sobota, 31 października 2009

Nasza broń

W bajce wszystko się może zdarzyć.
Inaczej jest w życiu.
Jednak nikt nam nie zabroni marzyć.
My, żołnierze wolnych marzeń,
Obronimy każdy sen, każdy dzień
Będziemy walczyć!

Naszą bronią słowa są,
Poematy, wiersze, baśnie.
Przy nich każdy,
Nawet zabiegany człowiek,
Spokojnie otulony w poezję zaśnie.

Bo poezja jest jak dobra wróżka,
Która w królewnę zmieniła Kopciuszka.
Przy niej każdy czuje się
Ważniejszy, mądrzejszy.
Ona koi ból złamanych serc,
Ona też łączy serca.

Nie potrzebne nam bagnety,
Inna broń.
Naszą bronią przecież słowa są,
Poematy, wiersze, baśnie…

1998

KOTkietka (indywidualistka)

Spójrz w me oczy!
Krzyknęła od progu.
Widziałeś, jak powoli kroczy
Paw rajskiego ogrodu.
Cała twoja!

Srebrna twarz bogini,
Hebanowe włosy,
Sarnio piękne oczy,
Smukła talia osy.
Moja – pomyślałeś.

Uciekła spłoszona,
Zbytnio przerażona
By zostawić pantofel…

2001

Poświęcenie

Zegary czasu terkoczą miarowo
W klepsydrach miałki tańczy piasek.
Stoisz do świata plecami,
Z głową opartą o stary regał dusz.
Przed tobą znajome drzwi.
Czy przekroczysz je jeszcze raz?

Pamiętasz? – Kochałeś.
Pamiętasz? – Kochała.
Alabastrową kładąc dłoń na drzwiach
Wciąż pamiętasz…

Nie oszukasz czasu, dobrze wiesz…
Nie oszukasz samego siebie.
Jej klepsydra już dawno przesypała się.

Krok do przodu,
Szeleszczą czarne szaty.
Ostatni raz patrzysz
Na jej fotografię.

Czuła, kiedy przyszedłeś.
Siedziała przed toaletką, upinając włosy.
- Jesteś – szepnęła do ciebie.
Ostatni raz patrzysz jej w oczy…
Pełne strachu.
Ostatni raz gładzisz jej kasztanowe włosy.
Ostatni raz widzisz blady uśmiech.
Czujesz jej lęk.
Widzisz drżenie rąk.
- Kochałam…

Klepsydra błysnęła w twojej dłoni.
Krzyknęła.
Szkło życia rozbiło się o ziemię.
Upadła
Pośród przeżyły piach, pośród odłamki duszy szkła.
Pośród twoje łzy.

W pierwszym zegarze nawalił trybik.
Inne stanęły zdziwione.
W klepsydrach zamarł piach,
W połowie drogi dla odkupionych.
Cicho miauknął czarny kot,
Wyprężył grzbiet i
W skoku na burko przewrócił wiekową kosę.

Klęczała na podłodze,
Delikatną dłonią zbierając okruchy życia.
Kryształowa łza biegła po jej policzku.
- Kochałeś – szepnęła drżącym głosem.

Kot biegał przestraszony po pustym mieszkaniu,
Potykał się o sprzęty.
W jego klepsydrze zatrzymał się piach.
Jego pan nie żył…

09.2000

Anonimowo o tobie

Tyś mi daleki
I bliski w jednym.
Ciastem świątecznym
I chlebem powszednim.

Tym, czego szukam
I przed czym uciekam.
Czego się boję
I czego czekam.

Tyś moim życiem
I moją zgubą.
Moją nadzieją
I zwątpień smugą.

I w każdej chwili
Na przemian od dawna
Ku tobie biegnę
I padam bezwładna.

Tam jesteś…

W smaku drżących ust,
W sekretnych wyznaniach.
W skradzionych pieszczotach,
W zachłannych spotkaniach.
Tam jesteś.

W godzinach rozmów,
W wiekach milczenia.
W chwilach ekstazy,
W minutach cierpienia.
Tam jesteś.

W zakazanym szczęściu,
W szaleństwie radości.
W sile nadziei,
W bólu wątpliwości.
Tam jesteś.

Tak realnie obecny,
Tak realnie daleki.
I tylko przy mnie cię nie ma
Choć chcę, byś był na wieki.

Nicpoń

Szara kulka wyłoniła się zza zakrętu,
Za nią czarny ogon, pod nim mignęła podłoga.
Ogon – ster pirackiego okrętu,
Manewrował w ataku na wroga.

Błysnęły białe szabelki,
Świsnęły w powietrzu pazurki.
I pocięły na frędzelki
Zasłon cienkie chmurki.

Lecz atak nadal trwa!
Przez pokój i przedpokój
Drapieżnik dalej gna.
Pędzi niszczyć spokój.

I jest – odwieczny wróg.
Stanęli pyszczkiem w liść.
Kot zjeżył włos, jak mógł
I w bój zaczął iść.

W skoku na przeciwnika –
Dziś tak bezczelnie zielonego,
Szara istotka na moment znika
By stłuc figurę wazonu niebieskiego.

Atak – co za siła!
Kły idą w ruch.
Doniczka ustąpiła,
Wygrywa szary zuch!

Po tak ciężkim boju,
Szaro-bury zwycięzca koci,
Pada, szukając spokoju
Wśród drobnych listków paproci.

26.08.2002

piątek, 30 października 2009

Żuraw i czapla

Kocham,
Rzekłeś otwarcie.

Uciekłam.

Kocham,
Rzekłam otwarcie.

Uciekniesz?

Gdyby

Nie było by lepiej,

Gdyby cofnąć czas.

Gdyby cofnąć te słowa,

Nie było by nas.


Nas?

Spytało szyderczo echo,

Wypełniając pustkę pokoju.

Jakich was?



czwartek, 29 października 2009

Gwoździe


Jest wiele wdzięczniejszych tematów opowieści niż gwoździe. Same w sobie gwoździe nie są nawet tematem ciekawym. Lecz czym byłby człowiek, gdyby nie potrafił rzeczy trywialnej nadać wielu, często skomplikowanych znaczeń. Od tego miejsca zaczyna się opowieść o gwoździach.

Jeden z prostszych wynalazków ludzkości – kawałek metalu, z jednej strony ostry, by mógł wbijać się w przeróżne tworzywa, z drugiej tępy i szerszy niż w przekroju samego trzonka, by mógł się oprzeć na owej materii, którą przebił. Daleki kuzyn subtelnej igły, co łączy elementy, lecz w przeciwieństwie do niej nie odchodzi od nich, pozostawiwszy jedynie ścieg nici, ale pozostaje zespolony, stając się zarazem elementem i budowniczym powstałej konstrukcji. Proste, nieskomplikowane narzędzie znane nam od wieków. 

Powstał by budować, by pomagać łączyć różne rzeczy w celu tworzenia rzeczy większych i ważniejszych. Zapewniać bezpieczeństwo – bo z jego udziałem samodzielne deski stają się ścianami domu, dachem i podłogą. Dzięki niepozornemu gwoździkowi zręczne dłonie budowniczych mogły wznosić najpiękniejsze z budowli.

Ale to było za mało. Sprytny ludzki umysł szybko odnalazł dla gwoździa nowe zastosowanie. Po co budować, skoro można niszczyć? Spokój, bezpieczeństwo, nawet godność – wszystko to można zburzyć za pomocą jednego dobrze wbitego gwoździa. Jego ostry koniec wręcz sam do tego zaprasza. Można go wbić w czyjąś dłoń, skazując na ból i niewygodę zgruchotanych kości. Ludzka wyobraźnia nie ma chyba granic, jeśli chodzi o przeróżne sposoby zadawania cierpień. Można pójść krok dalej i ową dłoń połączyć za pomocą takiego bretnala z deską, a ową deskę uczynić krzyżem. Wtedy poza bezpieczeństwem życia umiera również godność ofiary.

Do tego momentu była to opowieść o gwoździach realnych. Odlanych z żelaza, stworzonych z metali, takich, które z równą łatwością mogą pomóc kogoś uszczęśliwić, dajmy na to nową półką na książki, co skrzywdzić a nawet zabić. Za tymi gwoździami zawsze stoi jednak czyjaś ręka. Bo gwóźdź, jako narzędzie idealne, wymaga kogoś, kto weźmie go w dłoń, przyłoży do jakiejś materii i wbije. Sam w sobie nie jest ani pomocny, ani niebezpieczny. Istnieją jednak również gwoździe innego typu.

I właśnie o takim Gwoździu jest to opowieść. Zrodzonym z niepewności, lęku, wątpliwości i obaw. Czającym się tuż za naszymi plecami, gotowym w dogodnym dla siebie momencie pojawić się niespodziewanie i wbić w nas z całą siłą. Przez czaszkę, w sam środek głowy, lub przez żebra, w sam środek serca. Niczym wampir, Gwóźdź nie zjawia się niezaproszony. Tam, gdzie go nie chcą – po prostu się nie zjawia.
„Czy jestem dla niego rzeczywiście aż tak ważna…”,
„A może powiedział to, by osiągnąć tylko własną korzyść?”,
„A jak kłamał?”,
„Nie nadaję się do tego, chyba powariowali, dając mi to zadanie…”,
„A jeśli nigdy od niej nie odejdzie?”
– to tylko jedne z wielu, wielu setek zaproszeń, jakie nieświadomie wysyłamy Gwoździowi. A gdy, przywołany, już się w nas wbije, to nie ma ani fontann krwi, ani palącego, fizycznego bólu… Cwany drapieżnik wbija się bowiem bezpośrednio w naszego ducha, zatruwając go jadem niepewności i lęku.

Zaś największą sztuka, godną umiejętności fakirów, jest świadomie, z przemyślaną premedytacją, wbić sobie takiego Gwoździa. Miast cieszyć się tym, co nam dał los, dzielić z bliskimi uczucia i radości – dać się porwać przeróżnym myślom. Doszukiwać się cieni w słoneczną pogodę, zdrady wśród przyjaciół, kłamstwa w wyznaniach. Wplatać w to, co jest, to czego nie było i czego zapewne nigdy nie będzie. Doszukiwać się ukrytych znaczeń, celów i zamiarów. Oskarżać o złe intencje innych i siebie. Tropić fałsz we własnych czynach i w czynach innych.

A gdy tego jest za mało, iść krok dalej - dłoń przybić do deski. W swoich dobrych gestach, słowach i zamiarach upatrywać komplikacji, które przyjdą nimi obudzone. W swoim szczęściu widzieć smutek innych. Nim się ktoś zdąży zorientować – deski są już połączone w krzyż. I zostaje go dźwigać, w bólu i trudzie.

Patrząc na to, Gwóźdź zawsze zastanawiał się, po co ludzie czynią takie ofiary? Pozbawione sensu, zrodzone z nieistniejących problemów? Czyżby życie bez smutku, bólu i krzywdy jawiło im się nieciekawym? Za każdym razem, wzywany, pojawiał się. Jak przystało na posłuszne narzędzie. Za każdym razem pozwalał się wbijać i z mieszaniną podziwu i niezrozumienia, obserwował, jak ludzie wciskają go głębiej, mocniej i w coraz to nowe miejsca. Jakby spragnieni nowego cierpienia. Posłuszny ich woli, drążył duszę, odbierał radość, sprowadzał bezsenne noce, kołatał sercem, zabierał dech, toczył łzy. Gdy umęczeni i okrwawieni nie mieli już sił, odchodził. Lecz wiedział, że musi być blisko, bo gdy tylko na moment złapią oddech, uzyskają choćby namiastkę spokoju, zaraz znowu zaczną go wzywać. Raz wbity, zostawał z nimi już do końca ich dni, gotowy, posłuszny – czekający na rozkaz, by służyć zgodnie z istotą narzędzia.

I płakał nieistniejący Gwóźdź rzewnymi, nieistniejącymi łzami. Bo gdzieś w środku swojej nierealnej istoty czuł, że nie został stworzony do krzywdzenia. I śnił, że jest jedynie zwykłym gwoździem, który zostanie wyciągnięty z narzędziowej skrzyneczki tylko po to, by tworzyć. Budować, wzmacniać, kształtować. Jednak nigdy tego nie zaznał, bo ludzie nie potrafią tak po prostu wykorzystywać narzędzi, nawet prostych, trywialnych rzeczy. Każdej muszą nadać inne znaczenie, przypisać nową rolę. Nie dziwił się wcale temu, Gwóźdź widział bowiem Uśmiechy, które skazano na rolę fałszywych, Miłość, którą zadawano zdradę, i Wiarę, którą burzono zaufanie. Jednego był pewny – mógł dostać bardziej niewdzięczną rolę.

Żal mi moich Gwoździ. Powinny mieć szansę choć przez chwilę być tylko tym, do czego jest stworzono. 




wtorek, 27 października 2009

Ostre kawałki

Blask ma w oczach, ale gorzkie usta.
Serce, rzekłbyś, otwarte, ale kochać nie umie.
Dzisiaj oświadcza przyjaźń, jutro jej zaprzeczy...
Nierówny, ostry, dziwny w swojej krnąbnej dumie...

Ludzie, z daleka od nas! łatwo się skaleczyć
Każdym z nas, jak kawałkiem stłuczonego lustra!

A lustro było piękne. Było diamentowe,
Czyste, wielkie i dobre. Nasze, jednym słowem...

"My..." Maria Pawlikowska-Jasnorzewska 

Kto raz zranił się ostrym, wystrzępionym kawałkiem szkła, jak ognia unika lustrzanej tafli. Niczym człek, który dłoń sparzył na żeliwnych drzwiczkach pieca. Całe zaś piękno naszego życia, urok człowieczej natury, sprowadza się do tego, by mieć odwagę znów bez lęku sięgać ręką po wszystkie jego aspekty, choćby jawiły się ogniem żelaza czy lodem szkła.

- Jestem kobietą, nie umiem żyć bez lustra - szepnęłam, zachłannie patrząc w zwierciadło.

poniedziałek, 26 października 2009

Znak

Można bardzo pragnąć znaku. 

Wyglądać wskazówki, jak postąpić, którą drogą podążyć. Takie drogowskazy losu pomagają nam określić, czego pragniemy, zdefiniować nienazwane i ustalić i pomóc podjąć decyzję, jeśli takowa już w nas tkwi.

Można bardzo pragnąć znaku. Chcieć wyciągnąć z tali kart tę jedyną damę. Lecz uporczywie, wbrew czterem podejściom, widzieć na dłoni zwykłą liczbę, miast dworskiej karty. A gdy ta, wywołana, stanie przed nami w rzeczywistości i schylając pokornie głowę, wyszepcze słowa, na których nam ongiś zależało – wtasować ją z powrotem do talii.

Jak widać, można ignorować znaki, nawet jeśli się ich pragnęło…