poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Czara wyroczni


Robiłam dziś porządki, a raczej – zajmowałam się czynnościami porządkopodobnymi w celu uniknięcia wyrzutów sumienia, iż nie robię tego, co robić powinnam, a na co kompletnie nie miałam ochoty. Owszem, brzmi zawile. Jednak założę się, że każdy przez to kiedyś przechodził. Choć… kto wie? Po zastanowieniu muszę przyznać, że zapewne nie każdy. Tak czy siak, u mnie na porządku dziennym były wszelkie „nagłe i wymagające natychmiastowego urzeczywistnienia marzenia o oknach czystych do tego stopnia, że widać przez nie Alpy, nawet gdy się mieszka w Szczecinie”, zwłaszcza w okresach sesji egzaminacyjnych. Zdarzało się też odkurzanie, trzepanie dywanów, przesadzanie kwiatków, mega-wielkie-cało-szafowe pranie i oczywiście czynność najmilsza, zwana z arystokratycznego zacięcia porządkami w biblioteczce. 

Dziś trafiło na tę ostatnią formę rekreacji. Aby oddać sprawiedliwość, należy w tym miejscu przyznać, że nie dorobiłam się jeszcze biblioteczki marzeń, która byłaby odrębnym pomieszczeniem, pełnym mebli z duszą i obowiązkowym kominkiem. Na razie muszę się zadowolić niezliczoną liczbą kartonów i dwoma regałami, przy czym każdy z innej parafii sklepowej i tylko zrządzeniem losu ciut ze sobą współgrają kolorystycznie. Zresztą, kwestia koloru drewna nie ma żadnego znaczenia, przynajmniej do czasu, gdy dysponuję jedynie okleinowymi egzemplarzami.

Wszystko zaczęło się od tego, że miałam sporo spraw do załatwienia. I zero ochoty na to, aby poświęcać im czas. Zgodnie z prywatną tradycją, stworzyłam wokół siebie pozory miejsca przygotowanego do pracy. Następnie, również zgodnie z tradycją, zignorowałam to wszystko. Po kwadransie zaangażowanego nic-nie-robienia mój wzrok sięgnął najbliższego regału. Moje kochane książeczki stały tam sobie spokojnie, rzekłabym, dostojnie, wygrzewając grzbiety w promieniach sierpniowego słoneczka wpadającego przez okno. I wtedy właśnie stała się rzecz straszliwa – dostrzegłam lukę. Rękę daję, luki nie kupowałam do swego księgozbioru. Po chwili niezbyt nerwowego dochodzenia ustaliłam braku jakiego tytułu owa luka jest dowodem. Ale skoro już warowałam przy regale… Tak właśnie wyglądała historia dzisiejszych porządków. Po prawdzie, to nie o nich chciałam pisać.

Porządki były jedynie okazją, by w moje ręce znów trafiła książka, która swego czasu zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Owszem, były też okazją do rachunku sumienia. Niestety, w rozliczeniu wielkości sterty „do przeczytania” i tempa, w jakim ta sterta nadal nie maleje, nie znalazłam pocieszenia. Ale przynajmniej złożyłam obietnicę, że w najbliższej wolnej chwili ostro się wezmę za nadrabianie zaległości.


Odnalezionym tytułem była Czara wyroczni, autorstwa Judith Merkle Riley (w eleganckim wydaniu Książnicy, z 1996 roku). Upolowałam ją w jakimś antykwariacie dobre pięć lat temu. Jednak jedno spojrzenie na oszczędną w kolorach, ale za to wysmakowaną ilustrację okładki wystarczyło, by wróciły wspomnienia radości, jaką przyniosła mi jej lektura.

Autorka nie jest co prawda historykiem, ale jej pasja i zamiłowanie wystarczyły, by w pełni odmalować ducha epoki siedemnastowiecznej Francji. Podobno, w co nie mam powodu wątpić, pani Riley zawsze solidnie przygotowuje się do pisania powieści, studiując materiały i dokumenty z zamierzchłych czasów. Dzięki temu czytelnik dostaje pod nos książkę odmalowaną wszystkimi barwami minionych epok, pełną cieszących oko i umysł szczegółów, drobiazgów, które sprawiają, że opisywane przez nią wydarzenia i postaci jawią się nie tylko żywe, ale i bliskie.

Podobnie było w przypadku Czary wyroczni – fabuła powieści została bowiem zbudowana na solidnej podstawie, jaką były dokumenty sądowe ze śledztwa, które prowadzono po aresztowaniu zawodowej wiedźmy i trucicielki, Marie Bosse. Choć w toku śledztwa wyszło na jaw istnienie wpływowej organizacji płatnych morderczyń, to zostało częściowo umorzone i utajnione. Powód był dość prozaiczny – szefowa organizacji, niejaka Katarzyna Montvoisin, wróżka wyższych sfer utrzymywała kontakty z markizą de Montespan. W takiej sytuacji, Ludwik XIV nie miał nic innego do zrobienia, jak ukręcić łeb sprawie. Zresztą, markiza była częstą klientką i figurowała na listach zakupów zaklęć, które skrupulatne i obrotne wiedźmy spisywały. Akcja kręci się wokół światka przestępczego,  kliki wróżbitów, organizacji trucicieli i oczywiście, śmietanki arystokratycznej.  W tej scenerii przyszło się głównej bohaterce, Genevieve, mierzyć z biedą, cierpieniem, kalectwem i co najgorsze - skostniałym społeczeństwem. Inteligentna,  ale uboga dziewczyna  nie znaczy nic w tym świecie. Chyba że umie odpowiednio manipulować ludźmi, ich pragnieniami i lękami.  A wtedy droga do bogactwa stoi przed nią otworem - musi tylko wspiąć się na odpowiednio wysoki szczebel w hierarchii uznanych wróżbitów. I jak się okazuje, bogactwo nie jest celem, a jedynie środkiem do jego zdobycia. Co jest więc celem?  Przeczytajcie ;)

Komu nazwisko pani de Montespan nic nie mówi, książki nie polecam. Ten zaś, kto darzy choć lekkim sentymentem siedemnastowieczną Francję, z jej kulturą i obyczajami, powinien z miejsca sięgnąć po lekturę. Na kartach powieści, poza postaciami fikcyjnymi (czyli główną bohaterką, Genevieve Pasquier), spotkamy wspomnianą markizę i króla, a także innych wpływowych arystokratów, m.in.: Filipa Orleańskiego, Mademoiselle de Fontanges, diuka de Vivonne, diuka de Nevers Philippe Manciniego. Mocno zamieszani w akację powieści są również znani urzędnicy królewscy, choćby: Jean-Baptiste Colbert, pan Le Tellier markiz de Louvois (czyli minister wojny na dworze Ludwika XIV), Gabriel Nicolas de La Reynie (komendant policji kryminalnej, urocza, bezwzględna szelma) i kapitan Desgrez (motor napędowy powieści). Ale to dopiero przedsmak. Zważywszy na tematykę książki, mamy doskonałą okazję do poznania jeszcze barwniejszych charakterów, czyli całej plejady wróżbitów, magów, czarownic i trucicieli. Nie ma sensu wymieniać ich wszystkich, ale warto wspomnieć tych najważniejszych dla opowieści: Prim Visconti – nadworny wróżbita króla, pani de Brinvilliers – wielokrotna trucicielka, wspomniana szefowa, Katarzyna La Voisin, i mag Adam Le Sage.

Zawiła intryga, wartka akcja, bogato odmalowane otoczenie i realne, żywe postacie, lekki styl narracji oraz przemawiające do wyobraźni opisy – oto zdecydowane zalety Czary wyroczni. Szczypta historii, odrobina magii i nuta tajemnicy, splecione ze sobą w odpowiednich proporcjach, dają nam prawdziwie elektryzujący eliksir – esencję dobrej literatury. Polecam wypić do ostatniej kropli :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz