wtorek, 28 kwietnia 2009

Mazurska wizja, czyli przenoszenie puli punktów

Weselisko w Poznaniu wypadło rewelacyjnie. Raz jeszcze - wyszystkiego najlepszego na nowej drodze, Nataszko i Piotrze :) Poprawiny będą mi sie jeszcze długo kojarzyły z wielkim, radosnym obżarstwem (ach te zraziki, ach ten dzik...). Było tak fajnie, że opuściłam słoneczne mieszkanko Jo dopiero w poniedziałek. 

Veste i Starlift - wielkie dzięki za telefony o 4 w nocy - fajnie wiedzieć, że nie tylko my się dobrze bawiłyśmy :) Swoją drogą, poważnie się zastanawiam nad własną kondycją psychiczną, skoro takie nocne "dzwonki" wywołują u mnie pozytywne reakcje z uśmiechem w roli głownej, a nie wściekłość typową Polakom :P

Wracając jednak do tytułu rozważań, czyli mazurskich wizji. Kontynuacją doskonałej zabawy w Poznaniu była miła propozycja wspólnego wypadu na Mazury z okazji majowego weekendu. Choć powiązane było to zdecydowanie z koniecznoscią poznawania nowych osób, wywołało we mnie radość. Bo oswajanie "nowych znajomych" zdecydowanie ułatwia zasada Puli Punktów Pozytywnych.

Pulą Punktów Pozytywnych dysponuje każdy mój znajomy / kolega / przyjaciel. Im lepsze relacje, tym punktów więcej. Punkty zdobywa się w sposób pokrętny i zupełnie niezależny od zasad logiki. Ale to wcale nie jest ważne. Liczy się fakt, że na początku traci się je łatwiej, niż później - wiadomo, im ktoś ważniejszy, tym więcej mu wybaczamy (o granicach przegięć przy innej okazji). Sednem zaś funkcjonowania zasady jest opcja przenoszenia punktów. Dla przykładu: Znajomy X (z dużą pulą PP) przedstawia mi nieznajomego Y i zaznacza, że sam go bardzo lubi (szanuje, docenia itp.). W tej sytuacji, nieznajomy Y dostaje z automatu (lecz nie serią) kilka PP na start (zaleznie od ilosci PP znajomego X - w myśl hasła "łatwiej polubić przyjaciół przyjaciela"). Na zasadzie przenoszenia pozytywnych emocji i skojarzeń. Ułatwia to bardzo nawiązanie pierwszego kontaktu i rozbudowę znajomosci. Gdy Y okazuje się fajnym człowiekiem, z którym sama chcę kontynuować znajomość, punkty naliczane są dalej na jego niezależnym koncie. 

Po tym przydługim i zapewnie niepotrzebnie zawiłym przedstawieniu zasady Puli Punktów Pozytywnych, chyba już każdy zrozumie moje zadowolenie z propozycji majowego podbijania Mazur. Owszem, miało tam być sporo nieznajomych, ale na start dostali oni już tyle PP (w tramach transferu od Jo , Vestego i Alka), że wszelkie obawy prysnęły :)

No, może oprócz tej najważniejszej, choć niezależnej od pozytywnych ludzi - zwanej rzeczywistością finansową... Tak czy siak, życzę Wam udanego wypadu i świetnej zabawy w Nartach :) Wypijcie moje zdrowie i zadzwońcie o 4 ;)

środa, 22 kwietnia 2009

Opowiastka o martwym kocie

Na początku tej opowieści kot był całkiem żywy. Czarne futro lśniło w blasku słońca, gdy z dumnie wyprężonym ogonem paradował po podwórku. Stawiał na nim swoje pierwsze kroki, jako zdobywca. Wszystko wydawało się takie nowe, takie ruchliwe i takie kuszące. Z młodzieńczym zapałem polował na myszy, odkrywając ich smak. Dzięki temu nauczył się nie czuć głodu i dbać o swoją egzystencję. Tak żył w dostatku, z pełnym brzuchem i dobrym humorem.

Wtedy to złośliwy los postawił na drodze kota pewnego równie złośliwego gryzonia. Pojawił się praktycznie z dnia na dzień, w szczelinie pobliskiego muru. Kot uważnie go obserwował, bo w pamięci wciąż miał obraz sprzed wielu lat, gdy był małym kocięciem i wybornie bawił się z gryzoniowym oseskiem. Ze zdumieniem kot musiał przyznać, że nie tylko on się zmienił, ale i gryzoń. Nabrał doświadczenia, urósł i zmężniał. Stał się gryzoniem idealnym, kuszącym kąskiem. Kot poczuł głód, jaki jeszcze nigdy w nim nie gościł.

Planował, obserwował i gotował się do skoku. Lecz gdy zbliżył się do szczeliny w murze, gotów pochwycić w łapki gryzonia i wbić kły w jego ciepłe ciało, zawahał się. „A co, jeśli w ten sposób stracę coś cennego?” – myślał kot, nerwowo stukając ogonem w klepisko podwórza. – „Najem się, a już do końca życia będzie brakowało mi tego smaku”. Dokładnie w tym momencie rezolutny gryzoń wysunął swoją główkę z norki. Długie wąsiki podniosły się lekko w górę, gdy serdecznie uśmiechnął się do kota.

- Wiem, co ci chodzi po głowie, kocie – pisnął z bezpiecznej norki. – Chcesz mnie zjeść, bo jestem gryzoniem, największym i najzacniejszym w tej okolicy. Z drugiej strony, prędzej czy później, jakiś drapieżnik i tak mnie upoluje. Ale popatrzmy na to inaczej. Po co psuć naszą przyjaźń? Wiele jest gryzoni, które możesz pożreć. Ale tylko z nielicznymi możesz się przyjaźnić. Przemyśl to, kocie.

Kot wziął sobie słowa gryzonia do serca i przypomniał wszystkie dobre chwile, jakie razem spędzili. Schował pazurki i wyciągnął łapkę na zgodę. Tak oto kot i gryzoń znów zaczęli się przyjaźnić, a dni na podwórku upływały leniwie i spokojnie. Z biegiem czasu w sąsiedztwie zamieszkali ludzie, którzy cieszyli się z obecności kota. Zawsze mógł liczyć na wystawione przez nich miseczki pełne mleczka i smacznego jedzonka. Kot docenił opiekę i przyzwyczaił się do ludzi. Mruczał, gdy brali go na kolana, ale starał nie dać się ostatecznie obłaskawić i zachować kilka ścieżek wyłącznie dla siebie. Jedną z nich była ta wiodąca wprost do szczeliny w murze. Ignorował zdenerwowane ludzkie głosy, które wyrażały niezadowolenie z tego, że kot nie przepędził jeszcze szkodnika.

Dni na podwórzu zlewały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Kot delektował się jedzeniem z miseczek i żył w dostatku. Wtedy to złośliwy los znów sobie o nim przypomniał. Kot stracił apetyt, a ludzkie frykasy nie pieściły już jego podniebienia. Snuł się apatycznie po podwórzu; bez zainteresowania wodził oczyma za licznymi myszkami płochliwie przebiegającymi przed jego nosem. Czuł głód, ale nie miał najmniejszej ochoty na nie polować. Bo kot był głodny tylko smaku tego jedynego gryzonia, którego nie mógł zjeść. Pragnienie było tak silne, że nic innego nie chciał brać do pyszczka.

Lśniące futerko straciło blask, a zgrabna sylwetka wychudła. Zmartwieni ludzie podstawiali pod koci nos coraz wymyślniejsze smakołyki, ale nigdy nie znikały one z miseczek. Mijały dni, mijały tygodnie. Z blasku kociej istoty nie zostało nawet wspomnienie. Gryzoń również namawiał kota, by ten poszukał sobie w końcu jakiegoś pożywienia. Ale wymęczony drapieżnik nie miał już nawet siły mu odpowiedzieć. W końcu, zwinięty w kłębek na miękkim posłaniu, wyzionął ducha. Taki jest koniec opowiastki o kocie, który zdechł z głodu pośród miseczek pełnych jadła.

Morał zaś kreśli się taki: żaden, nawet najlepszy gryzoń nie jest wart tego, by dla niego zdychać. I powinien o tym pamiętać każdy kot.


Refleksja meteorologiczna

Dziś empirycznie udowodniono, że jestem bytem napędzanym słońcem i ciepłem. Ostatnie dwa tygodnie minęły mi w całkiem dobrym humorze i znalazło się trochę sił na walkę z rzeczywistością. Jednym słowem - było całkiem pozytywnie. Nawet sąsiad (sąsiadce też bym nie wybaczyła) uparcie katujący mnie twórczością Dody (im cieplej, tym okna szerzej otwarte, co w mojej okolicy zawsze oznacza jakieś nieprzyjemne niespodzianki) nie wydawał się problemem.

Wystarczył jeden (jeden!) deszczowo-pochmurno-lodowaty dzień, a mój optymizm szlag trafił. Pal licho optymizm. Przy okazji padł też entuzjazm, ochota do działania i chęć robienia wielu, zdawałoby się, ciekawych rzeczy.

W ramach walki z tą moją meteorologiczną słabością, zdecydowałam się dzielnie stawić czoła kapiącym z chmur przeciwnościom. Odpowiednio uzbrojona w spory parasol, ruszyłam do boju. Pozwolę sobie jednak przemilczeć opis tej nierównej walki. Dość powiedzieć, że planowanych rzeczy nie kupiłam (bo miejski ryneczek również walczył z deszczem nieubłaganie zalewajacym rozłożone na straganach towary), co tylko sfrustrowało mnie bardziej. Zła, i niestety zmoknięta, wróciłam do domu.

Ciepła herbata poprawiła mi humor. Zajęłam się wprowadzaniem kolejnych modyfikacji Okruszków (co by nie mówić, nowe zabawki zawsze cieszą). Za oknem nadal pochmurno, ale przynajmniej przestało padać. Musi być  jednak dalej chłodno, bo nie słyszę Dody...

Pocieszająca jest myśl, że już jutro będę w Poznaniu, a tam podobno nadal ładna pogoda (jak zacznie padać, to nie z mojej winy, Nataszko :) ). Ciepła atmosfera "doskwiera" też przyjacielowi na dalekim południu Polski, o czym nie omieszkał mnie poinformować - szkoda, że nie idzie telefonicznie podrzucić kilku stopni Celsjusza i słonecznych promieni.

Na szczęście nie zawsze taka pogoda zabiera mi siły do działania. Jesienne pluchy co prawda ograniczają moją aktywność zewnętrzną (tzw. aktywność pozadomową), ale za to dają niezłego kopa do pisania "mhrocznych" i koniecznie ponurych opowieści ze świata Warhammera. Zawsze to jakiś plus ;)

Istnieje tylko jeden rodzaj deszczu, który mnie raduje - ten letni i ciepły. Ale przyjdzie mi jeszcze na niego poczekać.

Pierwsze koty za płoty, czyli "niedobra" JoAnna

Odkąd pamiętam unikałam blogów jak ognia. Ani ich nie czytałam, ani ich nie prowadziłam - harmonia była zachowana. Ten błogi okres trwał, aż nie zderzyłam się z JoAnną (na szczęście z owego zderzenia obie wyszłyśmy bez szwanku, co zawdzięczać można zapewne temu, iż gwiazdy były w porządku). Z jej to bowiem winy zaczęłam zaglądać na wybrane blogi.

Okazało się, że taki blog to zupełnie wesoła przestrzeń, wypełniona najróżniejszymi przejawami ludzkiej egzystencji - głównie sarkazmem, ironią i drwiną. Na szczęście obok tych znanych ludzkości od wieków uczuć, blog potrafi zawierać też całkiem przydatne elementy. I tak ruszyła lawina, bo większość moich dobrych znajomych blogi hoduje od dawna - głównie na łamach Poltera. Oswoiłam się jednak z myślą, że zupełnie nieregularnie, ale jednak przeglądam coś, od czego tak długo stroniłam.

Pisać jednak nie miałam zamiaru. Aż do dziś (a bardziej po prawdzie, aż do wczoraj). I znowu wszystkiemu winna JoAnna. Nie miała babka co zrobić, tylko mi wysłać zaproszenie do swojego bloga (który z przyczyn potocznie zwanych złośliwością ludzką musiała objąć hasłem). Z zaproszenia skorzystałam, bo już się przyzwyczaiłam do picia dobrej herbatki i lektury kolejnych joannowych wpisów.

A jak już się zalogowałam na Bloggerze, to ruszyła kolejna lawina. Link "Utwórz bloga" ciekawił. Jak wiadomo - ciekawość zabiła kotka. W tym przypadku zaś, ciekawość zabiła niechęć do blogów. I tak oto, w wyniku zabawy kolejnymi opcjami ustawień i edycji, powstały Okruszki.

P.S. Nadal nie lubię lawin.