Poniedziałek.
A na dodatek od samego rana leje deszcz.
I jest chłodno.
Brryyyy...
Tfu...
I fuj!
6:30 - otwieram oczy, za oknem deszcz i szaruga. W pokoju zimno.
6:32 - zamykam okno; ciut cieplej.
6:33 - dochodzę do wniosku, że totalnym absurdem było obudzenie się o tej godzinie.
6:34 - próbuję ponownie zasnąć; sąsiad włącza wiertarkę i rozpoczyna koncert udarowy.
6:35 - dochodzę do wniosku, że większym absurdem niż moja pobudka jest rozpoczynanie remontu o tej godzinie; przeklinam sąsiada, owijam się kołdrą i zasypiam.
7:00 - nici ze spania; głowa mnie boli, za oknem deszcz, a sąsiad chyba sprosił kolegów z dodatkowymi wiertłami; chcąc nie chcąc, wstaję.
8:00 - kawa nie pomaga; zaczynam przeglądać Wyborczą z ofertami pracy.
8:02 - stwierdzam, że brak własnego samochodu dyskwalifikuje mnie do większości ofert; przestaję sie zastanawiać nad tym, czemu ogłoszenia dotyczą tylko przedstawicieli handlowych i samodzielnych księgowych.
8:07 - zaczynam się zastanawiać nad tym, czemu ogłoszenia dotyczą tylko murarzy, dekarzy, cieśli, operatorów wiertnic i koparek; szukam dobrych stron - w razie czego, sąsiad znajdzie sobie pracę ;)
8:10 - ogłoszenia drobne: aaaaatrakcyjne panie; zerkam w lustro; dochodzę do wniosku, że jestem atrakcyjna tylko przez jedno "a".
***
Wychodzi na to, że to jeden z TYCH dni. Najprostsze rzeczy stają się niewykonalne, niemal każda myśl kończy się zwiększeniem psychicznego dołka. Studia za mną, a pracy przyszło mi szukać w dobie kryzysu. Szanse na wynajem własnego m - zerowe, nawet gdybym cudem dostała pracę za 2 kawałki. Ale nie poddaję się. Przynajmniej do czasu, gdy w pośredniaku oferują magistrowi jedynie roznoszenie ulotek... Wiedziałam, że tak będzie - w końcu dziś jest poniedziałek...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz