Jest wiele wdzięczniejszych tematów opowieści niż gwoździe. Same w sobie gwoździe nie są nawet tematem ciekawym. Lecz czym byłby człowiek, gdyby nie potrafił rzeczy trywialnej nadać wielu, często skomplikowanych znaczeń. Od tego miejsca zaczyna się opowieść o gwoździach.
Jeden z prostszych wynalazków ludzkości – kawałek metalu, z jednej strony ostry, by mógł wbijać się w przeróżne tworzywa, z drugiej tępy i szerszy niż w przekroju samego trzonka, by mógł się oprzeć na owej materii, którą przebił. Daleki kuzyn subtelnej igły, co łączy elementy, lecz w przeciwieństwie do niej nie odchodzi od nich, pozostawiwszy jedynie ścieg nici, ale pozostaje zespolony, stając się zarazem elementem i budowniczym powstałej konstrukcji. Proste, nieskomplikowane narzędzie znane nam od wieków.
Powstał by budować, by pomagać łączyć różne rzeczy w celu tworzenia rzeczy większych i ważniejszych. Zapewniać bezpieczeństwo – bo z jego udziałem samodzielne deski stają się ścianami domu, dachem i podłogą. Dzięki niepozornemu gwoździkowi zręczne dłonie budowniczych mogły wznosić najpiękniejsze z budowli.
Ale to było za mało. Sprytny ludzki umysł szybko odnalazł dla gwoździa nowe zastosowanie. Po co budować, skoro można niszczyć? Spokój, bezpieczeństwo, nawet godność – wszystko to można zburzyć za pomocą jednego dobrze wbitego gwoździa. Jego ostry koniec wręcz sam do tego zaprasza. Można go wbić w czyjąś dłoń, skazując na ból i niewygodę zgruchotanych kości. Ludzka wyobraźnia nie ma chyba granic, jeśli chodzi o przeróżne sposoby zadawania cierpień. Można pójść krok dalej i ową dłoń połączyć za pomocą takiego bretnala z deską, a ową deskę uczynić krzyżem. Wtedy poza bezpieczeństwem życia umiera również godność ofiary.
Do tego momentu była to opowieść o gwoździach realnych. Odlanych z żelaza, stworzonych z metali, takich, które z równą łatwością mogą pomóc kogoś uszczęśliwić, dajmy na to nową półką na książki, co skrzywdzić a nawet zabić. Za tymi gwoździami zawsze stoi jednak czyjaś ręka. Bo gwóźdź, jako narzędzie idealne, wymaga kogoś, kto weźmie go w dłoń, przyłoży do jakiejś materii i wbije. Sam w sobie nie jest ani pomocny, ani niebezpieczny. Istnieją jednak również gwoździe innego typu.
I właśnie o takim Gwoździu jest to opowieść. Zrodzonym z niepewności, lęku, wątpliwości i obaw. Czającym się tuż za naszymi plecami, gotowym w dogodnym dla siebie momencie pojawić się niespodziewanie i wbić w nas z całą siłą. Przez czaszkę, w sam środek głowy, lub przez żebra, w sam środek serca. Niczym wampir, Gwóźdź nie zjawia się niezaproszony. Tam, gdzie go nie chcą – po prostu się nie zjawia.
„Czy jestem dla niego rzeczywiście aż tak ważna…”,
„A może powiedział to, by osiągnąć tylko własną korzyść?”,
„A jak kłamał?”,
„Nie nadaję się do tego, chyba powariowali, dając mi to zadanie…”,
„A jeśli nigdy od niej nie odejdzie?”
– to tylko jedne z wielu, wielu setek zaproszeń, jakie nieświadomie wysyłamy Gwoździowi. A gdy, przywołany, już się w nas wbije, to nie ma ani fontann krwi, ani palącego, fizycznego bólu… Cwany drapieżnik wbija się bowiem bezpośrednio w naszego ducha, zatruwając go jadem niepewności i lęku.
Zaś największą sztuka, godną umiejętności fakirów, jest świadomie, z przemyślaną premedytacją, wbić sobie takiego Gwoździa. Miast cieszyć się tym, co nam dał los, dzielić z bliskimi uczucia i radości – dać się porwać przeróżnym myślom. Doszukiwać się cieni w słoneczną pogodę, zdrady wśród przyjaciół, kłamstwa w wyznaniach. Wplatać w to, co jest, to czego nie było i czego zapewne nigdy nie będzie. Doszukiwać się ukrytych znaczeń, celów i zamiarów. Oskarżać o złe intencje innych i siebie. Tropić fałsz we własnych czynach i w czynach innych.
A gdy tego jest za mało, iść krok dalej - dłoń przybić do deski. W swoich dobrych gestach, słowach i zamiarach upatrywać komplikacji, które przyjdą nimi obudzone. W swoim szczęściu widzieć smutek innych. Nim się ktoś zdąży zorientować – deski są już połączone w krzyż. I zostaje go dźwigać, w bólu i trudzie.
Patrząc na to, Gwóźdź zawsze zastanawiał się, po co ludzie czynią takie ofiary? Pozbawione sensu, zrodzone z nieistniejących problemów? Czyżby życie bez smutku, bólu i krzywdy jawiło im się nieciekawym? Za każdym razem, wzywany, pojawiał się. Jak przystało na posłuszne narzędzie. Za każdym razem pozwalał się wbijać i z mieszaniną podziwu i niezrozumienia, obserwował, jak ludzie wciskają go głębiej, mocniej i w coraz to nowe miejsca. Jakby spragnieni nowego cierpienia. Posłuszny ich woli, drążył duszę, odbierał radość, sprowadzał bezsenne noce, kołatał sercem, zabierał dech, toczył łzy. Gdy umęczeni i okrwawieni nie mieli już sił, odchodził. Lecz wiedział, że musi być blisko, bo gdy tylko na moment złapią oddech, uzyskają choćby namiastkę spokoju, zaraz znowu zaczną go wzywać. Raz wbity, zostawał z nimi już do końca ich dni, gotowy, posłuszny – czekający na rozkaz, by służyć zgodnie z istotą narzędzia.
I płakał nieistniejący Gwóźdź rzewnymi, nieistniejącymi łzami. Bo gdzieś w środku swojej nierealnej istoty czuł, że nie został stworzony do krzywdzenia. I śnił, że jest jedynie zwykłym gwoździem, który zostanie wyciągnięty z narzędziowej skrzyneczki tylko po to, by tworzyć. Budować, wzmacniać, kształtować. Jednak nigdy tego nie zaznał, bo ludzie nie potrafią tak po prostu wykorzystywać narzędzi, nawet prostych, trywialnych rzeczy. Każdej muszą nadać inne znaczenie, przypisać nową rolę. Nie dziwił się wcale temu, Gwóźdź widział bowiem Uśmiechy, które skazano na rolę fałszywych, Miłość, którą zadawano zdradę, i Wiarę, którą burzono zaufanie. Jednego był pewny – mógł dostać bardziej niewdzięczną rolę.
Żal mi moich Gwoździ. Powinny mieć szansę choć przez chwilę być tylko tym, do czego jest stworzono.