieta, która odgadła jego sekret?

Długo tłumaczył sobie, że to zwykła, kuglarska sztuczka. Przekonywał sam siebie, że przecież nikt nie mógł się w żaden sposób dowiedzieć niczego o jego przeszłości. W końcu postanowił spotkać się z nią raz jeszcze i uzyskać odpowiedzi na wszystkie pytania.

***

Siedzieli przy stole, Sybill uczyła się na pamięć przepowiedni dla kilku dam, które pytały o spotkanie. Przy tej ilości zainteresowanych nie wyjadą z miasta jeszcze przez klika dni. Ta myśl strasznie ją denerwowała. Z coraz większą niechęcią przeglądała pergaminy zapisane równym pismem wuja.

- Jeszcze von Blassenmund. Słuchaj mnie uważnie dziewucho, straszny niedowiarek, ale będzie zadawał sporo pytań. Do przeszłości nie wracaj, bo strasznie niewyraźna. Możesz coś mimochodem napomknąć o sztylecie w kobiecej dłoni, ale nic ponad to, zrozumiałaś?
- Tak wuju, mętna wizja, zasnuta kurtynami bólu i zapomnienia – wydeklamowała formułkę podawaną w takich przypadkach.
- I pamiętaj, zanim cokolwiek powiesz, posłuchaj domu, dotknij mebli, poczuj to, co go otacza. I słuchaj siebie, moja mała... Słów w swojej głowie, smaku w ustach... Dopiero to łącz z moją wizją, ale nie mów nic spoza niej! To, że czasem roisz sobie coś w tej swojej główce, przeklęta smarkulo, nie znaczy, że masz dar! Zrozumiałaś?! – krzyknął, podrywając się znad ławy. - Twój ojciec, a mój pożal się boże brat, nigdy nie miał w sobie ni krztyny talentu! Nigdy nie był ode mnie lepszy! Nigdy! I ty też nie jesteś!

Szpetna twarz wykrzywiła się w grymasie nienawiści, oczy zaszły krwią a w kącikach ust pojawiła się strużka śliny. Po chwili mężczyzna zaniósł się głośnym kaszlem, uspokoił i usiadł.

- Dobrze, bardzo dobrze... von Blassenmund – z roztargnieniem podrapał się szponiastą dłonią po brodzie. – Teraz zmykaj na spotkanie z żoną kupca, a ja spiszę przepowiednię w spokoju. Łatwa nie będzie, bo przyszłość wcale nie jest dla niego łaskawa...

***

Miała dla niego czas dopiero późnym wieczorem, ale nie odmówiła spotkania. Złościł się na siebie za to, że spotkanie z jakąś drobną kobietką napełnia go nie mniejszym lękiem niż bitwa z plugastwem Chaosu. Ogarnął kwaterę, kazał przygotować nawet jakieś jadło, czego nie miał w zwyczaju, gdyż rzadko podejmował gości. Czekał i denerwował się.

Sybill też się denerwowała. Lada moment a spóźni się na spotkanie. Pani von Hugerstern zatrzymała ją zbyt długo, wypytując dodatkowo o losy swoich czterech córek, czego wuj nie przewidział. Musiała więc improwizować i słuchać samej siebie, czyli jak mówi wuj - łgać w żywe oczy. Całą pociechę w tym, co ją spotkało, brała z tego, że jednak za każdym razem korzystając ze swojego talentu, przewidywał losy klientów. Więc przynajmniej ona ich nie okłamywała, gdy otwierali przed nią swoje dusze, zdradzali najszczersze marzenia, dzielili lęki i obawy o to, co będzie.

Wuj, choć dotknięty skazą, pozostał wierny ideom Astromantów i pilnował, aby uczciwie przekazywać treść całej wróżby. Dlatego właśnie była zła na siebie, bo dopiero teraz miała okazję rozwinąć ostatni pergamin od wuja. Wygrzebała go z woreczka, ale stangret akurat zatrzymał powóz pod wskazanym adresem, a u drzwi pojawił się lokaj gospodarza. Zaklęła cichutko, chowając złożoną na czworo karteczkę w fałdach sukni. Nie lubiła chodzić nieprzygotowana do klienta, ale zawsze jest czas na to, aby pod pozorem szukania inspiracji i wzmacniania wizji, odwołać się do jakiś przedmiotów. Uspokoiła się tą myślą. Skorzysta z tego i w odpowiednim momencie sięgnie po notatki. Już nie raz tak robiła.

***

Przywitał ją ukłonem, jak przystało na dżentelmena. Zaprosił do swojej skromnie urządzonej kwatery, zaproponował wino. Przestała się denerwować dopiero, gdy zauważyła, jak szlachcic nerwowo poprawia mankiety koszuli.

W izbie panował nienaganny, wręcz żołnierski porządek. Wszystkie niezbędne sprzęty stały równo poukładane. Jedynymi ozdobami ścian był oręż. Poczuła chłód bijący od tego pomieszczenia, jakby zaklęty we wszystko, co ją otaczało. I smutek, gorzki smak smutku w ustach, gdy tylko zaczerpnęła tu powietrza. Zrobiło jej się słabo.

- To, co powiedziałaś podczas naszego ostatniego spotkania, pani – von Blassenmund usiadł na stołku, pozostawiając jedyny fotel wolny. – Skąd ci to przyszło do głowy?
- Przeszłość i przyszłość odsłaniają przede mną swoje tajemnice – mówiła z pamięci, chodząc po izbie.- Stąd płynie moja wiedza...
- Nie bawmy się w ten sposób – przerwał jej. – Wolałbym wiedzieć, z kim pani o mnie rozmawiała.
- Z nikim panie – obdarzyła go ciepłym uśmiechem – zajrzałam tylko w przeszłość. Dostrzegłam tam zdradę, kobietę, ukochaną... – zawiesiła lekko ton głosu, obserwując jego reakcję – sztylet...
Wstał jak na komendę, na twarzy odmalował mu się strach, dłonie zadrżały.
- Coś jeszcze? – wycedził.
- Nic więcej, panie, mętna wizja, zasnuta kurtynami bólu i zapomnienia...

Doskoczył do niej tak szybko, że nie zdążyła nawet się cofnąć. Chwycił za ręce mocno, jak pojmanego więźnia.

- Coś jeszcze? – spojrzenie jego stalowych oczu zmierzyło się z pełnym strachu zielonym bezmiarem.
- Panie, proszę, nic... – wyszeptała, bo oddech wiązł jej w gardle. Oparta o komodę, nie miała nawet siły szukać drogi ucieczki.

Pocałunek. Uśmiechnięta, piękna twarz kobiety. Piegi na policzkach, kasztanowe włosy zmierzwione nad czołem... Lekko rozchylone wargi, szybki oddech, przymknięte powieki... Piękne, jasne ciało, kształtne piersi spragnione dalszej pieszczoty...

- Panie... – ostatni szept był już ledwo słyszalny. Blassenmund przerażony tym, co uczynił cofnął się lekko, nie wypuszczając jej jednak ze swoich rąk.

Alabastrowa dłoń wodzi po twarzy, usta całują ramiona. Andre... Kocham cię – szept przy uchu... Druga ręka powoli wędruje pod poduszkę, dobywa sztylet... Pocałunek, dreszcz rozkoszy przyjemnie ogarniający całe ciało... Kocham cię... Oddam cię... Uderzenie. Ból. Memu panu oddam... Szok. Kolejny cios, ciało nawykłe do walki odruchowo unika... Chwyta delikatną rękę. Sztylet... Jasna pościel... Zapach rozgrzanych ciał... Krew...

Dopiero gdy otworzyła ponownie oczy i uniosła głowę, odskoczył od niej, przewracając tacę, tłukąc szkło. Z błędnym wzrokiem, jak morderca uciekający z miejsca zbrodni. Złapał się za głowę.

- Przepraszam... – wyszeptał.
- Kochałeś ją – Sybill mówiła cicho, nie zważając na przeprosiny szlachcica – i nie chciałeś zabić.
- Ja, ja... – Blassenmund upadł na kolana, chowając głowę w dłoniach, i zaczął szlochać.
- Zrobiłeś to, co musiałeś – podeszła powoli do niego, klękając obok. Nie czuła strachu, jedynie żal, jego ból wypełniający całe jej serce, i zimną pustkę, jaka rodzi się, gdy zostanie zabite w nas to, co było najważniejsze. – Broniłeś się...

Zupełnie nie panując nad sobą, przytuliła się do skulonych pleców szlachcica. Wtulił się w nią, jak wystraszone dziecko wtula się w pierś opiekunki. Nie wiedziała, ile tak trwali, klęcząc na zimnej posadzce. Ale nie odeszła od niego ani na moment, cały czas cichutko mówiąc o przeznaczeniu, o próbach, jakie los stawia na ludzkiej drodze. O lęku i strachu przed każdym kolejnym dniem... Po jej policzkach spływały łzy, bo mówiła przecież też o tym, czego sama się bała. O strachu, upokorzeniu i wstydzie, o niewoli. Nigdy tak otwarcie z nikim nie rozmawiała. Ciche łkanie przerodziło się w szloch.

Trudno już było nawet powiedzieć, które z tej dwójki bardziej potrzebowało drugiego. On co dzień lękał się przeszłości, ona przyszłości. Oboje samotnie dźwigali ten ciężar, zdani tylko na własne siły. Teraźniejszość dała zaś im tę chwilę, gdy wspólnie mogli się z tym zmierzyć, spleceni w uścisku, wtuleni w siebie.

- Andre... – szepnęła, gdy ocierał łzy z jej policzków – nie powinnam tu przychodzić...
- Nie mów tak – dalej trzymał ją w swoich ramionach, ciesząc się jej ciepłem, delikatnym dotykiem, słodkim zapachem.

Drobne wargi musnęły jego policzek, ramiona oplotły mocniej kark. Zachłannie kosztował jej smaku, delektując się każdym fragmentem jej ciała. Całował powieki, gładził dłonią jasne włosy, wędrował ustami po zgrabnej szyi. Pieścił drobne, kształtne piersi, które nigdy wcześniej nie zaznały takiego dotyku. I nie było nikogo, poza nimi, tej nocy na świecie. Tylko oni, ich ciepło, ich ciała, ich rozkosz. Zapomnienie. Drżała w jego ramionach, spragniona każdego dotyku. Stalowe spojrzenie tonęło w zieleni jej oczu, gdy traciła oddech.

***

Obudziły ich promienie słońca wpadające przez okna i tańczące na pościeli. Wtulona w niego, przywitała go ciepłym uśmiechem. Tym samym, który Andre miał przed oczami od wielu dni.

- Zostań ze mną – poprosił, całując jej dłoń. – Już nigdzie nie odchodź.
- To nie takie proste – i znowu ten uśmiech, dla którego stracił głowę.
- Wiec obiecaj, że wrócisz. Razem poradzimy sobie ze wszystkim.

Sybill powoli wstała z łóżka. Patrzył, jak się ubiera, radując oczy widokiem jej pięknego ciała. Podszedł do niej, objął raz jeszcze, całując różane płatki warg. Cieszyła się tą chwilą, tak długo, jak mogła, ale wiedziała, że musi szybko wracać. Znała swojego wuja, nie wstawał przed południem, jeśli nie musiał. Liczyła, że uda jej się zdążyć do zajazdu na czas. Zabrać to, co należy do niej, jedyne pamiątki po rodzicach i wracać.

- Zobaczymy się niebawem, kochany – obiecała, zbierając swoje ostatnie rzeczy.

Odprowadził ją do wyjścia, dopilnował wezwania powozu i patrzył, jak odjeżdża. A później, z wesołością, jakiej nigdy nie widział nikt z jego służby, wrócił do swych komnat. Po drodze nakazał lokajowi udać się na rynek, zakupić najpiękniejsze kwiaty i przygotować zacny obiad. Zamknął za sobą drzwi, powiódł wzrokiem po izbie. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio panował tu taki ożywczy, nieskrępowany bałagan. Taca, z rozbitym szkłem, dalej leżała w tym samym miejscu. Część jego wczorajszej garderoby była rozrzucona przy stole, inna przy łożu. Patrzył na to pobojowisko i śmiał się sam do siebie. Dopiero wtedy zauważył mały pergamin.

Podniósł liścik, nie zdobiony żadną pieczęcią, nie skryty za lakiem, złożony skrupulatnie na czworo. Rozwinął go i ujrzał rząd liter, skreślonych równym pismem.

Ponownie obdarzysz kobietę uczuciem, o którym starałeś się zapomnieć. Dama, o której nic nie wiesz, jawiła ci się tylko jako nieznośna tajemnica. Dane ci będzie poznać ją lepiej, zaufać, oddać wszystkie swoje lęki i troski. Bratnia dusza. Lecz strzeż się bólu, który rychło nadejdzie. Znajdź w sobie siłę, by go znieść. Choć obieca, nie wróci. Spotka ją straszliwy los i nie ujrzysz jej już drugi raz żywą.

Wypuszczona z rąk kartka opadała bezszelestnie na podłogę, gdy za Andreasem Rutgerem von Blassenmundem z trzaskiem zamykały się drzwi.


Szczecin, 14.02.2008
Publikowane wcześniej na WFRP Poltergeist.

Fenomen niedzieli

Rzadko mi się trafia wolna niedziela. A jak już jest, to staje się najbardziej pracowitym dniem w tygodniu :P Fenomen tego zjawiska jest całkiem odarty z wszelkiej magii, co może mnie martwić tym bardziej. Jakby był magiczny, to byłoby bardziej tajemniczo, intrygująco i ciekawie. A to, jak wiemy, dobrze robi kobiecie. Niestety, tu klapa. Wolna niedziela umiera zazwyczaj przygnieciona nawałem spraw do załatwienia i rzeczy do zrobienia, na które nie było czasu w tygodniu. Zbiera się tego tyle, że utworzona w ten sposób kompania po prostu zmiata z powierzchni ziemi lichego przeciwnika. Ale ja wiem, że Niedziela się łatwo nie poddaje. Może przegrywać bitwy, ale w końcu wygra wojnę. Wycofuje się, chowa po okopach, a kiedyś uderzy z zaskoczenia,  atakując swoją niedzielnością wszystkie ważne sprawy i rzeczy nawet w środku tygodnia. To będzie wielka, walna bitwa, kończąca tę wojnę. Potomni nazwą ją potem: urlop. Triumf niedzielności.
Nic, tylko czekać na tę ostatnią bitwę. Tymczasem, Niedzielo - won do okopów!

sobota, 17 kwietnia 2010

Obiecane szczęście


Opowiadanie dostępne w wersji PDF z ilustracjami kochanej Darcy i Havocka. Pobierz plik z darmowej przechowywalni.
Publikowane wczesniej na Crossroads.

Obiecane szczęście

Silnik rzęził ostatkiem sił. Spod maski wydobywały się kłęby dymu, ale kierowca nie planował na razie postoju. Ściął zakręt, stare opony z piskiem bólu zostawiły czarne ślady na zniszczonej, asfaltowej nawierzchni. Skręcił oczywiście nie w tę stronę, w którą planowo zmierzał. Ale wskazanie im celu było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę. „Born to be wild” darł się głos na starej płycie w odtwarzaczu. Zaśmiał się głośno, bardziej z irytacji niż rozbawienia. Samochód wjechał miedzy pierwsze budynki starych, opuszczonych magazynów. Żelbetonowe konstrukcje, wyławiane z mroku nocy słabymi światłami reflektorów, wyglądały niczym jakieś monstra rodem z koszmarów. Wsporniki, skręcone niczym w przedśmiertnych konwulsjach, już dawno przestały podtrzymywać dach budynku, przed którym zatrzymał auto. Wysiadając w pospiechu chwycił torbę i broń. Nim zamknął drzwi cofnął się jeszcze, znów tracąc cenne sekundy. Zerwał breloczek podwieszony pod roztrzaskane wsteczne lusterko.
- Kiedyś przez ciebie zdechnę – burknął do zaciskanego w ręku pluszowego słonika przeskakując nad usypiskiem gruzu. Zdążył skryć się w ciemnym wnętrzu opustoszałej hali, gdy na drodze pojawiły się ostre światła pogoni.

Tra ta, trata ta, tatata – śpiewała maszynowa broń. Pociski bębniły o ściany, uderzały o podłogę, wpadały przez puste ramy okien, niczym jakiś nierealny deszcz. Żadna ołowiana kropla nie zdążyła go jeszcze dosięgnąć, choć wiedział, że niewiele już brakowało, aby zmókł. Przygięty do ziemi, przedzierał się pod osłoną grubych filarów na tyły hali. Stracił już jeden magazynek, co dla jego przeciwników oznaczało w praktyce utratę pięciu ludzi. Byli więc teraz o wiele bardziej wściekli, niż na początku spotkania i Andre wiedział, że już nie odpuszczą. Wiedział to od samego początku, od pierwszych świateł jakie zobaczył na drodze stanowej, ale nie przeszkadzało mu to jednak żywić pewnej nierealnej nadziei. Czasem tak miał, taki szczeniacki nawyk.

***

Ta, ta, ta, ta... – śpiewał deszcz. Bębnił o dach, nacierał na ściany, wpadał przez uchylone okno. Wtórowało mu wycie wiatru, szarpiącego firanami, podrywającego do lotu papiery leżące na stole. Z zachodu nieubłaganie nadciągała burza. Jessica weszła do pokoju niosąc w ręku starannie zawinięty pakunek. Uśmiechnęła się do chłopaka stojącego przy oknie, który na moment przerwał podziwianie wyścigu kropel na szybie i spojrzał w jej stronę.
- Przygotowałam ci trochę jedzenia na drogę. Pieczone mięso, nic specjalnego – podeszła bliżej przekazując mu zawiniątko. – Trochę kanapek, kilka batoników, które udało się odkupić od Rezza. Powinno ci wystarczyć na jakiś czas... Przecież nie jedziesz daleko.
- Mhmm – dorzucił prowiant do plecaka i sprawdził raz jeszcze jego zawartość.
- Bo nie jedziesz daleko, prawda? – położyła mu niepewnie rękę na ramieniu. Bała się, że strąci ją, tak jak się odruchowo strąca jakiś niewidoczny paproch. Nie uczynił tego i wiedziała, że myślami jest bardzo daleko od niej. – Andre?
- Tak?
- Pytałam, czy nie jedziesz daleko. Bo ja nie chce żebyś jechał daleko... Martwiłabym się o ciebie – uśmiechnęła się resztką siły, jaką zebrała na dzisiejszy wieczór.
- Nie musisz się o mnie martwić, już ci to tyle razy mówiłem. Nikt nie musi – ostry ton jak zwykle uderzył w nią, choć wiedziała, że Andre nie robił tego nigdy specjalnie. – I nie potrzebuję, aby ktokolwiek próbował, rozumiesz?
- Nie, i dobrze wiesz, że nigdy tego nie rozumiałam. Możesz przecież zostać i ułożyć sobie tutaj życie.
- Życie? Jakie niby życie? Chciałaś powiedzieć, czekanie aż i tu przyjdą, biorąc całe miasto w swoje panowanie – uniósł lekko głos, choć nadal wyglądał na spokojnego. Jak zawsze, nie drgnął mu nawet jeden mięsień twarzy.
- Przestań! – cofnęła się od krok, bo nie lubiła go takim oglądać. – Nas to nie dotyczy! Niech Północ się tym martwi, my możemy żyć normalnie, jak zawsze. To miasto jest naszym domem, jest tu spokojnie, ludzie pracują, bawią się, biorą śluby i płodzą dzieci. Żyją, rozumiesz?!
- Ty zawsze już będziesz uczepiona tej dziury – kontynuował, choć widział jak drżą jej ramiona i jak zaciska karminowe wargi, zmieniając usta w wąską, wykrzywioną bólem kreskę. – Będziesz sobie wmawiała, że tak jest najlepiej, że tu jest bezpiecznie i całą tę resztę bzdur, jaką wkładasz dzieciakom do głowy na tych swoich, pożal się boże, lekcjach. Po co ich okłamujesz? Nigdy już nie będzie tak jak przed bombami, nikt nie potrzebuje udawać, że można żyć jak dawniej. I gówno mnie obchodzi, że mój czy twój dziadek mógł tak żyć. Ja, wyobraź to sobie, jednak nie umiem.
Poprawił kurtkę, narzucił plecak na ramię i ruszył w stronę drzwi. Wyprostowany, zdecydowany w każdym ruchu na to, co go czekało.
- I jadę daleko – dorzucił kładąc rękę na klamce. – Tak daleko jak będzie trzeba, z ludźmi, którzy wiedzą, że o normalne życie należy walczyć, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie. Możesz się nie martwić. Zresztą, i tak zrobisz, co będziesz chciała.
- Jesteś straszny! Nienawidzę cię, słyszysz?! – krzyknęła, choć obiecywała sobie do końca zachować spokój. – Jesteś po prostu podły! Zawsze byłeś! Nikt dla ciebie się nie liczy, potworze! Ja, ja, ja... – straciła siłę, a po policzku spłynęły pierwsze krople łez.
- Ja ciebie też – cmoknął na do widzenia powietrze i wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Z zachodu nieubłaganie nadciągała burza. Słyszał już pierwsze gromy.

Dołączył do konwoju, który już opuszczał miasto. Było z nim jeszcze kilku chłopaków z Davenport, także zdecydowanych zrobić w swoim życiu coś więcej, niż nienaganne obsadzenie pól, znalezienie gospodarnej żony i spłodzenie syna. Czekał na niego Nowy Jork, miasto, które wie, co to walka. To co zostawiał za sobą, choćby wmawiał sobie inaczej, ciągle było dla niego ważne. Może nawet za ważne i dlatego czas już było to zostawić. Żywił nadzieję, że to jedyne, rozsądne i słuszne rozwiązanie. Czasem tak miał, kolejny taki szczeniacki nawyk.

Nad ranem zrobili krótki postój. Żołnierze żartowali miedzy sobą, opowiadali o planach na następne dni, odpoczywali. Czuł się wśród nich bardzo dobrze, jakby stworzony do takiego życia. Nowych traktowali przyjaźnie, a jego - odkąd pamiętał - ludzie z łatwością zaczynali lubić, co go zawsze dziwiło. Więc i tym razem szybko zdobył kilku kolegów, z którymi mógł dzielić trudy wędrówki i radość z tego, co go czeka.
- Tu jak w rodzinie – zażartował Phil, zdejmując but i wysypując z niego jakiś złośliwy kamyk. – Trzeba się dzielić, tym co najlepsze.
- Tia, każdemu to wmawiasz? – uśmiechnął się Andre.
- Każdemu, kto opuścił domeczek z pełnym plecakiem – Phil wyszczerzył zęby niczym hiena. – Widziałem tę panienkę, co mokła przed domem, jak żeś do nas dołączał. Takie jak ona zawsze dają wszystko, co mają – zarechotał.
- Uwierzyłby kto, że ty coś wiesz o takich jak ona. – spokojnie odparł Andre. - Zresztą, ona nie jest typową panienką, daleko jej do kury domowej.
- Kura nie kura, żarcia ci na bank nie poskąpiła. O wdzięki wcale nie pytam – rechotał dalej, ubawiony własnym poczuciem humoru.
- Ano nie poskąpiła – wiedział, że dalsze przekomarzanie nie ma sensu. Sięgnął do plecaka i wyciągnął pakunek z prowiantem. Wystarczyło tego, by się spokojnie podzielić. Znalazł w nim to co najlepsze: kanapki z pieczonym mięsem, kawałki żółtego sera, słoik konfitur z jagód, kilka czekoladowych batoników, kawałek drożdżowego placka i breloczek z zielonym słonikiem. Szczęśliwy breloczek Jess.

***

Przeżarta rdzą krata zasłaniająca wejście do kanału wentylacyjnego ustąpiła z łatwością. Kątem oka dostrzegł ruch przy głównych drzwiach. Wstrzymał oddech. Strzelanie nie wchodziło w grę, odgłos ściągnąłby tu resztę gangu. Korzystając z osłony mroku przemknął pod ścianą. W duchu modlił się, by nie narobić hałasu depcząc po rozrzuconych śmieciach. Obcy facet wszedł w głąb pomieszczenia, omiatając je światłem latarki, z bronią uniesioną do strzału. Od dawna sądzili, że skończyła mu się amunicja i działali teraz bez obaw, istna zabawa w łapanie myszy. Problem w tym, iż mysz ta miała w sobie zdecydowanie więcej z kota.
- Boczny magazyn czysty – zameldował przez radio przybysz. Hałas, jaki wytworzyły jego słowa, Andre wykorzystał na podejście jeszcze bliżej. Czuł już nawet smród przeciwnika, który najwyraźniej nie szczędził sobie ostatnio alkoholu.
- Sprawdź czy nie ma innych wyjść i wracaj do holu. Bez odbioru - zaszumiała odpowiedź i kliknęła wyłączana krótkofalówka. Jej właściciel poruszył latarką, opuścił lekko broń. Był już odprężony i bardzo pewny siebie. Za bardzo. W jednym skoku Andre znalazł się za jego plecami, ręce złapały głowę. Dobry chwyt, jeden szybki ruch, charakterystyczny trzask kręgów szyjnych i poczuł, jak ciało robi się bezwładne. Przytrzymał trupa, by nie narobił hałasu zwalając się bez taktu na podłogę. Ułożył go pod ścianą i obszukał, zabierając co przydatniejsze rzeczy, po czym wrócił do wykonywania swojego planu, który teraz wydawał mu się jeszcze prostszy. Kilka chwil poświęconych na uszykowanie niespodzianki przy zgruchotanym, głównym wejściu i mógł spokojnie cofnąć się do kanału wentylacyjnego. Cała konstrukcja budynku zdawała się swoim rozpadem jedynie mu sprzyjać. Obrócił w ręku zdobytą krótkofalówkę, przygotował ostatni akt przedstawienia. Klik. Szum niczym przy pocieraniu urządzeniem o ubranie przy szybkim ruchu.
- Tom, co jest?! – padła odpowiedź.
Jeden strzał, upuszczenie radia. Spodziewane szybkie kroki w korytarzu. Nie czekał aż wpadną wszyscy, nie potrzebował tego, zdetonował ładunek, gdy zobaczył pierwsze sylwetki. Schowany w kanale wentylacyjnym, słyszał wybuch i trzask pękającej konstrukcji. Z wejścia musiało pozostać niewiele, a w ułamku sekundy runął dach, zwalając tonę gruzu na podłogę. Przedstawienie dobiegło końca, ale Andre nie czekał na oklaski. Ruszył do przodu, przedzielając się pustym, wąskim tunelem. Wędrował tak przez budynek, w duchu czując się jak w trzewiach starego monstrum. Tak mógł się czuć Jonasz we flakach wieloryba, w tej zakichanej opowieści, którą czytała mu kiedyś Jess. Tunel śmierdział stęchlizną, a Andre wolał nie zastanawiać się, czym mogły śmierdzieć trzewia wieloryba, czymkolwiek by ten wieloryb nie był.

- Kurwa! Wysadził się, popierdoleniec jeden! – krzyczał rudzielec. – Zajebał Toma i się wysadził!
Wysoki facet cofnął resztkę swoich ludzi z powrotem do holu, dał im chwilę na ochłonięcie, po czym uciszył ręką rudego.
- Ten Posterunek to ma posranych ludzi – splunął z odrazą. – Będziemy musieli jakoś sami to znaleźć. Mapa wskazywała, że to gdzieś w okolicy.
- Jasne szefie, ale w jego samochodzie nie było więcej żadnych informacji. A tamci, których złapaliśmy dwa dni temu nie pisnęli ani słowa przed śmiercią.
- Potwierdzili za to nasze domysły i teraz już wiemy dobrze, czego szukają żołnierzyki. I mówię Ci, ta masa gambli jest gdzieś blisko, czuję to. Zbierz ludzi.
- Się robi, szefie. Tylko jakoś... – burknął rudy.
- Ani słowa więcej – przerwał mu wysoki blondyn. – Widziałeś co zdobyła grupa Szpona. Pierdolone kurwa Eldorado, wyszperane przez Posterunek. Ten pajac robił dla nich dokładnie to samo, a my po prostu skończymy za niego. A teraz ruszajcie dupy, czeka nas trochę pracy – dorzucił w stronę pozostałych mężczyzn.

***

Wszystko zaczęło się jakiś rok temu. W cudem odnalezionej starej wojskowej placówce znajdowało się o wiele więcej, niż mogli przypuszczać. Elektronika, masa ciężkiego sprzętu, broń, amunicja, leki, a nawet magazyn pełen starych konserw. Wszystko to leżało nietknięte, porzucone po wybuchu. Od dawna już zajmowali się zdobywaniem takich miejsc, bo do dalszej walki potrzebowali wszystkiego, czego nie zagarnął jeszcze Moloch. Tyle że tym razem szczęście dopisało im ponad to, czego oczekiwali. Wśród papierów wygrzebanych w biurku jakiegoś wojskowego szychy natrafili na informacje o tajnych bazach armii. Przygotowywanych jeszcze za czasów zimnej wojny, najeżonych sprzętem i dostosowanych do przetrwania bombowego ataku, kompleksów rozsianych po całych Stanach. Brzmiało to jak opowieść jakiegoś przyćpanego popaprańca, ale nie można było tego zignorować. Ruszyły pierwsze ekspedycje. Kilka zaginęło podczas misji, ale jedna wróciła. Przynieśli dobre wieści. Posterunek ruszył i w ciągu tygodnia miał już nową bazę pełną paliwa, broni i czego tylko dusza zapragnie. Oczywiście nie zawsze było tak prosto. Czasem natrafiano na problemy kwestii własności prywatnej. Niektórzy ludzie uważali za swój teren, na którym akurat znajdowała się odnaleziona konstrukcja. I żaden rozsądny argument do nich nie przemawiał, nawet fakt, ile Posterunek robi dla cywili. Jak to się mawia w takich sytuacjach, cel uświęca środki. A cel Posterunek miał jedyny i słuszny - walkę z Molochem, za wszelką cenę. Różnie więc bywało z pokojowym przejmowaniem wojskowej własności, zwłaszcza, że bazy przetrwały w ukryciu wiele lat i z reguły mieszkający nad nimi ludzie nie zdawali sobie sprawy z ich istnienia. Tym bardziej trudno im było wyjaśnić, że musza opuścić swoje domostwa i przenieść się do obozu, który właśnie nieopodal rozbija dla niech Posterunek. Ludzie potrafią być niezwykle uparci.

Andre wrócił do obozu wraz z resztą oddziału wysłanego na Północ. Po tylu latach mógł już nazwać walkę z Molochem swoistą rutyną. Wracał, odpoczywał, naprawiał sprzęt, kochał się namiętnie z Rebecą (o ile akurat była na miejscu), jadał ciepłe posiłki i trwał tak do kolejnego rozkazu. Nie było łatwo, ale przynajmniej czuł, że żyje i robi to, co lubi. Od pięciu lat Posterunek był jego domem, bez względu na to, gdzie się akurat znajdowała baza. Do tego starego starał się nie wracać myślami, bo po co? Tamten rozdział życia zamknął dokładnie, na tyle dokładnie by się nim już nie przejmować. Nie mógł jednak całkiem szczerze przyznać, że przeszłość nie wracała do niego w najmniej odpowiednich momentach.
- Znowu – mruknęła z udawanym oburzeniem prostując się na nim i odrzucając do tyłu jasne włosy.
- Hmm? – otworzył oczy i dalej pieścił dłońmi jej uda.
- Nie udawaj niewiniątka kotku – ruszyła biodrami dla podkreślenia powagi sprawy. Jak dla niego, mogłaby tak czynić bez przerwy.
- Narozrabiałem? – uśmiechnął się podnosząc się lekko i sięgając ustami krągłych piersi. – Baaardzo? – spytał niewyraźnie, wznosząc oczy do góry i łapiąc jej błękitne spojrzenie. Drżała i sprawiało mu to dużo frajdy.
- Jestem Rebeca! – wykrztusiła z siebie, obejmując go ramionami.
- Andre – parsknął, podnosząc się lekko i przesuwając Rebecę, aż znalazł się nad nią – miło mi panią poznać.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, butnie zaprotestować lub przynajmniej uroczo się oburzyć, ale jego ruchy sprawiały jej za dużo przyjemności. Skapitulowała i oddała mu się całkowicie, znacząc paznokciami czerwone pręgi na plecach, kąsając uszy i całując przymrużone powieki.
Dopiero dużo później, wtulona w niego, zaczęła znowu rozmowę. Andre dobrze wiedział, że tego nie odpuści. Zrobił co mógł, by to odwlec, lecz nie miał nadziei, że zapomni. Jak zwykle, będzie musiał jakoś ją udobruchać. Na szczecie podczas akcji zdobył paczkę jej ulubionych słodyczy i całkiem fajną bluzkę - opustoszałe miasta zawsze kryły w sobie jakieś skarby.
- Kochanie, powiesz mi w końcu kim ona jest? – Rebeca nie doczekała się jak zwykle tego, żeby sam się wytłumaczył.
- Nie rozumiem – odpowiedział, tak jak zawsze odpowiadał na to pytanie. Czuła, że zna przebieg tej rozmowy na pamięć.
- Kim jest ta cała Jess i czy musisz ją wpuszczać do naszej sypialni?!
Wiedział, że nadszedł czas by wstać po czekoladki.

- Oddział Petera wrócił jak was nie było. Znaleźli kolejną bazę – Rebeca postawiła na stole talerz ciepłej zupy. – Jedz.
- Czyli to już potwierdzone i będą się teraz porywać na wszystkie lokacje? – sięgnął po solniczkę i dosolił potrawę.
- Raczej tak. Wiesz dobrze ile to dla nas znaczy. Manna z nieba. Dzięki lekom z ostatniej udało się uratować wielu ludzi. Smakuje Ci? – uśmiechnęła się promiennie.
Rebeca była lekarką i służyła w bazie już kilka lat. Jej umiejętności składania ludzi przechodziły najśmielsze oczekiwania i byłą wręcz nieoceniona. Niestety, nie zdobyła tej samej wprawy w kunszcie kulinarnym.
- Pyszne kotku – odpowiedział uśmiechem. – A ludzie?
- Cieszę się. Na kolację będzie stek. Tym razem nie było z nimi problemów, spokojnie oddali nam teren. Peter twierdzi, że po prostu szanowali Posterunek.
- Tia – burknął pod nosem – albo własne dupy.
- Nie wyrażaj się przy stole jak żołnierz!
- Dobrze mamo – powiedział z pełną przekory, zawadiacką miną.
- Czy ty niczego nie traktujesz serio?
- Ja wszystko traktuję serio – rzekł o wiele chłodniej, niż planował. – Idę do sztabu – dodał, zanim zdążyła coś powiedzieć.

W sztabie jak zawsze panował gwar. Ludzie siedzący przy radioodbiornikach cały czas utrzymywali kontakt z tymi, którzy aktualnie działali ku chwale Posterunku. Informacje były czasem wszystkim, co mogło uratować akcję, więc zbierano je pieczołowicie. Andre przywitał się ze znajomymi, odpowiedział na uroczy uśmiech Betty, która zawsze, nawet w najgorszych warunkach, potrafiła znaleźć dla niego kubek ciepłej kawy. Nie musiał czekać długo aż dostanie swój upragniony napój. Dogoniła go w przejściu, tuż pod drzwiami dowódcy.
- Cieszę się, że wróciłeś cały i zdrowy – zaszczebiotała podając mu parujący kubek.
- Ja też Betty, możesz mi wierzyć – dostrzegł jak uśmiech powoli znika z jej ładnej buzi i szybko dodał – A najbardziej się cieszę, że u ciebie wszystko dobrze i nadal wyglądasz promiennie.
W jej oczach zapłonęły iskierki radości, zaszczebiotała coś jeszcze, poprawiając odruchowo krótkie włosy. Nie słuchał co prawda tego, co mówiła, ale grzecznie odczekał aż skończy, zanim nacisnął na klamkę. Jakie te kobiety są dziwne – pomyślał - wystarczy regularnie się uśmiechać, a nieba przychylą. Wszedł do gabinetu przełożonego.
- O, dobrze że jesteś – przywitał go Henry, nie czekając nawet na oficjalne szurnięcie butami. Był wysokim, czterdziestoletnim mężczyzną, który praktycznie całe swoje życie poświęcił walce z Molochem. Andre cenił go sobie, podobnie jak jego doświadczenie. Zaś Henry darzył młodego mężczyznę sporą sympatią i zawsze traktował jak przyjaciela.
- Mamy dobre wieści – kontynuował jak tylko się przywitali. – Zabezpieczyliśmy kolejną bazę.
- Więc rozumiem, że znowu wysyłamy oddziały?
- Jak dla mnie, bylibyśmy głupcami, gdybyśmy tego nie zrobili. Na Północy na razie jako taki spokój, Nowy Jork zaczyna budowę kolei, no wiesz, tej do spółki z Apallachami. Więc możemy zając się swoimi sprawami. Zwłaszcza, że udało się potwierdzić położenie kolejnych dwóch baz.
Nie przerywając mówienia, Henry sięgnął po mapę i rozłożył na biurku.
- Właśnie miałem po ciebie posłać, bo przydałoby się oddelegować dobrych ludzi na akcje. A wiesz, że cenię sobie twoje zdanie na temat innych. Najpierw popatrz.
Andre pochylił się lekko nad mapą Stanów. Była sprzed bomb, ale Posterunek starał się zaznaczać na niej wszystkie zmiany, o których wiedział. Andre patrzył na zupełnie inny kraj, niż ten, po którym podróżował jego dziadek. Wiele terenów zaznaczono jako skażone, albo wysoce niebezpieczne. Jednak najgorzej wyglądała zamalowana na czarno Północ. Dupa Molocha, jak mieli w nawyku mawiać, nie raczyła się od wielu lat pomniejszyć. Wręcz odwrotnie, pomimo ich wszystkich wysiłków, stale się rozrastała. Henry dostrzegł jego spojrzenie.
- Ciągle rośniemy w siłę, kiedyś będzie to inaczej wyglądało – rzekł cicho, na pół do siebie, na pół do chłopaka.
- Tutaj radziłbym posłać Ralpha i jego chłopaków. Znają te tereny, byli już tam na misji – Andre zignorował optymistyczną wypowiedź przełożonego.
- Świetny pomysł, sam o nim myślałem. Sprawdzony człowiek, poradzi sobie.
- A tutaj – kontynuował Andre wskazując drugą lokację – a tutaj pojadę ja.
- Ty? Wiesz, myślałem, że chcesz się nacieszyć powrotem i trochę odpocząć. Rebecca była bardzo szczęśliwa, jak przyszły informacje o konwoju. – Henry nie ukrywał zdziwienia, choć decyzja Andre bardzo mu pasowała. Byłby wtedy spokojny o obie misje.
- Moje szczęście będzie musiało trochę poczekać – uśmiechnął się lekko, lecz ton był zdecydowany – daj mi jeden dzień a zbiorę ludzi.
- Niech i tak będzie. Czekam więc na listę z nazwiskami tych, których zabierasz ze sobą.
- Będziesz ja miał rano na biurku – powiedział Andre cofając palec znad mapy, znad zaznaczonej czerwonym flamastrem okolicy Davenport.

***

Od momentu pierwszych ataków rabunkowych na ekspedycje Posterunku, sztab zmienił metodę postępowania. Wysyłano teraz małe oddziały, które podróżowały po Stanach nie przyznając się do powiązań z Posterunkiem. Trafiały one w wyznaczone miejsce i zaczynały poszukiwania. Węszenie wśród mieszkańców wymagało zdobycia ich zaufania, oznaczało to pomaganie społeczności we wszystkim, co tylko było możliwe. Andre śmiał się z tego, bo jawiło mu się to niczym fabuła starych, przedwojennych filmów o szpiegach, tajnych agentach, którzy mieli na swoje skinienie piękne wozy i szybkie kobiety. A kiedy Bondowie Posterunku znajdowali wreszcie upragnioną bazę, to zostawiali ją w świętym spokoju. Kilku ruszało zameldować o dokładnym położeniu i wykonaniu misji, reszta zaś czekała na miejscu, pilnując ukrytej i namierzonej zdobyczy aż do przybycia dużego oddziału. Niestety, nie tylko Posterunkowi zależało na skarbach ukrytych pod ziemią. W Zasranych Stanach takie znalezisko to gwarancja sukcesu, bogactwa i większej władzy. A informacje trafiają nie tylko do ludzi oddanych sprawie. Dlatego żołnierze wyczuleni byli na aktywność różnej maści gangerów i innych, pazernych kreatur. Niestety, nie pomogło to oddziałowi Andre w uniknięciu pułapki i dali się złapać za tyłki, jak panienki w barze. Popili i choć dowódca wyraźnie kazał im szybko kłaść się spać, to skorzystali z gościny lokalu. Może coś chlapnęli nieopatrznie, choć Andre nie był tego do końca pewny. Jakby się to wszystko nie zaczęło, koniec był tragiczny. Dali się wciągnąć w zasadzkę, zagnać na tereny mutantów. Byli dobrymi żołnierzami, ale nie mogło im to w niczym pomóc. Andre nie wiedział, co się dokładnie stało, gdy nad ranem odkrył ich nieobecność. Ale jak na dole baru jacyś ludzie zaczęli rozpytywać o ich pokoje, nie mógł mieć więcej złudzeń. Nie czekając na zapewne niezbyt miłą rozmowę, zwinął swoje rzeczy i jak na kulturalnego klienta przystało, wyszedł oknem. Zabrał tylko swój wóz i ruszył przed siebie, gotów sam wypełnić misję. Choć miał pewne, bądź co bądź, niewielkie wątpliwości.

Teraz, wędrując pieszo już trzeci dzień bezdrożami, przeklinał głupotę swoich ludzi. Albo swoją, bo za bardzo im ufał i wierzył w ich doświadczenie. Bez względu na to, kto był bardziej głupi, teraz to on wędrował samotnie i miał do wykonania zadanie. A im dłużej myślał o całej sprawie, tym większy przepełniał go gniew. A ten jak wiadomo dodaje mężczyźnie siły. Do miasta ruszył okrężną drogą, aby w razie czego nie trafili za prosto na jego trop. Przekradał się nocami, ukrywał za dnia. Czasem miał wrażenie, że popada w paranoję, ale przeszkolenie wojskowe nie pozwalało o sobie zapomnieć. Na chwilę obecną jego celem było dotarcie do Davenport bez wskazywania gangerom drogi. W skrytości ducha liczył na to, iż kupili przedstawienie i postawili na nim krzyżyk. Ale jak mawiają, strzyżonego pan bóg strzyże, czy jakoś tak.

***

Miasto nie zmieniło się za bardzo. Nadal, jakby na złość Molochowi i na przekór tym szurniętym czasom, udawało normalną osadę. Leżało w spokojnym terenie, otoczone całkiem żyznymi ziemiami, niczym piękna kobieta adoratorami. I tak jak ona, czerpało z nich wszelkie profity. Produkowaną żywnością lokalni farmerzy handlowali z wieloma osadami, zdobywając w ten sposób rzeczy niezbędne do przetrwania. Miastem rządziła prawdziwa władza, wybierana co kilka lat w demokratycznych wyborach. Pamiętał, jak go śmieszyła ta cała pompa, jaka towarzyszyła wrzucaniu pomiętych skrawków papieru do zbitej z desek urny, wymalowanej w radośnie biało-niebiesko-czerwone barwy. Władza dbała o porządek, utrzymywała coś na kształt miejskiej policji i instytucję dumnie nazywaną sądem. Ludzie cieszyli się z tego wszystkiego, jakby im Bóg zesłał najpiękniejszy prezent w dziejach ludzkości. Do Boga zresztą było tu wszystkim blisko, pilnował już tego pastor rezydujący w skromnym kościółku, ulokowanym w samym centrum miasteczka. Funkcjonowała tu przychodnia medyczna i szkoła, w której swoją pracę rozpoczęła Jess, miesiąc przed jego wyjazdem. Akurat o tym starał się ze wszystkich sił nie myśleć. Jak na razie, mógł być z siebie dumny. Kroczył uliczkami i nie czuł do nich żadnego zbędnego sentymentu. Tak jak zakładał, to miejsce było już mu całkowicie obce. Bez żadnego ukłucia w sercu rozpoznawał niektórych mieszkańców, oni na szczęście widzieli w nim jedynie obcego przybysza. Wpisał się grzecznie na listę odwiedzających miasto, zdał broń na bramie i starannie obszukany mógł korzystać do woli z uroków tej wybranej przez boga osady. Żywił nadzieję, że staruchy sprzed wojny nie zdążyły umrzeć podczas jego nieobecności. Miał do nich bowiem kilka pytań.

Postanowił zatrzymać się w motelu „U Rosmary”. Był całkiem sam i musiał zmienić lekko strategię działania. Wiedział, że bardziej niż zawsze będzie mu potrzebna pomoc tutejszych. Znał mieszkańców i pamiętał, że pomimo swojego chorego optymizmu i nienaturalnej wiary w normalność, zachowali odrobinę zdrowego rozsądku jeśli chodzi o kontakty z obcymi. Dlatego najprościej było mu po prostu odegrać swój powrót do domu. Liczył na to, że szacunek, jakim cieszył się w miasteczku jego ojciec, był na tyle duży, bo objąć swoją protekcją również powracającego synka. Choć do spotkania ze staruszkiem nie było mu jakoś specjalnie spieszno, wiedział, że przed nim nie ucieknie, jeśli chce wszystko dobrze rozegrać.

Na dole motelu znajdował się bar, prowadzony osobiście przez Rosmary. Zapamiętał ją jako szczupłą trzydziestokilkulatkę, ze skłonnością do gadulstwa i głowa odporną na mocne trunki. Zresztą, pędziła jeden z lepszych bimbrów w okolicy, co zapewniało jej stałą miłość klientów. Wystrój lokalu w ogóle się nie zmienił, stanowił dalej mieszaninę wszystkich elementów, które właścicielka uznała za ładne. Stała więc w kącie niedziałająca od wieków szafa grająca, a obok niej stół z piłkarzykami. Rekord meczu należał kiedyś do niego, ale nazwiska wypisane kredą na czarnej tablicy ponad nim już dawno uległy zmianie. Podszedł do kontuaru, stając bokiem do jakiegoś faceta, który osuszał kolejną szklanicę.
- Podaj coś do picia – położył na blacie wygrzebaną z kieszeni papierośnicę - wystarczy?
Barmanka odwróciła się w stronę nowego klienta i zamarła z polerowanym kieliszkiem w ręku. Liczył na to, że go pozna.
- Na boga, toż to mały Telson – powiedziała wesołym tonem. – Myślałam, że zrobiłeś ojcu przyjemność i umarłeś gdzieś na trakcie.
- Aż tak miły nigdy nie byłem, pani Rosmary – uśmiechnął się i postukał palcem w kontuar.
- Wiem, wiem, polać – pobłażliwie pokiwała głową – teraz już jesteś za stary, bym cię mogła szmatą przegonić. Davenporcki bimber czy coś bardziej wyszukanego?
- A co jest do wyboru?
- Nic poza bimbrem, tak tylko denerwuję klientów – zachrypnięty głos według Andre nadal nie pasował do stosunkowo niebrzydkiej twarzy gospodyni.
- Nic się pani nie zmieniła, pani Rosmery – odpowiedział uśmiechem.
- Za to mam nadzieje, że ty raczyłeś to uczynić – powiedziała stawiając przed nim szklankę jasnego płynu.
Nie odpowiedział, wypił jednym haustem, lekko się krzywiąc, bo wiedział jaką satysfakcję sprawia to twórczyni trunku. Nie pomylił się, widząc zadowolenie w jej spojrzeniu.
- To co cię sprowadza do domu, urwisie?
- A uwierzy pani, jak powiem, że się stęskniłem za ojcem i chciałem go zobaczyć?
- Uwierzyć może i uwierzę, ale niestety się spóźniłeś. Tobias zmarł dwa lata temu, niech mu ziemia lekką będzie.
Jak zwykle, żaden mięsień jego twarzy nawet nie drgnął, a spojrzenie nie zdradziło żadnych emocji. Lecz, choć chciał patrzeć na to tylko jak na pokrzyżowanie planów związanych z misją, nie potrafił zabić w sobie tego ścisku w żołądku, jaki się na moment pojawił. Stary starał się żyć, jak wszyscy w tym mieście, pilnując swoich spraw i w zgodzie z sąsiadami. Nawet po tragicznej śmierci żony, choć zamknął się w sobie, nie zmienił postępowania. Święcie wierzył, że tylko ład i harmonia mogą zapewnić spokój osadzie. Był jednym z nielicznych, którzy głosowali przeciwko zbrojnej wyprawie na gang, który dopuścił się mordu na kilku mieszkańcach miasta. I tego mu właśnie Andre nie potrafił wybaczyć. Był za mały, żeby wziąć sprawy w swoje ręce, ale czuł, że stanie z założonymi nie powinno być właściwym zachowaniem. Obiecał sobie wtedy, że sam nigdy nie będzie bezczynny. Gdy podrósł i nadarzyła się okazja, wyruszył z karawaną Posterunku. To pozwoliło mu czuć się szczęśliwym. A dziś uświadomił sobie, że choć nigdy tak na to nie patrzył, w pewnej mierze była to zasługa starego.
- Masz się gdzie zatrzymać? – spytała całkiem miło barmanka.
- Dom poszedł na rzecz miasta?
- Tak, mieszka tam teraz ktoś inny. Wiesz, mamy nowego młynarza, osiedlił się tu wraz z całą rodziną.
- W takim razie zatrzymam się u ciebie, jeśli nie będziesz żądać wygórowanej zapłaty.
- Myślisz, że jak potrafisz bez zachłyśnięcia wypić mój bimber, to możemy już być na ty? – jakimś cudem nie wyczuł czy żartuje, choć zawsze z łatwością dostrzegał emocje innych.
- Myślę, że jak będziemy na ty, to oboje poczujemy się odpowiednio młodo – zaryzykował odpowiedź. Trafił. Zaśmiała się głośno, klepiąc dłonią w bar.
- Miło cię widzieć w domu synku, naszykuję ci pokój, a o zapłacie pogadamy jutro.

Obchód miasteczka skończył na cmentarzu. Wcale nie planował tu dotrzeć, ale jakoś tak wyszło. Przybyło wiele grobów, a część starych zapadła się w sobie, jakby przygnieciona ciężarem doczesnych trosk. Mogiła Tobiasa Telsona była zadbana, widać mieszkańcy nie zapomnieli o swoim. Nigdy nie przykładał uwagi do pogrzebów, wydawały mu się takie niestosowne. Nie poszedł nawet na pogrzeb własnego dziadka, co rodzina miała mu serdecznie za złe. Zastanowił się przez moment, czy przyszedłby na pogrzeb ojca. Nie znalazł odpowiedzi, choć pamiętał jak z oddali obserwował pożegnanie matki. Przez ostatnie lata widział więcej śmierci, niż przez całe swoje życie w Davenport. Lecz ani razu nie żałował swojej decyzji. Przynajmniej nie z tego powodu. Szybko odpędził od siebie zbędne myśli, otrząsnął się z zadumy, która jakoś mu nie pasowała. Zerknął na inne tabliczki, szukał nazwisk tych, którzy żyli tu jeszcze przed Bombami. Ucieszył się na myśl, że jeszcze nie wszyscy odeszli do raju. Był pewny, że do raju, bo w tym mieście nikt nie mógł trafić gdzieś indziej. Chociaż tyle – pomyślał – będzie z kim rozmawiać.

Spotkał ją jak wychodziła ze szkoły, otoczona gromadką dzieci. Letnia sukienka delikatnie podkreślała niezmienioną, szczupłą sylwetkę. Promienny uśmiech rozjaśniał twarz o delikatnych, pięknych rysach. Przez moment zastanawiał się, które z tych dzieci jest jej. Bo pewnie ma już dzieci. Żartowała czasem do niego, żeby uważał jak się spotyka z panienkami, bo ona nie jest gotowa na bycie ciocią. Ale zawsze wiedział, że kiedyś będzie gotowa na bycie matką, cholernie dobrą matką. Nie planował stać jak ten osioł na środku ulicy, chciał jak najszybciej ruszyć dalej, zanim... Zanim co – pomyślał – zanim się spotkacie? To chyba nieuniknione w takiej dziurze jak Davenport.

- Andre? – parzył jak do niego podchodzi, a teraz, choć nie chciał, delektował się brzmieniem jej głosu – Andre, to naprawdę ty?
- Witaj Jess – wyrzucił z siebie, bo miał wrażenie, że milczy już wieczność – cieszę się, że zastaję cię w zdrowiu.
Uśmiechnęła się, tak jak zawsze na jego widok, ciepło, z sympatią i autentyczną radością. Po czym, dokładnie tak jak dawniej, podeszła do niego, wspięła się na palce i zarzuciła mu ramiona na szyję, mocno ściskając. Nie spodziewał się tego. Zupełnie się nie spodziewał, ale przytulił ją równie mocno, zamykając w objęciu ramion. Cofnęła się delikatnie, patrząc mu prosto w oczy. Miał wrażenie, ze szuka w nich odpowiedzi na tysiące pytań, jakie mu z chwilę zada. I nie był przygotowany. Nie miał ze sobą nawet żadnych czekoladek, a to sprawiało że w poważnych rozmowach z kobietami czuł się jeszcze mniej pewnie.
- Kiedy wróciłeś? – spytała cały czas patrząc mu w oczy.
Zaczęło się – pomyślał, lecz grzecznie odpowiedział.
- W takim razie musisz być zmęczony podróżą. I pewnie głodny, jak cię znam. Rusz się, w domu mam naszykowany obiad – obróciła się na pięcie i odeszła.
Przez moment był w lekkim szoku, ale szybko się otrząsnął. Zresztą, czego się spodziewał? Płaczu i łez, jakimi go żegnała? A ileż można płakać za przyjacielem? Rok? Śmiał się sam z siebie, bo jak na egoistę przystało, przez te wszystkie lata rzeczywiście sadził, że ją skrzywdził.

W domu Jess pachniało rumiankiem i lawendą. Jej matka zawsze pilnowała aby w osadzie nie brakowało ziół, czyniąc ze swojego mieszkania prawdziwą chatkę czarownicy. Poza tym wszystko się zmieniło. Meble zostały inaczej ustawione, ktoś zadbał o to, żeby ciężkie kotary w oknach zastąpiły zwiewne, pastelowe firaneczki. W salonie panował nieskazitelny porządek. Półki nadal uginały się od książek, ale nie przypuszczał nawet, iż to mogłoby się kiedyś zmienić. Nie musiał o nic pytać, był dzisiaj na cmentarzu.
Krzątała się przez chwilę w kuchni, a zapachy jakie stamtąd dochodziły, przypomniały mu szybko o tym, że od dawna nie jadł nic ciepłego. Gdy wróciła postawiła przed nim talerz pełen pieczonych ziemniaków i duszonego mięsa w sosie. Na oddzielnym podała jarzynkę z marchewki, groszku i kukurydzy.
- Zapomniałabym – westchnęła, gdy zaczął jeść i cofnęła się do kuchni. Wróciła z solniczką.
Rozbawiło go to, bo akurat obiad smakował mu jak nigdy. Ale co fakt, to fakt, miewał notoryczne dosalanie potraw w nawyku.
- Gdzie się zatrzymałeś?
- U Rosmary. Ma mi naszykować jakiś pokój.
- Nie wygłupiaj się, jędza zedrze z ciebie niemiłosiernie. Zostajesz tutaj.
- Jess, nie sądzę aby...
- Nie ma dyskusji – lekko zadziornie przekrzywiła głowę wchodząc mu w zdanie. – Nie myślisz chyba, że cię wydam na pastwę Rosmary. Nie jestem bez serca – zaśmiała się.
- Wiem, dobrze wiem. Kapituluję. Twoje na wierzchu.

Przez cały dzień o nic nie pytała, naszykowała mu pokój, przyszykowała łóżko, pościel pachnącą świeżą lawendą. Opowiedziała o tym, co się działo w mieście podczas jego nieobecności, o każdym wspólnym znajomym, jakby można było zreferować sześć lat w ciągu kilku godzin.
- A u ciebie jak? – spytał w końcu, bo podczas całej rozmowy jakoś nie zdążyła wspomnieć o sobie.
- Dobrze, do przodu – i znowu ten promienny uśmiech – dalej uczę w szkole, ale to już sam zauważyłeś.
- Nigdy nie rozumiałem, jak możesz wytrzymywać z tymi dzieciakami.
- Wielu rzeczy nie rozumiałeś Andre – trudno mu było określić, czy przekomarza się z nim jak to miała w zwyczaju, czy pije do jakiejś konkretnej sprawy.
- Byłem młody, piękny i głupi. a teraz, jak widzisz, jestem już tylko młody i piękny – żart, to zawsze była dobra odpowiedź.
- Polemizowałabym – zaśmiała się widząc jego oburzoną minę.
- A oprócz szkoły?
- Jakiś ty ciekawski, panie Wracam Niewiadomo Skąd i Udaję, że Cały Czas Tu Byłem. – zaakcentowała dobitnie każdy wyraz zdania.
- Jak zwykle mnie nie doceniasz, jakbym udawał, to bym nie zadawał takich pytań.
- Po prostu żyję Andre. Staram się jak mogę cieszyć każdym dniem i tym, co mam od losu. Zaręczyłam się. Pobieramy się na jesieni.
- Kto miał tyle farta? – w jakiś sposób ulżyło mu, że wszystko u Jess potoczyło się dobrze.
- Steven.
- Steven Boję się Tam Iść? – zaśmiał się, gdy uniosła brwi do góry. Nieodmienny znak pełnego oburzenia. – Nasz Steven?
- Dokładnie ten sam, którego namawiałeś na nocne eskapady do starej kopalni, wariacie. Dobrze, że miał na tyle oleju w głowie, aby cię nie słuchać.
- Tchórza miał, a nie olej w głowie.
- Bacz co mówisz, naigrywasz się z mojego przyszłego męża – była rozbawiona, nie czuł w tym złości.
- Przepraszam, przyszła Pani Tunkelberg.
- Oj przestań sobie robić jaja, sama dobrze wiem, że śmieszne nazwisko to jego jedyna wada. Zresztą, będzie na kolacji, to sobie z niego pożartujesz przy stole, jeśli taka twoja wola. Ale nie licz potem na dobre śniadanie.

***

Po wyjeździe Andre nic się nie zmieniło. Miasteczko żyło jak dawniej, ludzie załatwiali swoje sprawy, dbali o gospodarstwa, chodzili na niedzielne msze. Jessica mogła okazywać smutek po stracie przyjaciela, ale wiedziała, że szybko musi się z tym uporać. Dla własnego dobra. Nie jadła, miała kłopoty ze snem. Męczyły ją koszmary. Martwiła się o niego, choć wiedziała dobrze, że i tak nic go to nie obchodzi, gdziekolwiek był. Nienawidziła się za tę słabość, tak jak nienawidziła jego, za to co zrobił. Modliła się jednak, aby był bezpieczny. Wyglądała każdego konwoju Posterunku, jaki przejeżdżał przez miasteczko. Wypytywała o Andre, ale nikt nic o nim nie słyszał. Pomiędzy tym wszystkim żyła normalnie. Pomagała matce, opiekowała się siostrami, nauczała dzieci. Z pozoru więc niewiele się zmieniło. Tak jak nie zmienia się miasto po wybuchu bomby neutronowej. Sklepy zachęcają wystawami, uliczki toną w letnim słońcu, samochody stoją cierpliwie na parkingach. Tylko ta cholerna cisza przypomina o pustce, o tym, że nikogo żywego już się tam nie spotka. W takiej ciszy Jessica trwała od sześciu lat.

Ze Stevenem sprawy przybrały pozytywny obrót już jakiś czas temu. Ustawił się, przejął gospodarstwo, gdy ojciec był już za słaby, by dalej pracować. Wydoroślał, spoważniał. Dbał o Jessicę, pomagał jej po śmierci matki. Był zawsze, gdy go potrzebowała. Wiedziała, że ją kocha. Zresztą, była by nie fair twierdząc, że Steven był jej obojętny. Zależało jej na nim, lubiła jego towarzystwo. Tęskniła, gdy z powodu zbiorów nie odwiedzał miasteczka. Dlatego kiedy się oświadczył, przyjęła to z autentyczną radością. I cieszyła się każdym kolejnym dniem, szyjąc suknię ślubną, planując wesele.

***

Andre nie próżnował. Całymi dniami pracował nad kolejnymi elementami układanki, niczym oślepiony szczęściem dzieciak maniacko układający puzzle, które dostał na Gwiazdkę. Odnalazł najstarszych mieszkańców miasta, lecz nie przeszedł od razu do działania. Zanim zacznie zadawać pytania musi być tu znowu traktowany jak swój. Dlatego robił teraz to, czego nigdy nie miał w zwyczaju - bezinteresownie pomagał innym. A raczej, starał się robić wszystko, by wyglądało to rzeczywiście bezinteresownie. Zameldował się w biurze burmistrza, podał powód powrotu i szybko znaleziono mu zajęcie. Przez cały tydzień brał udział w zbiorach na farmie Rogersa. Wstawał o świcie, walczył z łanami kukurydzy, a wieczorami wracał do miasteczka, gdzie czekały na niego ciepła strawa i lawendowa pościel. Jess witała go uśmiechem, czasem wytykając w żartach dawną niechęć do pracy na roli, a rankiem żegnała porządnym zapasem kanapek. Pomimo fizycznego zmęczenia czuł się dziwnie wypoczęty. I tylko powracające myśli o zadaniu psuły ten nastrój. Jak na razie nie odnotował żadnej aktywności gangerów, do miasta nie zawitali nowi przybysze i wszystko wydawało się pod kontrolą.

Udało mu się porozmawiać z kilkoma starszymi osobami. Bez żadnego skutku. Większość z nich nie pamiętała własnego imienia, albo w kółko opowiadała o ukochanych dzieciach, które są na studiach w dużym mieście i wrócą do domu, jak tylko nadejdą wakacje. Przez moment miał nadzieję, że trafił na właściwy trop. Kate Grunewald opowiadała całkiem rozsądnie, świadoma tego, w którym roku żyje. Spędził z nią całe popołudnie, dowiedział się o miejscu, gdzie często widywała wielu obcych w dużych samochodach. O światłach, jakie nocami tańczyły po niebie. Był to trop, którego nie mógł zignorować. Zgodnie z tym co mówiła udał się na Południe, za stary most kolejowy. Spędził tam kilka godzin, lecz nie znalazł niczego, co mogło by zwrócić jego uwagę. Uznał, że musiał coś przeoczyć i postanowił dopytać Kate. Dopytał. I zastanawiał się później, kto w tej całej sytuacji wyszedł na większego pomyleńca. On, wierzący w istnienie tajnej bazy, czy ona – porwana za młodu przez kosmitów, którzy lądowali na polanie, a szum ich statków tonął w turkocie przejeżdżających mostem pociągów towarowych.

Całe popołudnie w plecy, kosmitów nie spotkał i zdołał jedynie zgłodnieć. Przed powrotem do domu wstąpił na moment do biura burmistrza, bo skończył już odbudowę szkolnego dachu. Ucieszył się, że zlecono mu naprawę kolejnego – w gospodarstwie Hawkinsa, który żył tu jeszcze w czasach przed Bombami. Jeśli ktoś miał mu pomóc w rozwikłaniu zagadki bazy, to teraz był to tylko ten starzec. Oby nie dopadła go jeszcze skleroza czy inna choroba umysłu – mruczał do siebie opuszczając budynek. Wsadził do kieszeni „Wieści z Frontu” zabrane z ratusza. Uśmiechnął się ma myśl, że nawet tu dociera słowo Posterunku.

***

- Ciągle go masz?
Stał oparty o framugę drzwi i obserwowała jak Jessica ścieli łóżko. Musiała zauważyć zielonego słonika z wytartego pluszu leżącego na nocnej szafce obok reszty rzeczy, które wyciągnął z kieszeni przed snem.
- Wszędzie ze mną był. Taki talizman przynoszący szczęście – nie czuł potrzeby obracania teraz czegokolwiek w żart.
- Sądziłam, że będziesz mniej sentymentalny – jej dłonie wygładzały narzutę, nadal nie obróciła się w jego stronę.
- Ja też – odparł ze zdumiewającą szczerością.
Nie widział jej twarzy, czego serdecznie żałował, gdyż byłoby mu łatwiej odczytać jej reakcję. Zauważył, że w jej towarzystwie zawodzą go nawet najprostsze triki z repertuaru „czytania ludzi”, jakie zdołał opanować do perfekcji. Nie był z tego zadowolony, bo lubił w pełni kontrolować każdą sytuację. Całe jego życie było grą, przy czym zawsze musiał znać dokładne rozłożenie wszystkich pionków na planszy - zarówno swoich, jak i przeciwnika. Nie tym razem. Bał się, że nadszedł czas na niewygodne pytania. O to wszystko co działo się przez ostatnie lata, co robił, gdzie był, jak żył. Wciągnął głośniej powietrze.
- Brakowało mi ciebie – zdziwił się jak lekko wypowiedział te słowa.
Ostatnia fałda kapy została wygładzona, poduszka położona równiutko na środku. Po czym delikatne dłonie przesunęły ją lekko w lewo i na powrót w prawo, wyżej i na powrót niżej. Niewidzialny pyłek został zmieciony z równego haftu. I jeszcze raz. Patrzył na ten swoisty ceremoniał i czuł, że robi się wściekły. Nie na nią, tylko na siebie. Na tamten wieczór, kiedy planował tyle powiedzieć, ale zabrakło mu odwagi. I ze strachu ranił tych, którzy byli za blisko. Chciał to naprawić, sprawić by zostawiła to cholerne łóżko w świętym spokoju, by w końcu coś powiedziała. Naprawiać – usłyszał w głowie własny, szyderczy głos – czy popsuć? Zacisnął pięści, obrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.

Domostwo Hawkinsa leżało poza bramami miasta. Nie było duże, ani zamożne, ale samotny starzec jakoś sobie radził. W gorszych okresach pomagali mu ludzie z miasteczka, którzy cenili sobie jego opowieści o wspaniałym życiu przed laty. Jako dzieciak Andre też często ich słuchał, na początku z zaciekawieniem, a z biegiem czasu z pewną goryczą. Bo niby czym zawinił, że przyszło mu żyć w tak wyniszczonym, nienormalnym świecie? Ale to było dawno, teraz nie pytał już o winę. Wiedział, że nie starczyło by grzeszników na Ziemi, aby wytłumaczyć całe to piekło.
Skupił się na pracy, bo ta pozwalała zapomnieć o wszelkich zbędnych uczuciach. W pocie czoła wyładowywał całą swoją złość na opornych deskach i trzeszczących gontach. Głos staruszka usłyszał dopiero za trzecim razem.
- Pytałem, czy nie jesteś zmęczony synku.
Był, ale ciągle za mało. Pokiwał przecząco głową.

Kiedy zszedł z dachu stodoły, robota była skończona. Wcześniej myślał, że zajmie mu przynajmniej dwa dni. Pomylił się. Hawkins przygotował jakiś posiłek i nalegał, aby zjadł zanim pójdzie. Otarł pot z czoła, obmył twarz wodą z wiadra i ruszył w stronę małego ganeczku, na którym gospodarz rozłożył nakrycia.
- Dawno już nie widziałem takiego chętnego robotnika – zażartował staruszek. Bruzdy na pomarszczonej twarzy ułożyły się w groteskowy obraz, który szalony malarz zatytułowałby pewnie „Starość” i wystawiał w galeriach całego świata ku przestrodze lekkoduchom. – Zawsze mówiłem twojemu ojcu, że masz w sobie upór jak mało kto.
- Ojciec nazywał mnie po prostu osłem, jak widać, nie mylił się – odparł Andre.
- Upór bywa zaletą, jeśli go dobrze ukierunkować. Nie patrz tak na mnie, wiem co mówię. Dzięki niemu ciągle żyję.
Obaj się uśmiechnęli, choć każdy w tej chwili myślał o zupełnie czymś innym. Jedli gotowaną fasolkę i rozmawiali dalej. O wszystkim co było, o tym co jest i co nadejdzie. Na szczęście obawy Andre okazały się płonne, Hawkins zachował jasność umysłu i dryg gawędziarza. Wystarczyło to tylko umiejętnie wykorzystać, co jak na razie szło łatwo. Tematy krążyły wokół Tamtych Czasów, jak z szacunkiem mówił o nich staruszek. Opowiadał o Marry, która była najcenniejszym skarbem jaki Bóg mu dał. O tym, jak się pobrali w tajemnicy przed rodzicami i musieli zacząć układać sobie życie zupełnie od zera. Na początku mieszkali na tyłach motelu, a Marry w zamian za to pomagała sprzątać gościnne pokoje. Później udało mu się załapać dobrą posadę w państwowej kopalni. Wszelkie świadczenia, świąteczne prezenty, wyprawka dla dziecka – rząd umiał dbać o ludzi.
- Państwowa? Myślałem, że w tej okolicy wszystko było w rękach prywatnych przedsiębiorców i farmerów – wtrącił Andre.
- Wszystko, ale nie ta kopalnia. Wybudowali ją jeszcze w latach siedemdziesiątych i nie mieli żadnych problemów z jej utrzymaniem. Mój ojciec też w niej pracował. Dobrze, że państwowa, przynajmniej uczciwie płacili, na czas. Mieszkanie nam dali na początku nawet.
- No to rzeczywiście porządnie.
- Bo to była porządna kopalnia. Miała możliwości pracować pełną parą całymi latami – w głosie staruszka pojawiła się nutka dumy - ale jakoś chyba nie chcieli za bardzo eksploatować złóż. Chyba wymagała unowocześnienia, żebyśmy mogli kopać na niższych pokładach. Tak to tłumaczyliśmy, bo ryliśmy po wierzchu, nie głębiej niż krety.
- Może rzeczywiście nie była gotowa do pracy na głębokościach?
- Pewnie tak. Ale mieliśmy nadzieję, że to się w końcu zmieni. Bo za głębokości płacili o wiele lepiej. A Marry była przy nadziei, więc mi zależało. To była kwestia czasu, bo często ją modernizowali. Pamiętam, jak przyjeżdżały furgonetki wyładowane masą jakiś skrzyń. Znosili to na najniższe poziomy, mówię ci synku, ciągle coś dowozili. A i tak gówno z tego wyszło.
- Czemu?
- Giełda, jakieś tam takie rzeczy. Spadło zapotrzebowanie na surowiec i zwolnili tempo modernizacji. Dobrze, że ludzi nie pozwalniali. Tyle, żeśmy nigdy nie zleźli do tych rozsądnych żył. A później to już nie było sensu. Świat się zmienił, państwo szlag trafił a z nim i całą kopalnię.
- No tak... – westchnął Andre – ale pamiętam, że później, chyba Evans, położył na tym łapę.
- Evans to próbował, jak ty już byłeś duży. Wcześniej Marwet chciał się wzbogacić. Ale guzik. Bez środków, maszynerii i ludzi nic z tego nie wyszło. A matka ziemia zabrała co jej.
- Aż szkoda, dla miasta byłyby to spore profity.
- Gadanie. Profitów nam wystarcza, a za żaden nie kupisz tego co mamy, a czego innym brakuje.
Andre uniósł lekko brwi, nie wiedział za bardzo co miał na myśli Hawkins. Staruszek dostrzegł zdziwienie rozmówcy, uśmiechnął się serdecznie i z dumą w głosie dodał:
- Święty spokój, synku. Święty spokój, jakim cieszą się tylko małe dziury.

Kolejne elementy układanki zaczęły coraz bardziej pasować do siebie. Kopalnia, do której wiele lat temu próbował wyciągać na nocne eskapady Stevena, zdawała się dobrą przykrywką dla rządowej bazy. Musiał się tylko upewnić, zobaczyć ją w dzień, ocenić teren. W pobliżu tego typu kompleksów zawsze było coś na kształt pasa startowego i lądowiska dla samolotów. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy widział tam wcześniej coś takiego. Zresztą, przed służbą i swoją przygodą z wojskowością pewnie i tak by tego nie rozpoznał. Może dzień nie zaczął się najlepiej, za to kończył się dla Andre bardzo obiecująco. I tak za dużo czasu spędził już w Davenport. Im szybciej domknie sprawę, tym szybciej będzie mógł odejść. Wykonać zadanie, zameldować Posterunkowi, a co najważniejsze - nic nie psuć.

***

Nie chciał siedzieć przy stole i jeść kolacji, ale Steven nalegał. Choć nadal trwały żniwa, udało mu się odwiedzić Jessicę i spędzić kolejny wieczór w towarzystwie przyjaciela sprzed lat. Opowiadał o swoich zmaganiach z gospodarstwem, wypytywał o dokonania Andre. Usłyszał krótką historię tułania się od miasta do miasta, handlowania gamblami i czynienia tysiąca innych, przeciętnych rzeczy. Na tym tle jego dokonania w utrzymaniu jednego z największych gospodarstw w okolicy, zwalczenie niebezpiecznej plagi szkodników i podpisanie umów handlowych z kupcami z Nowego Jorku, urosły do rangi bohaterskich wyczynów. Steven błyszczał cały wieczór przy stole, opowiadał grzeczne i niespecjalnie śmieszne dowcipy, olśniewał jasnym uśmiechem i stale adorował Jessicę. Był narzeczonym pełną gębą – troskliwym, czułym i zakochanym po uszy. A ona uśmiechała się do niego, odwzajemniała pocałunki, opowiadała o kolejnych przygotowaniach do ślubu. Andre cieszył się jej szczęściem, ale miał już serdecznie dość dalszego siedzenia przy stole. Był zmęczony, miał prawo. Właśnie miał wstawać, lecz Steven go ubiegł. Zasiedział się, a od rana czekała go praca w gospodarstwie.
- Do zobaczenia Andre – uściskał rękę przyjaciela. – Wychodzi na to, że dziś ty masz dyżur w kuchni i pomożesz pozmywać po kolacji.
- Chyba się nie wywinę – mruknął bez entuzjazmu.
- Patrz lenia, najadł się a sprzątać to już nie łaska. Za co ty go lubisz, Skarbeczku? – kontynuował Steven, tonem przeznaczonym do opowiadania swoich najzabawniejszych anegdot, obejmując Jessicę.
Jedyną odpowiedzią był jej śmiech, gdy odprowadzała go do drzwi. Andre zaczął zbierać nakrycia ze stołu, ignorując szczebioty pożegnania, jakie dochodziły z holu.

Jessica nie wróciła już do kuchni i był pewny, że poszła spać. Zdziwił się, widząc ją w salonie. Dorzucała drzewa do kominka, bo noce robiły się już coraz chłodniejsze.
- Dziękuję za kolację, była wyśmienita.
Skończyła układać drwa i wyprostowała się. Stała tak chwilę na tle coraz jaśniejszego ognia, schowana w bezpiecznych połach ciepłego swetra.
- Za to, że jesteś. Po prostu, tylko za to – powiedziała cicho.
Usłyszał odpowiedź na pytanie, jakie postawił Steven wychodząc. I wiedział, że była przeznaczona tylko dla niego.
- Nie jestem dobrym człowiekiem, Jess. Nigdy nie byłem. Naprawdę, nie warto mnie lubić.
- Znam tę argumentację, An – lekko zadarła głowę do góry. – I wiesz, że nigdy się z nią nie zgadzałam.
Uśmiechnął się. Potrafiła być niezwykle uparta, jeśli chodziło o wiarę w jego dobroć. Odkąd pamiętał, zawsze znajdowała tysiące usprawiedliwień dla każdego jego zachowania i zawsze była obok, nawet wtedy, gdy ją ranił i odrzucał. Choć nigdy nie chciał, aby to znosiła. Wolał by zaczęła go nienawidzić i zapomniała, że istniał. I wiedział, że byłby w stanie uczynić coś na tyle krzywdzącego. Przed czym ją zresztą czasem ostrzegał. Tak byłoby mu łatwiej odciąć się od wszystkiego. Ale to było dawniej.
- Nie mogłem zostać... Nie chciałem cię skrzywdzić, a to prędzej czy później...
- Przestań! – weszła mu ostro w zdanie. – Nie chcę tego więcej słuchać, rozumiesz? Nie chciałeś, ale skrzywdziłeś! Patrz, nie spełniło się proroctwo – zaczęła mówić głośniej i szybciej – nie umiem cię znienawidzić!
- Jess, proszę...
- Ja też prosiłam! – znowu nie pozwoliła mu dokończyć – Najpierw ciebie, a później boga - widział jak drżą jej ramiona i jak zaciska karminowe wargi, zmieniając usta w wąską, wykrzywioną bólem kreskę. – O to żebyś wrócił, żebyś był bezpieczny, żebyś żył...
Nie cofnęła się kiedy podszedł bliżej, ani kiedy ją obejmował. Mocno, tak jak dawniej. Głaskał dłonią głowę opartą o pierś, mierzwił włosy, całował czoło. Płakała wtulona w niego, niczym mała, zagubiona dziewczynka.
- Jesteś dla mnie bardzo ważna Jess – mówił cicho, jakby bał się, że słowa narobią niepotrzebnego hałasu – cholernie ważna.
Łzy nadal płynęły po jej policzkach, gdy pocałunkami pieściła jego przymrużone powieki, wysokie czoło, znaną na pamięć twarz, próbując nacieszyć się tym, czego brakowało jej przez ostatnich sześć lat.

Obudziły go ostre promienie słońca, wpadające przez okno. Leżał na kanapie, częściowo okryty kapą, a przytulona do niego Jess spała obok. Przez moment walczył ze skurczem, bo ułożona w niewygodnej pozycji przez całą noc noga zdrętwiała. Wczoraj, gdy Jess się uspokoiła, usiedli przytuleni na sofie i rozmawiali. O niej, o nim, o nich. O tym, co było kiedyś i czemu było właśnie tak, a nie inaczej. O jego Posterunku i jej szkole, o wspólnej tęsknocie, o życiu, smutkach i radościach. O Stevenie. O Rebecce. O wszystkim, co było dla nich ważne. Znowu byli sobie bliscy, tak jak kilka lat wcześniej. Teraz patrzył na jej spokojną twarz, słuchał jak miarowo oddycha. I był szczęśliwy. Ruszyła się lekko, powoli otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Tylko do niego i specjalnie dla niego.
- Ja ciebie też – powiedział, całując ją na dzień dobry w czoło.

***

Nie dane im było zjeść spokojnie śniadania. Pukanie do drzwi rozległo się, zanim jeszcze wstali z kanapy. Jess wpuściła do środka jednego z funkcjonariuszy straży szeryfa. Miał cholernie poważną minę i od razu było wiadomo, że przyszedł w sprawach urzędowych a nie przez wzgląd na starą znajomość.
- Witaj Jessico, Andre – skinął głową.
- Cześć Bob – odpowiedziała.
- Szeryf prosi, aby wszyscy zachowali dziś szczególną ostrożność. Jeśli nie musicie, nie opuszczajcie miasta i nie rozmawiajcie z obcymi.
- Na boga, Bob, co się stało? – Jessica była wyraźnie zaniepokojona.
- Wczoraj ktoś brutalnie zabił starą Kate Grunewald. Znaleziono ją dziś rano. Cały dom był zdemolowany, podejrzewamy atak rabunkowy.
- Kate? Nie wierzę... Kto chciałby zabić tę spokojną staruszkę? Przecież wszyscy wiedzieli, że nie ma żadnych kosztowności. Zeszłej zimy dostawała posiłki od miasta.
- Najwidoczniej ktoś spoza miasta, Jessico. Dlatego musimy teraz uważać na obcych – funkcjonariusz odruchowo spojrzał w stronę Andre – i mieć się na baczności. W tych czasach każdy może się zmienić... O której Andre wczoraj wrócił?
- Co to ma znaczyć? – spojrzała na niego z oburzeniem – Zwariowałeś Bob?!
- Spokojnie Jess, to tylko jego praca – powiedział Andre stając obok niej. – Powinniśmy się cieszyć, że tak rzetelnie wypełnia obowiązki. Dzięki temu jest bezpieczniej – jego uśmiech był podszyty delikatnym szyderstwem.
- Jasne Andre, to tylko obowiązki – podchwycił zmieszany lekko zastępca szeryfa – musimy porozmawiać ze wszystkimi, którzy są od niedawna w mieście. Więc? O której wczoraj wróciłeś?
- Zanim się ściemniło, pewnie koło dziewiętnastej.
- Acha... A później co?
- Zjadłem wyborną kolację z Jess i Stevenem. Możesz się go spytać, potwierdzi. Nawet był mój dyżur mycia garów – lekki ton, uśmiech. – I to koniec wieczoru.
- Nocowałeś tutaj?
- Tak.
- Na górze? – kontynuował funkcjonariusz Biura Szeryfa.
- Bob, do czego ty zmierzasz? – przerwała mu mocno zirytowana tą całą szopką Jessica.
- Muszę ustalić, czy Andre nie opuszczał nocą twojego domu. To rutynowe...
- To rutynowo zapisz sobie – przerwała mu bezczelnie – że ręczę swoim nazwiskiem za Andre, bo całą noc spędził u mnie.
- Jessico, nie denerwuj się. Nie mam nic do Andre. Po prostu to poważna sprawa. I muszę wiedzieć, czy rzeczywiście całą noc był pod twoim dachem.
- Jak ci kobieta mówi, że wie gdzie całą noc spędził mężczyzna, to nie powinieneś zadawać więcej żadnych pytań – orzekła stanowczo.
Funkcjonariusz zbaraniał. Spojrzał w chłodne oczy Jessicy, rzucił krótkie spojrzenie w stronę Andre, po czym zaśmiał się niepewnie. Próbował znaleźć w myślach jakąś błyskotliwą odpowiedź, lecz nie zdążył.
- Do widzenia, funkcjonariuszu Parkins. – powiedziała Jessica otwierając drzwi.

- Wytłumaczysz mi co się dzieje? – dogoniła go dopiero przy końcu ulicy.
- Wracaj do domu Jess, tam nie będzie nic ciekawego. Wierz mi.
- Skoro tak, to po co tam idziesz?
- Proszę, po prostu wracaj do domu i zamknij za sobą drzwi – zatrzymał się na chwilkę, bo nie miał zamiaru ustąpić.
- An, martwi mnie to wszystko. Po co idziesz do domu Grunewald? Co ty masz do całej tej sprawy?
- Mówiłem, ja tylko przynoszę kłopoty – uśmiechnął się ponuro – Zawsze się nie potrzebnie martwisz przeze mnie.
- Nie zaczynaj – przecząco zamachała ręką. – I tak nie mam zamiaru wracać do domu. Możesz więc albo mi to wszystko wytłumaczyć, albo milczeć.
Nie miał siły i czasu z nią walczyć. Ruszył szybkim krokiem w stronę zachodniej bramy, przy której stał dom zamordowanej staruszki. Tak jak podejrzewał – Jess nie zamierzała odpuścić.
Zastępca szeryfa Parkins nie kłamał. Cały dom był zdemolowany, na podłodze rozrzucono zawartość szuflad i przeróżnych schowków. Pomiędzy pokaźną kolekcją drobnych, praktycznie nic niewartych gambli można było dostrzec rodzinne pamiątki należące do Kate. Zdążył tylko na moment wejść do kuchni, gdzie na stole leżało ciało kobiety. Poturbowane, okaleczone, umazane zaschniętą krwią, której czerwone plamy zdobiły najbliższe meble. Jeśli celem napadu był rzeczywiście rabunek, to musiał go dokonać psychopatyczny złodziej. A w to Andre raczej wątpił. Nie mógł dokładniej sprawdzić kuchni, bo ludzie szeryfa już się zreflektowali, że w domu znajdują się postronni obywatele. Grzecznie dał się wyprowadzić na zewnątrz. Dopiero wtedy dostrzegł bladą jak papier twarz Jessicy. Dziewczyna milczała cały czas, nawet wtedy, gdy tłumaczył powód ich obecności. Obeszło się na szczęście bez problemu, bo nie byli pierwszymi ciekawskimi, którzy przyszli zobaczyć „biedną staruszkę”. Skończył uprzejmą rozmowę ze strażnikami i ruszył w stronę pobliskiego placu.
- Masz co chciałaś – burknął odruchowo w stronę Jess, lecz gdy zobaczył przerażenie w jej oczach zmienił ton na łagodniejszy. – Prosiłem żebyś została w domu. Ludzie potrafią być bardzo okrutni, po co na to patrzeć.
- Czego oni od niej chcieli An? – spytała już troszkę bardziej pewnym głosem – Bo na pewno nie gambli. Praktycznie nic nie zniknęło... Znałam jej dom, nosiłam jej kiedyś posiłki.
- Tu chodziło o zupełnie coś innego niż gamble. Przynajmniej nie te, które miała Kate.
Zatrzymał się nagle jak wryty. Patrzyła na niego zdumiona, ale on nawet nie zwrócił na to uwagi. Pokręcił głowa z niedowierzaniem.
- Nie masz dziś zajęć w szkole? – spytał.
- Mam, zaczynają się za pól godziny. Ale czemu...
- Chodź, zaprowadzę cię do szkoły – chwycił ją za rękę nie czekając na odpowiedź.
- Andre! Cokolwiek się nie dzieje, będę bezpieczniejsza wiedząc o co chodzi – uderzyła w jedyny powód jego dziwnego zachowania, jaki przyszedł jej do głowy. Trafiła. Zerknął na nią, wahał się przez moment, rozważał za i przeciw. W końcu ustąpił.
- Przedwczoraj długo rozmawiałem z Kate, miałem do niej kilka pytań. Ten, kto ja zabił zapewne też. I podejrzewam, ze podążał po prostu moim tropem. Dlatego chciałabym wiedzieć, że jesteś w bezpiecznym miejscu, otoczona ludźmi. Szkoła jest w budynku ratusza, tam jest wystarczająco dużo ludzi szeryfa, bym nie musiał się o ciebie martwić.
- Dobrze – zaakceptowała wszystko, co jej powiedział. – A ty?
- Muszę coś szybko sprawdzić, jak tylko wrócę to wpadnę do szkoły.
- Nie możesz iść sam do Hawkinsa. To za miastem – rzuciła nie zwalniając kroku.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Bo z nim spędziłeś cały wczorajszy dzień, pewnie też rozmawiając. Więc jeżeli ty nie usłyszałeś tego co chciałeś od Kate i poszedłeś do niego, to oni, kimkolwiek by nie byli, zrobią to samo.
- Byłem u niego, bo naprawiałem mu dach.
- Znamy się zbyt długo abym uwierzyła w te szlachetne pobudki. Oni też raczej nie będą tak naiwni.
- Staruszek może mieć kłopoty – ustąpił Andre.
- Ty też, jeżeli planowałeś się tam wybrać bez broni.
Spojrzał na nią zdziwiony, bo czuł jakby nie rozmawiał z Jess, tylko jakąś inną, nieznaną osobą. Kobieta, jaką pamiętał, uwiesiłaby mu się na ramieniu nalegając by nigdzie nie szedł. Nie miał jednak czasu dłużej zastanawiać się nad powodami całej tej zmiany.
- Broń musiałem zdać przy wejściu do miasta, a teraz na pewno mi jej nie oddadzą.
- Wracamy do domu. Mam tam pistolet ojca, razem z całą amunicją i resztą rzeczy. Dbał o niego, więc powinien jeszcze działać.
- Zaskakujesz mnie Jess – powiedział, gdy skręcili w stronę lawendowego domu.

Tak jak zakładał, broń była sprawna. Zresztą, widział już taką, która przeleżała ponad pięćdziesiąt lat zasypana piachem a działała bez zarzutu. Najlepsza była rosyjska, cieszył się kiedy Posterunek uzbrajał w nią swoich ludzi. Dziś musiał mu jednak wystarczyć zadbany Colt M1911, który przeżył z dziadkiem Jessicy wojnę w Wietnamie, a później wiernie służył jej ojcu. Andre mało wiedział o tej wojnie, ale liczył na to, że broń sprawdzi się dobrze również dzisiaj.

Najgorsze obawy potwierdziły się. Przed domem stał zaparkowany, czarny samochód. Jego samochód. Gangerzy musieli zdążyć naprawić w nim to, co popsuło się podczas pościgu. Nawet go to ucieszyło. Nie więcej niż pięciu – pomyślał, przekradając się bliżej budynku.
Nie byli na tyle ostrożni, by wystawić czujkę na ganku. Jednak mogli obserwować teren z okien, dlatego Andre trzymał się najpierw cienia skarłowaciałych krzewów, a później starego parkanu. Z odbezpieczoną bronią zakradł się na tyły domu, w stronę kuchennych drzwi. Z wielką wprawą przemykał pod oknami, słysząc uniesione głosy. Żaden nie należał do starego Hawkinsa. Bandyci kłócili się między sobą, wyraźnie zdenerwowani brakiem tego, czego szukali. Nie planował na razie im przeszkadzać, znał dobrze ich porywczą naturę. Korzystając z zamieszania sprawdził, czy drzwi nie są zamknięte. Nie były. Dostrzegł też leżącą w kącie kuchni, skuloną postać. Gdy któryś z gangerów pchnął swojego kumpla, kłótnia rozgorzała na dobre. Wtedy oddał pierwszy strzał, wpadając do pomieszczenia. Drugi, przeskok za kredens, dodatkowa ochrona, wychylenie, strzał. Tym razem spudłował, bo napastnicy zdążyli już rozbiec się po kuchni, szukając osłon i dobywając broni. Rama kredensu, za którym się chował, przyjęła na siebie cała posłaną mu serię z półautomatu. Zaryzykował nieznaczne wychylenie i ściągnął jednym strzałem uzbrojonego w szybkostrzelną broń gangera. Trafiony niefortunnie pociągnął jeszcze ogniem po swoich. W takich chwilach lubił, kiedy przeciwnikowi palec zablokowywał się na spuście. Ignorując krzyki i huk wystrzałów zmienił położenie, przetaczając się w wejście do spiżarki. Kolejny strzał, wyprowadzony z przyklęku trafił rudowłosego zbira prosto w głowę. Mózg rozchlapał się na ścianę, pod którą stał trafiony.
- Rzuć broń – wrzasnął do ostatniego z gangu, który chroniąc się za przewróconym stołem szukał możliwości ucieczki. Poskutkowało. Trzymając go na muszce Andre sprawdził, czy wszyscy inni aby na pewno nie żyją. Zabrał dodatkową broń.
- Ilu was jeszcze jest?! – krzyknął do wystraszonego, może siedemnastoletniego chłopaka. – Pytam, kurwa, ilu?!
- Większość została w obozie pod miastem – wydukał szczeniak.
- Ilu?
- Nie wiem dokładnie – zaczął, lecz szybko przerwał widząc wylot lufy pistoletu na wprost swojej twarzy – dwudziestu.
- Jaki macie sprzęt? Broń? – Andre kontynuował rozmowę, sprawdzając co z Hawkinsem. Stary na szczęście żył, lecz oddychał bardzo ciężko. Był poobijany i zakrwawiony, ale chyba nie dostał żadnej kulki.
- Zwykłe gnaty, kilka granatów... – wyliczał smarkacz, trzęsąc się ze strachu.
Andre uciszył go ruchem ręki. Przez chwilkę nasłuchiwał, a gdy ryk silnika nadjeżdżających wozów stał się całkiem wyraźny i przestał być jedynie omamem słuchowym, zaklął.
- Mieliście się tu spotkać? – znów poruszył pistoletem wycelowanym w chłopaczka.
- Masz przesrane popierdoleńcu – usłyszał histeryczny chichot w odpowiedzi. Tyle sam wiedział, nie potrzebował żadnego utwierdzenia. Zakładnika też nie potrzebował, bo gangerzy mieli głęboko w dupie życie własnych ludzi. A Andre miał mało czasu.
Strzelił, a gdy bezwładne ciało opadało na podłogę, podniósł Hawkinsa. Musieli się wydostać z domu i schronić w innym miejscu. Było za późno na rajd w stronę wozu zaparkowanego przed frontem budynku. Sam może by jeszcze zdążył, ale nie z poturbowanym staruszkiem na ramieniu.

Wpadając do stodoły sprawdził odruchowo, czy nikogo w niej nie ma. Wcześniej, w biegu, dostrzegł dwa podjeżdżające pod dom samochody. Wiedział, że za chwilę wybiegną z budynku i zaczną szukać mordercy swoich, a prędzej czy później trafią do stodoły. Prędzej, jeśli podążą śladem wyznaczonym na piachu krwią staruszka. Ułożył Hawkinsa za osłoną starego końskiego boksu, w jedynym w miarę bezpiecznym miejscu. Przeładował zdobytą broń i zaczął obserwować podwórko.

***

- Dzień dobry pani Davkins.
Jessica spojrzała na swojego ucznia, wchodzącego do klasy. Ominął pierwszą lekcję i już zaczynała się o niego martwić.
- Czemu nie byłeś na zajęciach, Martin? – spytała tonem pełnym wyrzutu i troski jednocześnie.
- Przepraszam, pani Davkins – chłopak lekko spuścił głowę i nadal stał niepewnie w drzwiach klasy.
- Dobrze, porozmawiamy o tym później, a teraz siadaj na swoje miejsce.
- Pani Davkins? – chłopak powoli wykonywał jej polecenie.
- Słucham Martin?
- Mój wujek... – zawahało się na moment dziecko – Mój wujek chciałby z panią porozmawiać.
- Twój wujek?
- Taak... Czeka przed szkołą, to bardzo ważna sprawa.
- Jaki wujek? – nie podobała jej się mina chłopaka, nerwowo pocierane za plecami dłonie. Znała swoich uczniów bardzo dobrze, była dla nich niczym druga matka i tak jak matka, potrafiła doskonale rozpoznać, kiedy kłamią.
- No wujek. Wujek Tom – odparł malec i widząc jej pełną niedowierzania minę dodał - tata go bardzo lubi.
- A co to za sprawę ma do mnie twój wujek? – kontynuowała podchodząc do okna, powoli, bardzo naturalnie i nie od frontu. Zerknęła na ulicę, lecz nie zobaczyła nikogo, kogo mogłaby się obawiać.
- Musi pani coś ważnego powiedzieć – chłopak mówił już coraz szybciej, jak dzieci które uwierzyły, że nikt się nie zorientował, iż coś nie gra w opowieści o bezczelnym złodzieju, który ukradł ciastka. – Bardzo ważnego. Tata sam nie mógł, a wujkowi ufa mocno. Pani musi z nim porozmawiać.
- Czy to nie może zaczekać do końca lekcji?
- Wujek mówił, że to sprawa życia i śmierci.
Nie wątpię – pomyślała ze sporą obawą, lecz uśmiechnęła się delikatnie do swoich uczniów. Ktokolwiek nie próbował wyciągnąć jej w ten sposób z klasy mógł wyrządzić więcej szkód przychodząc do niej. Bezpieczeństwo uczniów było ważniejsze. Ciągle liczyła na to, że to jedynie jej zbyt bujna wyobraźnia, pożywiona opowieścią Andre. Choć przeczucie mówiło jej, że nie będzie tak pięknie.
- Posiedźcie tu grzecznie, a ja zaraz wrócę. Nie wolno wam opuszczać klasy, zrozumiano?

Wyszła na korytarz, lecz nie ruszyła w stronę schodów prowadzących do wyjścia. Zamiast tego przeszła przez drzwi odgradzające szkolną część budynku od ratusza. Skierowała się szybkim krokiem prosto do biura szeryfa.

***

Było już naprawdę gorąco. Tym razem gangerzy działali z głową i Andre nie miał łatwego zadania. Jak najdłużej starał się pozostać w ukryciu, jednocześnie próbując pojedynczo unieszkodliwić przeciwników. Na początku szło dobrze...

Barczysty koleś, zwrócony plecami do drewnianej ściany budynku, zbliżał się ostrożnie do drzwi stodoły. Pomieszczenie wydawało się puste, przekroczył próg i w tym momencie spadł na niego Andre, przyczajony do tej pory na krokwi pod sufitem. Wolał bezpośrednie starcie, niż strzał z pistoletu. Nie chciał za szybko mieć na głowie pozostałych ludzi. Zaskoczenie zrobiło swoje i już na początku uzyskał niezbędną przewagę. Po krótkiej szamotaninie, której towarzyszyły szybkie ciosy noża, odciągnął ciało za koński boks i wrócił na swoją wygodną pozycję.

Szybko zjawił się następny, najwidoczniej zaniepokojony długą nieobecnością kolegi. Andre wyczekał na właściwy moment i zeskoczył na plecy kolejnego gangera. Tym razem trafił jednak na bardziej wymagającego przeciwnika, który w ostatniej chwili zdążył się usunąć. Choć wybity z rytmu, Andre nadal działał szybko. Mocne kopnięcie w rękę z bronią, zanim ta zdąży wznieść się do góry. Uniknięcie lewego sierpowego, jaki trafił mu się w odwecie. Nie mógł już nic poradzić na krzyk gangera. Atakował dalej, nie dając przeciwnikowi możliwości przejęcia inicjatywy. Ten jednak uniknął kolejnego ciosu wyprowadzonego nożem. Andre stracił na moment równowagę i nie zdążył uchylić się przed potężną pięścią. Zadzwoniło mu w uszach, w ustach poczuł żelazisty smak krwi. Zasłonił się przed kolejnym ciosem i znowu zaatakował. Miał wrażenie, że bierze udział w jakiejś pijackiej bijatyce, choć w grę wchodziło coś więcej niż urażony honor. Oberwał jeszcze solidnego kopniaka w brzuch nim udało mu się w końcu wbić nóż w trzewia przeciwnika. Obalił go swoim ciężarem na ziemię i szybkim ruchem poderżnął gardło.

Przeskoczył nad trupem, zgarniając po drodze jego broń i rzucił się w stronę osłony boksa, dosłownie w momencie gdy reszta gangu wpadała do stodoły, prując serią pocisków. Jeden dosięgnął jego ramienia dokładnie w chwili, gdy wtaczał się za drewno przegrody. Poczuł rozdzierający rękę ból. Zacisnął zęby, uniósł zdobytego H&K UMP i pociągnął serią po gangerach. Po sekundzie, korzystając z tej ogniowej zapory, przedarł się w głąb budynku. Kolejne pociski świstały mu wokół głowy i czuł się z tym cholernie niekomfortowo. Ramie paliło do żywego, ale adrenalina robiła swoje. Za którąś z kolei osłoną, pękającą od siły pocisków, odrzucił broń z pustym magazynkiem i dobył MP5, do którego przynajmniej miał amunicję. Zostało mu jeszcze dwóch przeciwników i nie miał zamiaru dać im wygrać. Dotarł w pobliże tylnych wrót, prowadząc ostrzał zza grubej belki stanowiącej podporę stropu. Słyszał tylko wystrzały i trzask pękającego drewna. Na czworakach, przeładowując broń pod osłoną ostatniej przegrody, przedzierał się w stronę wyjścia. Na szczęście gangerzy strzelali nadal w miejsce, gdzie był przed chwilą. Wychylił się, lecz musiał zaryzykować dla czystego strzału. Tatatata – zaśpiewała broń, a dopiero po chwili Andre zabrał palec ze spustu. Nie miał czasu na cieszenie się z wygranej. Nadal z bronią gotową do strzału pobiegł w stronę ukrytego w bezpiecznym kącie Hawkinsa. Przynajmniej miał nadzieję, że w bezpiecznym. Dopadł do staruszka i upewnił się, że ten żyje. Sznurem do wiązania snopków zawiązał krwawiące ramię, tuż ponad raną. I tak już stracił sporo krwi. Próbował docucić starca, by jak najszybciej dostać się z nim do samochodu i wrócić do miasta. Obaj potrzebowali pomocy. Ten jednak ciągle był nieprzytomny. Ostatnim wysiłkiem, coraz bardziej słaby, Andre podniósł Hawkinsa i ruszył ostrożnie w stronę auta.

Byli już tuż obok domu, gdy dobiegł ich wściekły ryk silnika. Andre położył staruszka pod ścianą budynku, tuż obok tylnego ganku, a sam przedarł się bliżej frontu, by sprawdzić kto przyjechał.
- Nosz do kurwy nędzy – zaklął widząc pasażerów czerwonego Forda. Nie miał wątpliwości, że była to reszta gangu.

Nie mógł już próbować przedrzeć się do swojego wozu, a już na pewno nie z Hawkinsem. Do tego coraz trudniej stało mu się na własnych na nogach. Zostanie tu było jednak równie dziwacznym pomysłem. Wrócił do staruszka, przeciągnął go w najbliższe krzaki, po czym wbiegł do domu. Postanowił nie czekać na nich w salonie, niczym grzeczna żona.

Było już naprawdę gorąco. Ledwo umknął śmierci, krwawa struga krwi z ramienia miała już koleżankę na udzie, kończyła mu się amunicja, a oni wiedzieli gdzie jest. Ucieczka na dach budynku wydawała się jedynym rozwiązaniem. Doczłapał do okna. W tym momencie usłyszał odgłosy strzelaniny dobiegające z dołu. Nie myślał nad ich powodem, wgramolił się na parapet i z trudnością wylądował na dachu. Chciał jedynie odczołgać się jak najdalej od okien i skryć za nadbudówką strychu. Dopiero z tego miejsca zauważył wozy stojące pod domem. Przybyło kilka nowych, a każdy z nich miał wypisane na boku urocze hasełko: Szeryf. Odetchnął z ulgą i zaczął za wszelką cenę walczyć z ciemnością i zmęczeniem, które próbowały go ogarnąć.

***

- Mieliście sporo szczęścia, ty i stary Hawkins – głos szeryfa był chłodny i opanowany. – Dobrze, że panna Davkins nas zawiadomiła.
- Mhm – odparł Andre poddając się zabiegom sanitariuszki. – Miała nosa.
- Nazwałbym to zdrowym rozsądkiem – burknął szeryf. – Zatrzymaliśmy tego człowieka, który próbował wywabić ją z klasy. Miał przy sobie broń, musiał ją jakoś ukryć przy wejściu do miasta.
- Jess? – poderwał się do góry, lecz usadziła go z powrotem silna ręka sanitariuszki.
- Bezpieczna. Nie wyszła ze szkoły, tylko przekradła się do mojego biura. A jak już zatrzymaliśmy tego faceta, to powiedziała o swoich podejrzeniach co do sytuacji na farmie Hawkinsa.
- Rozumiem – wyraźnie mu ulżyło, choć w środku cały się gotował ze złości. Ze złości na samego siebie, że naraził ją na niebezpieczeństwo. Przecież właśnie tego od początku próbował uniknąć.
- A teraz proszę wszystko spokojnie opowiedzieć. Z panem Hawkinsem porozmawiam, jak tylko poczuje się lepiej.
Nim odpowiedział, Andre wziął głęboki oddech, szybko układając w głowie jakąś dobrą historię.

Gdy tylko Szeryf odszedł, Hawkins przywołał do siebie ruchem ręki Andre. Pielęgniarka skończyła już swoją pracę i wyglądało na to, że staruszek się wyliże.
- Dziękuję synku.
- Nie musi pan – Andre przeczesał krótkie włosy szybkim ruchem zdrowej ręki. – Ja też dziękuję. Za rozmowę z Szeryfem.
- Harry kupi wszystko, jeśli mu to tylko dobrze sprzedasz. Ale to łebski facet i potrafi dbać o miasto.
- Nie wątpię – uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Jest tam - – staruszek powoli pokiwał głową, patrząc gdzieś ponad dachem swojego domu.
- Słucham? – Andre spojrzał na niego, bał się, że jednak Hawkins oberwał za mocno.
- To czego szukasz synku – zaśmiał się ukazując bezzębne dziąsła. – Ciężarówki, którymi zwozili sprzęt do modernizacji często były wojskowe. To nie była tylko kopalnia, ale nigdy nie próbowałem o nic pytać. Marry... A dobrze płacili, wierz mi.
- Wierzę i jeszcze raz dziękuję panie Hawkins.
- To już koniec?
Andre spojrzał pytająco na starca. Widząc to, starszy człowiek uśmiechnął się ponuro i dodał:
- Świętego spokoju, synku. Świętego spokoju, jakim cieszą się tylko małe dziury.
Nie doczekał się odpowiedzi. Andre skinął mu głową na pożegnanie i odszedł w stronę swojego samochodu z rękami schowanymi w kieszeniach wytartych dżinsów, wyraźnie kuśtykając.

***

W miejscowym szpitaliku dobrze się nim zajęli, dostał nawet porcję przeciwbólowych prochów. Rana nogi nie była na szczęście zbyt poważna, jedynie obficie krwawiące draśnięcie. Gorzej z ręką. Ale nawet w tej sytuacji szukał tych lepszych stron – mógł przecież oberwać w prawą, co skutecznie uniemożliwiłoby mu machanie nią na jakiś czas. Tak przynajmniej da radę względnie szybko opuścić Davenport. Posterunek czekał przecież na meldunek z akcji.

O wydarzeniach na farmie nie rozmawiali. Jess o nic nie pytała, dbała tylko aby zmieniał opatrunki i karmiła go najlepszymi potrawami, jakby od tego zależało jego życie. Oboje wiedzieli, że Andre musi odejść. I to już niedługo, jak tylko się lepiej poczuje. I o tym też nie rozmawiali. Dni płynęły powoli, pełne codziennych obowiązków, a on wracał do zdrowia. Lato w pełni ustąpiło miejsca jesiennej aurze, wieczory szybciej przeganiały ostatnie promienie słońca. Było mu tu dobrze. Cholernie dobrze, czego zupełnie nie przewidział zjawiając się w mieście parę tygodni temu. Zaczął się nawet zastanawiać, czy tam w sztabie, kiedy ujrzał mapę, nie powinien podjąć innej decyzji. Tak było by prościej. Zerknął w stronę Jessicy, siedzącej na fotelu i czytającej dziecięce wypracowania. Praca pochłonęła ją zupełnie, nieświadomie obgryzała końcówkę ołówka. Utopiona w obszernym, ciepłym swetrze, z włosami niedbale zawiniętymi nad karkiem wyglądała tak spokojnie. Uśmiechnął się sam do siebie. Bo wiedział, że jednak było warto wracać do Davenport. Choćby dla tej chwili. Milcząc, dalej cieszył oczy jej widokiem, jakby próbując zagarnąć go na zapas.

- Przygotowałam ci trochę jedzenia na drogę. Pieczone mięso, nic specjalnego – podeszła bliżej przekazując mu zawiniątko. – Trochę kanapek, trochę drożdżowego placka z jabłkami...
- Dziękuje Jess – uśmiechnął się najcieplej jak potrafił – za wszystko.
- Wiesz przecież, że nie puściłabym cię bez zapasów – mówiła dość szybko, z nienaturalną wesołością.
- Wiem, jesteś cudowna.
- To gdzie teraz zmierzasz?
- Muszę wrócić i dokończyć wszystkie sprawy, czekają na to. Sama wiesz...
- Nie wiem – zaśmiała się – ale niech ci będzie.
- Może to i lepiej – odparł z lekką zadumą, lecz szybko przywoła weselszy ton głosu. – Dbaj o siebie i pilnuj Stevena, to ciapa trochę.
- Andre!
- Tak, tak, wiem. Ale nie mogłem się powstrzymać.
- Jesteś nieznośny – prychnęła z udawanym oburzeniem.
- W końcu mnie doceniłaś – mrugnął porozumiewawczo.
Roześmiali się oboje. Na pożegnanie objął ją mocno, długo tuląc. Później odszedł, a ona odprowadziła go wzrokiem, chroniąc się przed deszczem pod dachem ganku. Obrócił się jeszcze, uśmiechnął, zasalutował i wsiadł do samochodu.

Zamknęła za sobą drzwi. Przeszła przez nienagannie wysprzątany salon, mijając regały z książkami. Zabrała się za porządki, zebrała pachnącą lawendą pościel z pokoju gościnnego, starła niewidoczny kurz z szafki przy łóżku. Jakby to była najważniejsza sprawa na świecie. Później ułożyła rzeczy w swojej szafie, wykładając na wierzch bardziej jesienne odzienia. Zatrzymała dłoń na niedokończonej białej sukni. Pogłaskała delikatną materię tkaniny, poprawiła koronki przy dekolcie. I wtedy rozpętała się burza, choć za oknem ciągle świeciły ostatnie promienie zachodzącego słońca. Łzy same popłynęły po policzku, cała dygotała. Pielęgnowany do tej pory spokój pękł niczym mydlana bańka. Krzyczała, płakała, tłukła pięściami o szafę. Rozwalała poukładane rzeczy, jakby cały ten ból, jaki czuła był ich winą. Osunęła się na podłogę i kuląc się niczym zranione zwierzę, długo łkała.

***

Miasteczko zdążyło ochłonąć po ostatnich wydarzeniach. Szeryf dopilnował załatwienia do końca sprawy związanej ze zbyt bliską obecnością gangerów. Na wszelki wypadek zwiększono ilość patroli i wartowników u bram. Poza tymi działaniami miejscowi nie odczuli żadnych niewygód. Po pogrzebie starej Kate wrócili do swoich rutynowych zajęć. Co prawda zawalenie kopalni zbiegło się w czasie z całym tym zamieszaniem, ale nie stanowiło długo tematu do ciekawych rozmów. Owszem, sprawa była zagadkowa, ale szybko znaleziono odpowiednie wytłumaczenie. Nadgryziona zębem czasu konstrukcja ustąpiła w końcu sile matki ziemi, która ostatecznie skryła w sobie to, co kiedyś ludzie próbowali jej wyrwać. Żałowano co prawda starego Hawkinsa, bo był z niego dobry człowiek. Ale kto mógł przewidzieć taką tragedię? Gdy staruszek zaginął nie zorientowali się od razu, bo byli zajęci sprawdzaniem, czy coś z kopalni zostało jeszcze coś przydatnego społeczności. Dopiero kilka dni później odkryto jego nieobecność i zaczęły się poszukiwania. A gdy go nie znaleziono, coraz częściej powtarzano, że przecież stale chodził na spacery do kopalni. Taka tragedia – musiał mieć pecha i trafić akurat na zawał ziemi. W końcu wyprawiono mu pogrzeb, zasypując pustą trumnę ziemią przyniesioną z wyrobiska. Sentymentalny człowiek, kopalnia była całym jego życiem i to ona je mu odebrała – mówili ludzie. A potem przestali rozmawiać i o tym. Zbliżały się jesienne obsiewy i Davenportczyków czekało sporo pracy.

***

Pukanie wyrwało go z półsnu. Ból w ramieniu ciągle mu doskwierał, ale z nogą było już zdecydowanie lepiej. Nie spodziewał się żadnych gości. Nie o tej godzinie, nie w tym zajeździe. Podszedł do drzwi, w zdrowej ręce trzymając pistolet.
- Kto tam?
- Otwórz – usłyszał w odpowiedzi delikatny głos. Zdębiał, lecz wykonał prośbę, ciągle nie chowając broni.
Stała przed nim, w bladym świetle korytarza. Kasztanowe włosy delikatnie opadały jej na ramiona skryte pod starą, dżinsową kurtką. W ręku trzymała spory plecak.
- Jess?! Co ty tu robisz?! – był tak oszołomiony widokiem, że dopiero jej spojrzenie uzmysłowiło mu, że ciągle mierzy do niej z pistoletu. Cofnął się w głąb pokoju, wpuszczając ją do środka i odłożył broń – Co ty tu robisz? – powtórzył.
- Już raz pozwoliłam ci odejść. – Uśmiechnęła się lekko, kładąc plecak na podłodze - I wtedy obiecałam sobie, że jeśli jeszcze kiedyś się spotkamy, to nie popełnię ponownie takiego błędu.
- Boże, Jess... Co ty mówisz? Jak tu dotarłaś? – wyrzucał z siebie kolejne pytania ciągle nie mogąc się opanować. – Muszę cię odwieźć z powrotem. Steven się pewnie martwi. Boże, coś ty zrobiła? Zdurniałaś?! To niebezpieczne samej opuszczać miasto...
Dalej się do niego uśmiechała, mierząc go zielonym spojrzeniem spod kaskady czarnych rzęs. Nie przerwała ani na chwilę potoku pytań, przetykanego wybuchami złości na jej głupotę i samotną eskapadę.
- Masz zamiar coś powiedzieć?! – wykrzyczał w końcu.
- Już powiedziałam wszystko, co było ważne - odrzekła spokojnie.
Zamilkł mierząc się z jej spojrzeniem. Już dawno nie widział w tych oczach tyle zdecydowania i determinacji.
- Ty nie żartujesz, prawda – bardziej stwierdził, niż zapytał.
Pokiwała twierdząco głową. Miał ochotę ją za to zadusić. Uściskać i zadusić jednocześnie. Usiadł na łóżku, jedynym miejscu do siedzenia w tym komfortowym pokoju gościnnego zajazdu. Objął głowę rękami i powoli składał myśli.
- Jessico – odezwał się po dłuższej chwili milczenia. Głos miał już spokojny. – Musisz wrócić do Davenport. Odstawię cię z rana.
- Chyba nie masz tam już nic do załatwienia.
- Ja nie, ale przypomnę, że ty masz. Masz tam swoje życie...
- Skoro ty nie wracasz, to ja również – rzekła stanowczo. – Jadę tam, gdzie ty. Jesteś jeszcze ranny i ktoś musi się tobą opiekować.
Zaśmiał się. Głośno, ironicznie, kiwając głową z niedowierzaniem.
- Zdurniałaś do reszty?
- Jeśli tak wolisz na to patrzeć – i znowu ten uśmiech.
Mógł próbować się z nią kłócić, mógł nawet siłą wsadzić ją do samochodu i odstawić do domu. Dobrze też wiedział, że wystarczyło znowu w umiejętny sposób ją zranić, uderzyć w jakiś czuły punkt i zyskać przewagę. Lecz tym razem nie chciał rozstawać się w taki sposób. Nie po tym, co udało mu się odzyskać po tych latach. I nie po tym, czego przez te wszystkie lata żałował.
- Jess! Nie możesz ze mną nigdzie jechać! Tam nie jest bezpiecznie. Musisz wrócić do swojej szkoły, do swoich spraw, do Stevena...
- Tak się składa – weszła mu w zdanie nachylając się ku niemu – że wszystkie ważne dla mnie sprawy są tutaj. I nie zamierzam nigdzie wracać.
- Zdurniałaś – szepnął sięgając ustami jej ust – zdurniałaś...

Nadal drżała, wtulona w niego. Pieścił delikatnie jej ciało, całował przymknięte powieki, wodził palcem, rysując przyjemną linię od czoła przez nos, aż do miękkich ust. Zawędrował po wysmukłej szyi aż do krągłych piersi, znacząc pocałunkiem każde miejsce wyrysowanej palcem trasy. Drżała przy każdym pocałunku, a jej oddech znów przyspieszył.

Z szafki nocnej, uważnym spojrzeniem czarnych plastikowych oczu, przyglądał się im mały słonik z wytartego, zielonego pluszu. Jakby zadowolony z tego, że w końcu przyniósł tej dwójce obiecane szczęście.

Szczecin, 9.10.2007 rok