Sporo wody upłynęło, odkąd tu ostatnio zaglądałam. Nie miałam czasu, ale i ochoty - wolne chwile wolałam poświęcić na typowy ludziom odpoczynek (w pozycji z brzuchem do góry). Dziś zaś można oficjalnie uznać, że cały ten zaganiany okres już za mną. Dyplom w kieszeni, zostało do załatwienia tylko kilka spraw z uczelnią (ale to akurat już nic nie znaczy).
Praktycznie cały lipiec to mój zasłużony urlop. Ale za to jaki! ;)
Zaczęłam od cudownego, błogo leniuszkowego pobytu na Mazurach. Widoki jakoś mnie nie urzekły, bo pośród miejskich zabudowań próźno szukać urody tej krainy. Na szczęście, posiłkowałam się wspomnieniami uroczych nadbiebrzańskich plenerów, zapobiegliwie wyniesionymi z dzieciństwa (w mysl zasady: nigdy nie wiesz, do czego to się przyda). Jednak brak zachwycających pejzaży nie był nawet drobniutkim problemem, bo o dobrą atmosferę urlopu dbało całe stado świetnych ludzi. W ich towarzystwie można wypocząć pewnie nawet w środku wielkiego miasta :) Tzw. "pozytywna banda wariatów", ale praktycznie w większości oswojonych już lata temu. Urlop zaś był jedynie okazją do tego, by znów spędzić w ich towarzystwie trochę czasu.
Wspólnymi siłami, ratując się zastrzykami procentowej energii (popołudniowe piwko nie usypia - ono stawia na nogi), dokonaliśmy wielkich czynów: zwiedziliśmy cały Ryn (z obowiązkowym plażowym lenistwem), podbiliśmy twierdzę w Giżycku, zleźliśmy w deszczu Wilczy Szaniec (bez Hitlera, Adolf znalazł się później...). Biegalismy w dziwacznych kapeluszach po miasteczku Mrongoville (Mrągowski przepis na własną, rdzenną hamerykańską osadę), poskakaliśmy po znanym z Mazurskich Nocy Kabaretowych amfiteatrze, ślizgaliśmy się na zalanym deszczem pokładzie rejsowego stateczku podczas ekspady przez Śniardwy i z typową turystom radochą złaziliśmy Mikołajki. Było jeszcze zwiedzanie Galindii (o tym więcej przy innej okazji), czyli szalonej rezydencji fana Galów i życia zgodnie z naturą, i wizyta w skansenie w oborze w Owczarni, a także obowiązkowe wizyty w Lewiatanie (sprzedawczynie nas polubiły :P).
Na dobrą sprawę, mogliśmy tak zwiedzać każdy zakątek Polski - bo o tym, że urlop był rewelacyjny, zadecydowała wesoła kompania :) Nikt tak nie motywuje do zwiedzania, jak kobieta w ciąży. Skąd ona brała tyle energii?! :P
Po mazurskich podbojach ruszyłam aż za Wrocław, do miejscowości o tak dziwacznej nazwie, że łatwiej jest mówić "kilka kilometrów od Jawora". Tu czekała już inna ekpia, ale zabawa była równie przednia. Obeszło się nawet bez zwiedzania ;) Erpegowe wyjazdy mają to do siebie, że zwiedza się "okolice przedstawiane przez MG", co w zupełności wystarcza :)
Uff, teraz koniec pisania i koniec radosnego leniuchowania.

Fajnie, optymistycznie, normalnie piszesz jak jakaś wypoczęta babeczka...
OdpowiedzUsuńLuboradz ;o)