Nawet trudno dobrać przymiotnik właściwie określający, jak długo tu nie pisałam. I ile się w tym czasie zmieniło. Było miejsce na śmierć, a oddałabym wszystko, żeby tylko jej nie było; i na nowe związki, na ból po starych i na wieczną, bezsensowną nadzieję... Zostawiłam jedyne hobby, które dawało mi radość i ciągle tego żałuję... W tym czasie zdobyłam pracę i z niej odeszłam, napisałam kilka opowiadań i skasowałam je z dysku; zaniedbałam wielu przyjaciół i co dzień za nimi tęsknię. Ot, działo się sporo. Tylko jakoś czasu zabrakło na pisanie.
czwartek, 24 maja 2012
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Opowieść o Wieży, Księżniczce i Klątwie
Deszcz bębnił o szyby, tłukąc tysiącem pięści jak rozwścieczony bokser. Rozentuzjazmowany wiatr wył z uznaniem, nagradzając kolejne ciosy. Stara okienna rama jęknęła cichutko, wyczekując końca rundy. Gdzieś w oddali nadal uparcie nie zarżał Biały Rumak.
Księżniczka obróciła się na bok, otulając cieplej swoją połówką kołdry. Otworzyła oczy, westchnęła i z fascynacją zaczęła podziwiać wyginające się w głębokich ukłonach gałęzie drzew mieszkających za oknem. Mężczyzna u jej boku chrapnął, jakby chciał przypomnieć Księżniczce, że zawsze jest obok. Zerknęła na niego, potem przeniosła wzrok na uśpione w kryształowych taflach dowody ich związku, porozstawiane na komodach. Zdjęcia z wakacji i wszelkich wojaży, fotografie z dalekich krain Za Siedmioma Górami. Na każdej z nich Mężczyzna trzymał Księżniczkę w objęciach, a ona uśmiechała się blado do obiektywu.
Dotknęła delikatnie pierścionka na palcu. Symbolu ich wiecznej miłości. Zobowiązania, jakie wspólnie podjęli – weksla, który niebawem miał być zamieniony na czyste złoto obrączki.
I ogarnął ją smutek. Nie taki sam, jak wtedy, gdy zamknięta w Wieży czekała na bohatera, który zdejmie z niej klątwę i zabierze do Krainy Żyli Długo i Szczęśliwie. Ten nie był już podszyty lękiem o to, co przyniesie kolejny dzień, bowiem w życiu Księżniczki już od dawna nie było miejsca na niepewność.
Cichutko wysunęła się z łóżka, bose stopy klasnęły o posadzkę. Cienie zatańczyły wokoło radośnie, zapraszając ją do zabawy. Ale Księżniczka odegnała je ręką i smutne niczym szczeniaczki skuliły się w kącie. Podbiegła do okna, wgramoliła się na parapet, podciągnęła kolana pod brodę i oparła czoło o lodowatą szybę. Ktoś, kto patrzyłby teraz na Księżniczkę z drugiej strony okna, sądziłby zapewne, że jej cała jasna twarz zalana jest łzami.
Patrzyła na strumienie deszczu goniące się po tafli szyby. Jak w tamtą najgorszą z samotnych nocy w Wieży. Zamknęła oczy, wspominając przeszłość.
Gdy tylko ujrzała Księcia, jej serce zabiło mocniej. Świeciło słońce, letnie i piękne. Ćwierkały ptaki, wiatr kojąco szumiał w zielonych koronach drzew. Przyjeżdżał pod Wieżę, prowadził z Księżniczką długie rozmowy. Śmiali się i bawili razem. Wspinał się czasem ukradkiem do jej komnat, omijając złego Smoka i wszelkie inne pułapki. Zasypiał u jej boku i budził się tylko po to, by znów spędzić z nią cały dzień. Nie kwapił się jednak, by zdjąć z Księżniczki klątwę. Jak mówił, nie był jeszcze na to gotowy. A ona była cierpliwa.
Któregoś dnia Książę wsiadł na Białego Rumaka, pożegnał się z Księżniczką, która przecież była dla niego najważniejsza, i odjechał. Musiał – tak mówił. Słońce zniknęło za grubymi chmurami, cienie zalęgły się w Wieży. Księżniczka czekała, a deszcz bębnił o szyby.
Przyjeżdżało wielu śmiałków, pragnących przełamać klątwę, pokonać przeszkody i zagarnąć jej rękę. Musiała się Księżniczka nieźle natrudzić, by im się nie udało. Budziła w porę Smoka, by nie przeszli niezauważeni. Podpiłowywała poręcze niebotycznie wysokich i stromych schodów na szczyt. Absorbowało ją to tak bardzo, że lżej było jakoś odliczać kolejne dni bez Księcia na Białym Rumaku. Przywykła do ciemności, cieni i deszczu, lecz w głębi duszy bała się swojej samotni.
Wtedy wrócił Książę. Chciał wiedzieć, czy u Księżniczki wszystko dobrze. Było – bowiem w tej jednej chwili znowu wzeszło słońce, a deszcz ustąpił. Ucieszyło to Księcia, który nawet martwił się o Księżniczkę. Pragnął dla niej najlepszego i życzył jej, by szybko znalazł się śmiałek, który będzie jej godzien i zdejmie klątwę – tak mówił. Z tymi słowami odjechał, a Księżniczka patrzyła za nim z okna Wieży, nie rozumiejąc.
Ciemność, w której skryła się na kilka najbliższych lat, całkowicie pochłonęła Księżniczkę. Była sama, w chłodzie i wilgoci kamiennych murów. Nie widziała słońca i już nawet nie pamiętała, jak ciepłe są jego promienie. Nawet Smok jej żałował i płakał czasem nocą razem z nią.
Gad postanowił działać. W pewną straszliwą noc, podczas wichury, do wieży zawitał śmiałek, który od lat poszukiwał doń drogi. Smok zwinął się w kłębek, ziewnął i zasnął. Mężczyzna zakradł się do Wieży, wnosząc ze sobą namiastkę lata i słońca. Przebudził Księżniczkę, chwycił w ramiona i zabrał do Bajkowego Pałacu. Smok pomachał im, zadowolony z siebie. Od tego dnia Mężczyzna nosił Księżniczkę na rękach, zadowolony, że w końcu ją zdobył. I słońce niby świeciło, lecz Księżniczce ciągle było zimno. Nie mówiła mu jednak o tym...
Teraz Księżniczka, siedząc na parapecie, uświadomiła sobie, że za oknami Bajkowego Pałacu szaleje wichura. Straszliwa, potężna nawałnica – pełna zimna, samotności i bólu. I zrozumiała, że sama ją przywołała.
Księżniczka zeskoczyła z parapetu, a deszcz dalej zaciekle bębnił o szyby. Spojrzała na śpiącego Mężczyznę, ściągnęła z palca pierścień i położyła go na nocnej szafce. A potem wybiegła, boso, wprost w objęcia wichury.
Gdy rankiem dotarła pod znajomą, starą Wieżę, na niebie znów świeciło słońce. Poklepała po łuskowatym grzbiecie zdziwionego Smoka i wdrapała się na sam szczyt swojego Domu. Zamiotła kurze, umyła okna, rozpaliła w kominku. Potem usiadła wygodnie na szerokim parapecie, odetchnęła głęboko i spojrzała w gwiazdy jaśniejące na niebie. Otworzyła ulubioną książkę i zatopiła się w lekturze. W oddali nie rżał Biały Rumak. I dobrze. Bo Księżniczka już wcale nie czekała.
- Czasem klątwę trzeba zdjąć samemu – powiedziała do zdziwionego Smoka.
- A co z Mężczyzną? Był przecież dobry – spytał gad.
- Był dobry, ale nie był Księciem – odparła.
- To co teraz, Księżniczko?
- Teraz, Smoku? Poczytam jeszcze chwilkę, potem położę się spać, a rano zobaczę, co przyniósł mi nowy dzień.
wtorek, 26 października 2010
Bo ja po prostu kocham podróże
Jak w temacie - nic dodać, nic ująć. Wróciłam właśnie z rewelacyjnego wypadu. Sprawdzony, dobry,wręcz ulubiony skład znajomych. Kogoś bardzo fajnego zabrakło, w zamian trafiły się dwie nowe, równie ciekawe, wesołe i sympatyczne. Słowem: kilka świetnych dni, w doborowym towarzystwie, w sprawdzonej agroturystyce i oczywiście - z Warhammerem w tle. Dwóch mistrzów gry, na każdego pięciu graczy. Co decyduje o randze takiego zlotu? Czy mega-wypaśna sesja? Nie, choć przyznam, że bywa milutkim dodatkiem. Czy świetna miejscówka? Ważna, ale nie na tyle, by mieć decydujacy głos. Udana podróż? No proszę, PKP... W takim razie zostaje postawić na kolejną opcję: rewelacyjna grupa znajomych, pełna pozytywnych "ludzisków", za którymi już się człowiek nieźle stęsknił.
Ale sama podróż też ma swoje uroki. Najpierw trochę nerwowo: pakowanie, pospieszne domykanie Tylko Tych Ważnych Spraw, Które Muszą Mieć Finał Przed Wyjazdem (Albo Takie Udają), lekka adrenalinka. Potem rajd, na łeb na szyję, byle zdążyć dopaść drzwi pociągu na ostatnią chwilę przed odjazdem. A na koniec już tylko to, co najlepsze w podróżach: cichy turkot kół mknących po szynach i kolejne kilometry migające za oknem rzędami drzew, wstęgami pól i płachtą nieboskłonu. I to jest dobre. Odprężam się, uspokajam. Mam kilka godzin tylko dla siebie. Pomyśleć, poukładać, posnuć - to jedyne postulaty, jakie wtedy kręcą się w głowie.
Ostatnio cały czas siedziałam na swoich szlachetnych czterech literkach, nigdzie nie podrózowałam. A to brak urlopu, a to brak okazji, a to brak pieniędzy (czyli: jak zwykle). Warto jednak czasem przełamać ten stan zawieszenia i wbrew wszystkim i wszystkiemu, chwycić plecak i ruszyć przed siebie.
Metoda ta ma przełożenie również na całe nasze życie. Można tkiwć spokojnie, cichutko w jednym jego punkcie. Frustrować się, cieszyć ćwierćszczęściami i powtarzać, że przecież mogło być gorzej, odmawiając sobie odrobiny praw do tego, czego się pragnie. Można niby, ale po co?! Lepiej chwycić za plecak, wrzucić doń to, czego się nauczyliśmy; spakować kanapki z doświadczenia, doprawione zwykłą, ludzką nadzieją i szczyptą marzeń, i ruszyć. Przed siebie. W kierunku, który zawsze nas kusił. To co, że nie wiemy, czego się można spodziewać na zakręcie. To co, że nikt nam nie da na piśmie gwarancji, iż podróż ta minie bezproblemowo i zakończy się powodzeniem. Za bilet też nikt nie zwróci. Warto jednak podjąć to ryzyko. Bowiem, jeśli się choć trochę postaramy i w końcu ruszymy w wielką wędrówkę życia, już tylko od nas zależy, czy da nam ono to wszystko, czego od niego oczekujemy. Miast ćwiartek radości - pełne szczęście. Miast frustracji - słodki smak zadowolenia. Miast stałego "mogło być gorzej" - pełne pasji "Boże, jest lepiej!". Miast sprawdzonego tego, co jest - kuszące to, co będzie.
Jak bowiem sprawdzić, czy można wycisnąć z życia jeszcze więcej, czy da radę zrealizować pragnienia, marzenia i plany - jeśli się ciągle tkwi w miejscu i rozmyśla?
Ja też nie wiem, czy można się nie kłócić o drobnostki, czy można być szczęśliwym, nie znając kogoś w 100%, czy można kochać wbrew wszelkim przeszkodom. Wiem jednak, że nie ma innej drogi, by to sprawdzić, niż chwycić za plecak i ruszyć w wielką, życiową wędrówkę.
środa, 13 października 2010
Dres Day
Może nie cały, bo w pracy się jednak nie wypada w dresiku prezentować, ale jednak - DRES DAY.
Zasady tego święta są proste: nie robisz absolutnie nic produktywnego, za to skupiasz całą swoją energię na zaległych, domowych przyjemnościach. Czytasz to, czego ostatnio nie miałeś czasu wziąć do łapki. Nadrabiasz zaległości w oglądaniu seriali, levelujesz postać do Fallouta, niezmordowanie ganiasz bohatera po świecie HM&M III albo ewentualnie V, jeśli wolisz. Lezysz do góry brzuchem, moczysz się w wannie, kiwasz nogą albo gapisz się pusto w TV. Najważniejsze zaś, że wszystko to czynisz w wygodnym, oblesnie niewyjściowym, dresiku :) I - tu podstawa - jest ci z tym DOBRZE.
Uwaga! Absolutnie nie można tego dnia spedzać na nadrabianiu zaległości w porządkach. nic nie odkurzamy, nie pierzemy itp. Choć te czynności z rozpędu kojarzą się z dresikiem - nie wolno! To nie dzień sprzątania i walki z kurzem. To DRES DAY! Należy się odrobina szacunku do tradycji leniuchowania ;)
Rachunek
Jeszcze przed chwilą był tu długaśny wpis o tym, jak to zauważyłam, że nieustannie i denerwująco coś mi umyka sprzed nosa. I to coś bardzo ważnego. Rozpisałam dokładnie pełny rachunek sumienia - bolesne zestawienie tego, co sobie jakiś czas temu postanowiłam, a tego, co realnie jest. Rozliczenie "wishlisty".
Chcę być wolna.
Chcę znów wierzyć w siebie.
Chcę znów być silna.
Chcę w końcu być szczęśliwa.
Chcę mieć święty spokój.
Chcę umieć sobie radzić z własnymi emocjami.
Chcę przestać gonić za tym, co nie jest ważne.
Chcę o nim zapomnieć.
Chcę się skupić tylko na sobie.
Chcę mieć własny kawałek podłogi.
Chcę przestać być cyniczna.
Chcę czuć, że żyję.
Każde postanowienie zostało rozebrane na części pierwsze, bez sentymentów omówione. Jeśli udało się je spełnić, łapało plus, jesli nie - minus. Osobiste to było jak diabli - i po prawdzie, niezbyt miłe - ale i tak nikt tu nie zagląda. Ale na wszelki wypadek, opatrzność zainterweniowała - przerzucając mnie na jakąś inną stronę i gubiąc wpis. Może to i lepiej. Liczy się rezultat, a ten był kiepski. 0,5 plusa (bo stancję trudno nazwać własnym kawałkiem podłogi) i 10,5 minusów (jednego punktu nie brałam pod uwagę, bo przez ten czas sobie przypomniałam, że lubię być cyniczna).
Już wiem, co mi tak uparcie umyka, przecieka przez palce i gubi się w natłoku kolejnych dni. Ja sama.
Chcę być wolna.
Chcę znów wierzyć w siebie.
Chcę znów być silna.
Chcę w końcu być szczęśliwa.
Chcę mieć święty spokój.
Chcę umieć sobie radzić z własnymi emocjami.
Chcę przestać gonić za tym, co nie jest ważne.
Chcę o nim zapomnieć.
Chcę się skupić tylko na sobie.
Chcę mieć własny kawałek podłogi.
Chcę przestać być cyniczna.
Chcę czuć, że żyję.
Każde postanowienie zostało rozebrane na części pierwsze, bez sentymentów omówione. Jeśli udało się je spełnić, łapało plus, jesli nie - minus. Osobiste to było jak diabli - i po prawdzie, niezbyt miłe - ale i tak nikt tu nie zagląda. Ale na wszelki wypadek, opatrzność zainterweniowała - przerzucając mnie na jakąś inną stronę i gubiąc wpis. Może to i lepiej. Liczy się rezultat, a ten był kiepski. 0,5 plusa (bo stancję trudno nazwać własnym kawałkiem podłogi) i 10,5 minusów (jednego punktu nie brałam pod uwagę, bo przez ten czas sobie przypomniałam, że lubię być cyniczna).
Już wiem, co mi tak uparcie umyka, przecieka przez palce i gubi się w natłoku kolejnych dni. Ja sama.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
