[...]
Gwar rozmów na moment przycichł, kiedy owa drobna, sztywno wyprostowana postać w stroju rodem z minionego stulecia odrzuciła czarną zasłonę, spod której wyłoniła się twarz dziwnie piękna, aczkolwiek powleczona widmową bladością od pokrywających ją warstw białego pudru. Nieznajoma chwilę jeszcze stała w progu, z niejakim rozbawieniem obserwując zgromadzone w salonie towarzystwo, jak gdyby w pełni zdawała sobie sprawę z sensacji wywołanej swoją obecnością.
- Ta osoba, drogi ambasadorze, to najzuchwalsza kobieta w Paryżu - cierpko zauważył towarzysz włoskiego dyplomaty, komendant generalny paryskiej policji, ubrany w dyskretnie surowy strój.
- Nie wątpię, że nikt nie może mieć bardziej uzasadnionych powodów do takich twierdzeń, monsieur de La Reynie - grzecznie skwitował tę uwagę Włoch, z trudem odrywając oczy od surowo pięknej twarzy nieznajomej. - Wygląda jak czarodziejka.
- Bo też o to chodzi tej damie. Odznacza się ona wielkim wyczuciem teatralnego efektu. Dlatego mówi o niej cały Paryż - szef paryskiej policji uśmiechnął się z ironią, choć spojrzenie jego bezbarwnych oczu pozbawione było wesołości. (...) - Bezwstydna awanturnica! Każdy skandal, który zdarzy się w mieście, umie zmienić w brzęczącą monetę, ot cały sekret! Tyle wierzę w te jej magię, co w jej twierdzenie, że przeżyła blisko dwa stulecia dzięki alchemicznym sztuczkom.
Zmieszany tymi słowy ambasador opuścił swoje lorgnon, na co de La Reynie kpiarsko uniósł brew:
- Nie powiesz mi chyba, drogi przyjacielu, żeś gotów był nabyć ową tajemnicę nieśmiertelności?
- Ach nie, skądże! - pospiesznie zapewnił go ambasador. - Żyjemy wszak w czasach postępu. Chyba jedynie głupcy wierzą dziś w takie przesądy.
- Zatem nawet w stuleciu nauki połowa Paryża to głupcy. Niech no ktoś postrada chustkę do nosa, pierścień albo kochankę, w te pędy gna do markizy, a ona kładzie mu karty bądź spogląda w to swoje tak zwane naczynie wyroczni. Tam do licha! A jednak większość petentów wychodzi od niej usatysfakcjonowana! Ileż trzeba inteligencji, by utrzymywać w ludziach wiarę w takie oszustwa. Niebezpieczna to inteligencja.(...)
***
[...]
Po krótkiej chwili szef paryskiej policji stanął twarzą w twarz z kobietą znaną mu jako przedmiot niezliczonych tajnych raportów. Szare oczy otaksowały go chłodno, z jakąś prawie matematyczną precyzją. Ta drobna wyprostowana postać... ach! miała w sobie coś niesłychanie irytującego.
- I jakże się miewa najsłynniejsza paryska szarlatanka? - Nienaganne zazwyczaj maniery pana de La Reynie załamały sie pod wplywem rosnącej w nim nagłej niechęci.
- Miewa się niemal równie dobrze jak najdostojnieszy komendant paryskiej policji - brzmiała chłodna odpowiedź markizy.
- Zapewne przyszłaś tu, pani, sprzedawać karciane sekrety - rzucił przez zęby. W duchu sam dziwił się furii, jaką budzi w nim ta kobieta. To jej spojrzenie! Ileż w nim arogancji! Śmie okazywac mu w oczy, że bawi ją jego osoba.
- O nie, tego nie mogłabym sprzedać nikomu, chyba że to pan pragnąłby zostać nabywcą - przez twarz devineresse przemknął złośliwy uśmiech.
(...)
Gdy jednak odwróciła się twarzą do podstarzałego jegomościa, de La Reynie dodał pod nosem:
- Bardzo chciałbym wiedzieć, skąd pochodzisz, ty awanturnico.
- Skąd? - rzuciła przez ramię. Zaskoczyła go. Jakby nawet zajęta czym innym łowiła uchem każdy najcichszy odgłos. - Ależ z Paryża! - roześmiała się głośno. - Gdzież indziej mogłam się urodzić?
Kłamstwo, pomyślał La Reynie. Znał wszystkie tajemnice tego miasta. Niepodobna, by ktoś tak wybitny mógł przyjść tutaj na świat bez wiedzy jego agentów. Uznał to za wyzwanie. (...) Żadnej kobiecie nie wolno tak grać na nerwach samemu szefowi policji.
Czara wyroczni, J.M. Riley
Okruszek ten spisano na zaostrzenie apetytu ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz