Yendrkowi
Kate biegła przez centrum obozu. Nie przeszkadzał jej zimy, zacinający z niezwykłą siłą deszcz. Krople mieszały się ze łzami i spływały po policzku ciepłymi strużkami. Buty głośno mlaskały, gdy coraz szybciej odrywała stopy od błotnistej ziemi. Widziała już małe zbiegowisko ludzi tuż przy głównej bramie. Roztrąciła kilku gapiów, niezważając na ich oburzenie. Pośliznęła się na mokrym podłożu i wylądowała w błocie. Jakby tego nawet nie zauważyła, podniosła się i ruszyła dalej. Z sercem zamarłym ze strachu.
Żołnierze wrócili z Frontu. Część witała się z bliskimi, inni pomagali rannym kolegom i nawoływali medyków, a jeszcze inni w milczeniu rozładowywali wozy z ciałami tych, którym tym razem nie dopisało szczęście. Zbiegowisko ludzi wokół przybyłego konwoju rosło z minuty na minutę, każdy człowiek z Posterunku chciał być w tej chwili przy żołnierzach.
Kate wpadła pomiędzy tonących w uściskach, wodząc spojrzeniem po każdej wymęczonej, ale uśmiechniętej twarzy. Pocałunki, poklepywania po plecach, jakieś żarty, wszystko to stawało się coraz odleglejsze, gdy nie odnalazła znajomej twarzy Dylana.
- Thomas! – chwyciła za rękaw młodego żołnierza, którego właśnie ktoś częstował papierosem.
Odwrócił się szybko w jej stronę. Uśmiech na jego twarzy ustąpił miejsca boleści.
- Gdzie Dylan? – pytała uczepiona munduru - Gdzie jest Dylan?!
- Kate... – zaryzykował nieznaczny ruch, jakby chciał ją objąć ramieniem – tak mi przykro...
- Nie! – krzyknęła nim skończył, chowając twarz w ubłoconych dłoniach. – Nie! Kłamiesz! - Wyrwała się z jego objęć i popędziła w stronę szpitalnego baraku.
Uczucie dziwnej pustki tylko narosło. Jeszcze miała siłę biegać, pytać, szukać. Zaglądać do sal pełnych rannych żołnierzy, przemierzać ścieżki między polowymi łóżkami. W końcu pójść do cichej sali pełnej tych, którzy już nie będą mogli cieszyć się z powrotu. Tylko po to, aby się upewnić, że i tu go nie ma. Tylko po to, bo przecież nie mogło być inaczej...
Szła bardzo wolno, chwiejnym krokiem. Ostanie metry korytarza pokonała wlekąc się oparta o ścianę. Świat rozmywał się jej przed oczami, nie czuła ani zimna, ani deszczu. Chłodne powietrze wypełniło jej pierś, poczuła oddech, usłyszała bicie własnego serca. Żyła. Ona, a nie Dylan... Upadła na kolana, kuląc się i łykając łzy. Mokre włosy oblepiały jej ubrudzoną twarz, a ramiona drżały, gdy wyła w spazmatycznym płaczu.
Nie wiedziała, kto ją odprowadził do pokoju, ani kto dał jej kubek mocnego, jabłkowego bimbru. I nic ją to nie obchodziło. Siedziała cicha, jakby nieobecna, posłusznie pijąc, gdy kazano pić i jedząc wodnisty gulasz, gdy kazano jeść. Ktoś zdjął z niej część mokrych ubrań i okrył ciepłym kocem. Pogłaskał po głowie, mówiąc jakieś spokojne, ciche słowa, na które nie zwróciła uwagi.
- Powinnaś się wyspać. Załatwię jeszcze tylko coś w obozie i szybko do ciebie wrócę. Nie powinnaś być dziś sama. Dobrze? – Thomas nie usłyszał żadnej odpowiedzi, ale i tak postanowił działać według tego planu. Nie do końca wiedział, co powinien zrobić, ale miał obowiązek zaopiekować się żoną swojego najlepszego przyjaciela. W końcu mu to obiecał, tam na polu, wśród warkotu maszyn i krzyków ludzi.
Zdał swój raport z przebiegu bitwy i chciał jak najszybciej wracać do Kate. Zapowiadało się jednak na to, że sierżant Meger będzie miał do niego jeszcze jakąś sprawę.
- Tak, sierżancie? – spytał podchodząc na wezwanie.
- Jak się trzyma żona Dylana?
- Jest w szoku. – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Upłynie jeszcze wiele dni, zanim będzie można z nią spokojnie porozmawiać.
- A ty, jak ty się trzymasz? Wiem, że przyjaźniliście się z Dylanem.
- Melduję, że jakoś muszę, panie sierżancie. Obiecałem mu, że zaopiekuję się Kate.
- Tak, tak... Wiesz co, Harkley? – twarz podoficera nagle rozjaśniała. – Zaprowadź ją jak najszybciej do Starego Kruka. Nikt tak się nie sprawdza w rozmowach z ludźmi, jak on. Może da jej jakieś zioła, czy coś z tych swoich naparów, żeby lepiej spała.
- Dziękuję panie sierżancie, na pewno tak zrobię – uśmiechnął się lekko Thomas. Za to właśnie lubił Posterunek, za to, że był prawdziwym drugim domem.
Barak Starego Kruka mieścił się na końcu obozu, trochę na uboczu, obok magazynów. Sierżant miał dobry pomysł – kto jak kto, ale Indianin potrafił rozmawiać z ludźmi i leczyć dusze. O ile ktoś wierzył w ich istnienie. Thomas właściwie nie wierzył, tak jak nie wierzył w istnienie boga czy innych sił sprawczych. Zawsze wolał polegać na sobie, na swoich umiejętnościach i broni, niż na nikłej nadziei, że jakiś absolut dopomoże w złej chwili. Tak czy siak, zaprowadzenie Kate do Indianina wydawało mu się jedynym rozwiązaniem. Jeśli nie rozmowa i pocieszenie, to może choć ziołowe napary pomogą jej odzyskać siłę do życia. Stary Kruk niejednokrotnie już udowodnił, że potrafi tak ową przywracać ludziom. Niektórzy szeptali nawet o tym, że czasem rozrzucał swoje talizmany czytając z nich przyszłość. Podobno to właśnie w ten sposób przewidział kilka razy ruchy Molocha. Thomas wolał jednak widzieć w starcu mądrego człowieka, dobrego stratega lub nieszkodliwego wariata, niż wieszcza.
Kate szła posłusznie obok niego, ciągle milcząca i nieobecna. Puste spojrzenie utkwiła gdzieś hen, na linii horyzontu. Dotarli do baraku, a Stary Kruk stał na progu, jakby już na nich czekał.
- Dzień dobry Stary Kruku. – Thomas skinął lekko głową. – Chciałbym, abyś...
- Wprowadź ją do środka – przerwał mu Indianin – a sam poczekaj na zewnątrz, albo wróć za jakiś czas.
Nie był zdziwiony zachowaniem starca, każdy wiedział o powrocie konwoju, reszty historii i powodu przybycia Kate można się było łatwo domyślić. Wprowadził ją do ciemnego wnętrza i posadził na krześle w pokoju pełnym suszonych ziół, ptasich piór i dziwacznych bibelotów. Rozejrzał się po tym swoistym skansenie. Tu i ówdzie stały jakieś gliniane naczynia, czarki pełne kolorowych cieczy, czy słoiki z nieznaną bliżej zawartością. Podłogę pokrywały kolorowe, plecione maty. Na szafce dostrzegł mały totem przedstawiający wielkiego czarnego kruka siedzącego na oku, oko zaś leżało na klepsydrze na wpół przysłoniętej kurtyną. Wszystko wyrzeźbione było z ciemnego drewna, pokrytego gdzieniegdzie krzykliwymi kolorami farby. Mimo braku wiary w rzeczy paranormalne Thomas poczuł zimno wędrujące po plecach wzdłuż kręgosłupa. Otrząsnął się szybko z tego wrażenia i odetchnął głęboko, z troską pogłaskał Kate po głowie i wyszedł.
Indianin podał jej czarkę z naparem, którą posłusznie wychyliła. Po jakimś czasie uspokoiła się i zaczęli rozmawiać. O stracie, o bólu, o tym, że będą kolejne dni, z którymi musi sobie poradzić. Stary Kruk przemawiał ciepło i spokojnie, a ona słuchała go uważnie. Wiedziała, że we wszystkim, co mówi, ma rację, ale nadal nie było jej lżej. Nie potrafiła pogodzić się ze stratą ukochanego.
- Nie rozumiesz... Tak bardzo chciałabym go zobaczyć raz jeszcze... Powiedzieć mu, że spodziewamy się dziecka. Żeby wiedział. Żeby był szczęśliwy... – zaczęła cichutko chlipać. – Nic mnie nie obchodzi to, co będzie później... Nawet się z nim nie pożegnałam...
Indianin postawił przed nią kolejną czarkę naparu. Spojrzał w jej niebieskie oczy, pełne bólu. Wiedział, że ta kobieta kochała prawdziwie.
- Ile byś dała za to, by móc się z nim pożegnać? – przemówił spokojnym, pełnym powagi tonem.
Ładną, szczupłą twarz wykrzywił grymas bólu, ramiona zadrgały od kolejnej fali płaczu.
- Zaklinam, nie drwij... – szepnęła.
- Pytam poważnie. Ile byś dała?
Spojrzała mu w oczy. Szukała w nich odbicia ponurego żartu, czy kpiny. Znalazła jedynie spokój i zdecydowanie. Momentalnie przestała szlochać.
- Wszystko, poza moim dzieckiem – odrzekła ocierając łzy.
- Słusznie, znaczy się, że nie postradałaś zmysłów – usiadł naprzeciwko niej. – A skoro tak, to będę ci mógł pomóc.
- Niby jak? – wydęła wargi w niedowierzaniu.
- Są siły, które mogą pomóc zarówno podejrzeć przyszłość, jak i zmieniać przeszłość – mruknął rozkładając na stole kolorowe talizmany, zdobione ptasimi piórami i rzemieniami. - Są ludzie, którzy potrafią ubłagać Władcę Czasu, by ten pozwolił im uchylić kurtyny spowijające rzeczywistość i zajrzeć tam, gdzie nie patrzą oczy śmiertelnych.
Umilkł na moment, trzymając wyciągnięte dłonie nad drewnianymi ozdobami. Wciągnął głęboko do płuc dym z czarki stojącej na stole. Zaczął nucić po nosem jakąś pieśń w nieznanym Kate języku, o spokojnej, monotonnej melodii. A później zamknął oczy i milczał, jakby na coś czekał. W końcu przemówił, lecz już nieco innym głosem. Mocnym, pełnym siły, wyraźnym.
- Dasz mi swój ból i swój lęk, część swojej miłości do męża. – usta starca poruszały się spokojnie, lecz oczy pozostawały przymknięte, a źrenice tańczyły pod powiekami, jak w głębokim śnie. – Ja zaś w zamian ofiaruję ci możliwość spotkania z nim i pożegnania się.
- Dobrze – przytaknęła.
- Złam te zasady, zapragnij więcej lub spróbuj mnie oszukać śmiertelna, a zabiorę ci wszystko, co masz. – grzmiał tubalnym głosem Indianin.
Energicznie pokiwała głową, jakby zaświadczając, że nic takiego nie uczyni. Nie pojmowała całej tej sytuacji, kręciło jej się w głowie, w ustach czuła gorzkawy posmak wypitego naparu. Ale nie było w niej żadnego leku, jedynie narastająca nadzieja na to, że znowu ujrzy Dylana. Gdy starzec wyciągnął dłonie w jej kierunku, posłusznie chwyciła je w swoje ręce. Twarz Indianina, osnuta strużką kadzidlanego dymu, stała się niewyraźna. Zaczęła się lekko rozmywać, tak jak wszystkie sprzęty w pokoju. Ostatnią rzeczą, na jaką spojrzała Kate, był drewniany totem – kruk, oko i klepsydra spowita kurtyną. A później straciła przytomność.
***
Ocknęła się leżąc na trawie, gdzieś pomiędzy wojskowymi namiotami. Obok jej głowy siedział spokojnie wielki, czarny kruk. Łypnął na nią błyszczącym okiem. W obozie trwała gorączkowa krzątanina, jaka zazwyczaj towarzyszy żołnierzom tuż przed walką. W oddali było słychać wystrzały broni, warkoty setek silników. Oficerowie wydawali rozkazy, rozdysponowując żołnierzy do poszczególnych zadań. Część już ładowała się na paki samochodów, dzierżąc broń. Inni czekali na wymarsz. To właśnie wśród nich dostrzegła Dylana. Stał obok Thomasa, maskując podenerwowanie słabymi żartami. Podbiegła do niego. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Żołnierze kontynuowali swoje czynności, jakby była dla nich niewidoczna. Tylko mąż się do niej uśmiechnął.
- Co ty tu robisz kochanie? – spytał, gdy rzuciła mu się na szyję, całując namiętnie.
- Przyszłam do ciebie skarbie. – szeptała tuląc się mocno, zachłannie, jakby na zapas.
- To bardzo miło. – orzekł zadowolony, jakby we śnie, nie szukając racjonalnego wytłumaczenia sytuacji, zaś akceptując ją w pełni.
- Kocham cię Dylan! – uśmiechała się patrząc mu w oczy. – Tak bardzo cię kocham... I mam ci tyle do powiedzenia...
- Więc mów najdroższa... – mężczyzna dalej trzymał ją w ramionach – ...mów wszystko.
- Kochany, będziemy mieli dziecko. – wyszczebiotała, a łzy same popłynęły po policzku.
- Jak cudownie Kate! – wykrzyknął uradowany i serdecznie ją ucałował. – Tak się cieszę! Nie płacz kochana, jak wrócę do domu to ci we wszystkim pomogę.
- Dylan... Ja tak bardzo cię... tak bardzo... – znowu nie mogła powstrzymać spazmów płaczu.
- Ależ czemu płaczesz, najdroższa? – spytał przerażony.
- Bo... – szepnęła – ...bo ja przyszłam się z tobą pożegnać... Powiedzieć, że kocham, że będziesz ojcem...
- Ale ja nie chcę się z tobą żegnać. – usłyszała jego ciepły głos. I wtedy postanowiła. Chwyciła go za rękę, wyplątała się z uścisku ramion i ruszyła przed siebie. Wyszli z szeregu żołnierzy, którzy nadal nie zwracali na nich uwagi. Minęli krzyczącego coś dowódcę i samochód stojący z uruchomionym silnikiem. Zerknęła jeszcze raz przez ramię i rzuciła się do ucieczki, ciągnąc Dylana za sobą.
Kruk pojawił się natychmiast. Spadł z nieboskłonu niczym czarna strzała. Wpadł w szał, głośno krakał, latał nad jej głową. Siadł na ramieniu i boleśnie dziobał rękę, którą trzymała dłoń Dylana. Opędzała się od niego, jak mogła, nie przerywając biegu. Dylan posłusznie biegł za nią, choć odwracał głowę w stronę opuszczanego obozu wojskowego.
- Jeszcze trochę, kochany. – ponaglała męża. – Zaraz będziesz bezpieczny... Wrócimy do domu...
Kruk walczył jeszcze jakiś czas, ale kobieta nie dawała za wygraną. W końcu wzbił się wysoko w niebo, z głośnym, przerażającym krakaniem. I w tym momencie rozbłysła jasność, zalewając wszystko wokoło, by w ułamku sekundy przerodzić się w nieprzeniknioną ciemność.
Ocknęła się zawieszona w powietrzu, otoczona pustką koloru ciemnego nieba. Siedziała na krześle, zupełnie naga. Całe ciało oplatały ciężkie łańcuchy. Zerknęła w dół i ujrzała nieprzeniknioną czerń czeluści, nad którą się unosiła. Czuła jak mija czas, ale nie wiedziała czy to ledwie chwila, czy już całe lata. Oszalały umysł podsuwał je różne makabryczne wizje, budziła się i zasypiała na przemian. Śniła koszmary, albo cierpiała na jawie. Wyła, lecz nikt nie odpowiadał, a jej głos milkł utopiony w otchłani. W końcu atramentową ciemność wypełnił oślepiający blask, a potem język ognia spłynął w jej stronę. Trafił w skuwające ją łańcuchy, rozgrzewając je do białości. Spłonęła nim zdążyła krzyknąć.
***
- Nie mogę teraz opuścić Posterunku, muszę się nią zająć – tłumaczył Thomas.
- Kim? – spytał sierżant Meger.
- Jak to kim? Żoną Dylana.
- Przecież Dylan nigdy nie miał żony – zdziwił się sierżant.
Thomas patrzył na niego z kompletnym niezrozumieniem. Chciał mu wszystko wyjaśnić, opowiedzieć o...
- Boże, jak ona miała na imię? – wyszeptał zdumiony, nie mogąc odnaleźć w pamięci ani tego, ani nawet obrazu jej twarzy – Boże...
- Wiesz co, chyba masz rację – uśmiechnął się przyjacielsko Meger. – Lepiej będzie jeśli na razie zostaniesz w Posterunku i odpoczniesz. To była ciężka bitwa.
- Ale przecież... – bełkotał młody żołnierz, już zupełnie nie będąc pewnym tego, co było prawdą, a co nie.
- Jesteś wolny, Harkley, idź się wyspać. – podoficer poklepał go po plecach. Wiedział, że żołnierze to też tylko ludzie i mają prawo źle znosić wspomnienia z walk. I stratę przyjaciół. A odpoczynek jeszcze nikomu nie zaszkodził.
Szczecin, 26.10.2007 rok
Opowiadanie publikowane na Crossroads.
Żołnierze wrócili z Frontu. Część witała się z bliskimi, inni pomagali rannym kolegom i nawoływali medyków, a jeszcze inni w milczeniu rozładowywali wozy z ciałami tych, którym tym razem nie dopisało szczęście. Zbiegowisko ludzi wokół przybyłego konwoju rosło z minuty na minutę, każdy człowiek z Posterunku chciał być w tej chwili przy żołnierzach.
Kate wpadła pomiędzy tonących w uściskach, wodząc spojrzeniem po każdej wymęczonej, ale uśmiechniętej twarzy. Pocałunki, poklepywania po plecach, jakieś żarty, wszystko to stawało się coraz odleglejsze, gdy nie odnalazła znajomej twarzy Dylana.
- Thomas! – chwyciła za rękaw młodego żołnierza, którego właśnie ktoś częstował papierosem.
Odwrócił się szybko w jej stronę. Uśmiech na jego twarzy ustąpił miejsca boleści.
- Gdzie Dylan? – pytała uczepiona munduru - Gdzie jest Dylan?!
- Kate... – zaryzykował nieznaczny ruch, jakby chciał ją objąć ramieniem – tak mi przykro...
- Nie! – krzyknęła nim skończył, chowając twarz w ubłoconych dłoniach. – Nie! Kłamiesz! - Wyrwała się z jego objęć i popędziła w stronę szpitalnego baraku.
Uczucie dziwnej pustki tylko narosło. Jeszcze miała siłę biegać, pytać, szukać. Zaglądać do sal pełnych rannych żołnierzy, przemierzać ścieżki między polowymi łóżkami. W końcu pójść do cichej sali pełnej tych, którzy już nie będą mogli cieszyć się z powrotu. Tylko po to, aby się upewnić, że i tu go nie ma. Tylko po to, bo przecież nie mogło być inaczej...
Szła bardzo wolno, chwiejnym krokiem. Ostanie metry korytarza pokonała wlekąc się oparta o ścianę. Świat rozmywał się jej przed oczami, nie czuła ani zimna, ani deszczu. Chłodne powietrze wypełniło jej pierś, poczuła oddech, usłyszała bicie własnego serca. Żyła. Ona, a nie Dylan... Upadła na kolana, kuląc się i łykając łzy. Mokre włosy oblepiały jej ubrudzoną twarz, a ramiona drżały, gdy wyła w spazmatycznym płaczu.
Nie wiedziała, kto ją odprowadził do pokoju, ani kto dał jej kubek mocnego, jabłkowego bimbru. I nic ją to nie obchodziło. Siedziała cicha, jakby nieobecna, posłusznie pijąc, gdy kazano pić i jedząc wodnisty gulasz, gdy kazano jeść. Ktoś zdjął z niej część mokrych ubrań i okrył ciepłym kocem. Pogłaskał po głowie, mówiąc jakieś spokojne, ciche słowa, na które nie zwróciła uwagi.
- Powinnaś się wyspać. Załatwię jeszcze tylko coś w obozie i szybko do ciebie wrócę. Nie powinnaś być dziś sama. Dobrze? – Thomas nie usłyszał żadnej odpowiedzi, ale i tak postanowił działać według tego planu. Nie do końca wiedział, co powinien zrobić, ale miał obowiązek zaopiekować się żoną swojego najlepszego przyjaciela. W końcu mu to obiecał, tam na polu, wśród warkotu maszyn i krzyków ludzi.
Zdał swój raport z przebiegu bitwy i chciał jak najszybciej wracać do Kate. Zapowiadało się jednak na to, że sierżant Meger będzie miał do niego jeszcze jakąś sprawę.
- Tak, sierżancie? – spytał podchodząc na wezwanie.
- Jak się trzyma żona Dylana?
- Jest w szoku. – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Upłynie jeszcze wiele dni, zanim będzie można z nią spokojnie porozmawiać.
- A ty, jak ty się trzymasz? Wiem, że przyjaźniliście się z Dylanem.
- Melduję, że jakoś muszę, panie sierżancie. Obiecałem mu, że zaopiekuję się Kate.
- Tak, tak... Wiesz co, Harkley? – twarz podoficera nagle rozjaśniała. – Zaprowadź ją jak najszybciej do Starego Kruka. Nikt tak się nie sprawdza w rozmowach z ludźmi, jak on. Może da jej jakieś zioła, czy coś z tych swoich naparów, żeby lepiej spała.
- Dziękuję panie sierżancie, na pewno tak zrobię – uśmiechnął się lekko Thomas. Za to właśnie lubił Posterunek, za to, że był prawdziwym drugim domem.
Barak Starego Kruka mieścił się na końcu obozu, trochę na uboczu, obok magazynów. Sierżant miał dobry pomysł – kto jak kto, ale Indianin potrafił rozmawiać z ludźmi i leczyć dusze. O ile ktoś wierzył w ich istnienie. Thomas właściwie nie wierzył, tak jak nie wierzył w istnienie boga czy innych sił sprawczych. Zawsze wolał polegać na sobie, na swoich umiejętnościach i broni, niż na nikłej nadziei, że jakiś absolut dopomoże w złej chwili. Tak czy siak, zaprowadzenie Kate do Indianina wydawało mu się jedynym rozwiązaniem. Jeśli nie rozmowa i pocieszenie, to może choć ziołowe napary pomogą jej odzyskać siłę do życia. Stary Kruk niejednokrotnie już udowodnił, że potrafi tak ową przywracać ludziom. Niektórzy szeptali nawet o tym, że czasem rozrzucał swoje talizmany czytając z nich przyszłość. Podobno to właśnie w ten sposób przewidział kilka razy ruchy Molocha. Thomas wolał jednak widzieć w starcu mądrego człowieka, dobrego stratega lub nieszkodliwego wariata, niż wieszcza.
Kate szła posłusznie obok niego, ciągle milcząca i nieobecna. Puste spojrzenie utkwiła gdzieś hen, na linii horyzontu. Dotarli do baraku, a Stary Kruk stał na progu, jakby już na nich czekał.
- Dzień dobry Stary Kruku. – Thomas skinął lekko głową. – Chciałbym, abyś...
- Wprowadź ją do środka – przerwał mu Indianin – a sam poczekaj na zewnątrz, albo wróć za jakiś czas.
Nie był zdziwiony zachowaniem starca, każdy wiedział o powrocie konwoju, reszty historii i powodu przybycia Kate można się było łatwo domyślić. Wprowadził ją do ciemnego wnętrza i posadził na krześle w pokoju pełnym suszonych ziół, ptasich piór i dziwacznych bibelotów. Rozejrzał się po tym swoistym skansenie. Tu i ówdzie stały jakieś gliniane naczynia, czarki pełne kolorowych cieczy, czy słoiki z nieznaną bliżej zawartością. Podłogę pokrywały kolorowe, plecione maty. Na szafce dostrzegł mały totem przedstawiający wielkiego czarnego kruka siedzącego na oku, oko zaś leżało na klepsydrze na wpół przysłoniętej kurtyną. Wszystko wyrzeźbione było z ciemnego drewna, pokrytego gdzieniegdzie krzykliwymi kolorami farby. Mimo braku wiary w rzeczy paranormalne Thomas poczuł zimno wędrujące po plecach wzdłuż kręgosłupa. Otrząsnął się szybko z tego wrażenia i odetchnął głęboko, z troską pogłaskał Kate po głowie i wyszedł.
Indianin podał jej czarkę z naparem, którą posłusznie wychyliła. Po jakimś czasie uspokoiła się i zaczęli rozmawiać. O stracie, o bólu, o tym, że będą kolejne dni, z którymi musi sobie poradzić. Stary Kruk przemawiał ciepło i spokojnie, a ona słuchała go uważnie. Wiedziała, że we wszystkim, co mówi, ma rację, ale nadal nie było jej lżej. Nie potrafiła pogodzić się ze stratą ukochanego.
- Nie rozumiesz... Tak bardzo chciałabym go zobaczyć raz jeszcze... Powiedzieć mu, że spodziewamy się dziecka. Żeby wiedział. Żeby był szczęśliwy... – zaczęła cichutko chlipać. – Nic mnie nie obchodzi to, co będzie później... Nawet się z nim nie pożegnałam...
Indianin postawił przed nią kolejną czarkę naparu. Spojrzał w jej niebieskie oczy, pełne bólu. Wiedział, że ta kobieta kochała prawdziwie.
- Ile byś dała za to, by móc się z nim pożegnać? – przemówił spokojnym, pełnym powagi tonem.
Ładną, szczupłą twarz wykrzywił grymas bólu, ramiona zadrgały od kolejnej fali płaczu.
- Zaklinam, nie drwij... – szepnęła.
- Pytam poważnie. Ile byś dała?
Spojrzała mu w oczy. Szukała w nich odbicia ponurego żartu, czy kpiny. Znalazła jedynie spokój i zdecydowanie. Momentalnie przestała szlochać.
- Wszystko, poza moim dzieckiem – odrzekła ocierając łzy.
- Słusznie, znaczy się, że nie postradałaś zmysłów – usiadł naprzeciwko niej. – A skoro tak, to będę ci mógł pomóc.
- Niby jak? – wydęła wargi w niedowierzaniu.
- Są siły, które mogą pomóc zarówno podejrzeć przyszłość, jak i zmieniać przeszłość – mruknął rozkładając na stole kolorowe talizmany, zdobione ptasimi piórami i rzemieniami. - Są ludzie, którzy potrafią ubłagać Władcę Czasu, by ten pozwolił im uchylić kurtyny spowijające rzeczywistość i zajrzeć tam, gdzie nie patrzą oczy śmiertelnych.
Umilkł na moment, trzymając wyciągnięte dłonie nad drewnianymi ozdobami. Wciągnął głęboko do płuc dym z czarki stojącej na stole. Zaczął nucić po nosem jakąś pieśń w nieznanym Kate języku, o spokojnej, monotonnej melodii. A później zamknął oczy i milczał, jakby na coś czekał. W końcu przemówił, lecz już nieco innym głosem. Mocnym, pełnym siły, wyraźnym.
- Dasz mi swój ból i swój lęk, część swojej miłości do męża. – usta starca poruszały się spokojnie, lecz oczy pozostawały przymknięte, a źrenice tańczyły pod powiekami, jak w głębokim śnie. – Ja zaś w zamian ofiaruję ci możliwość spotkania z nim i pożegnania się.
- Dobrze – przytaknęła.
- Złam te zasady, zapragnij więcej lub spróbuj mnie oszukać śmiertelna, a zabiorę ci wszystko, co masz. – grzmiał tubalnym głosem Indianin.
Energicznie pokiwała głową, jakby zaświadczając, że nic takiego nie uczyni. Nie pojmowała całej tej sytuacji, kręciło jej się w głowie, w ustach czuła gorzkawy posmak wypitego naparu. Ale nie było w niej żadnego leku, jedynie narastająca nadzieja na to, że znowu ujrzy Dylana. Gdy starzec wyciągnął dłonie w jej kierunku, posłusznie chwyciła je w swoje ręce. Twarz Indianina, osnuta strużką kadzidlanego dymu, stała się niewyraźna. Zaczęła się lekko rozmywać, tak jak wszystkie sprzęty w pokoju. Ostatnią rzeczą, na jaką spojrzała Kate, był drewniany totem – kruk, oko i klepsydra spowita kurtyną. A później straciła przytomność.
***
Ocknęła się leżąc na trawie, gdzieś pomiędzy wojskowymi namiotami. Obok jej głowy siedział spokojnie wielki, czarny kruk. Łypnął na nią błyszczącym okiem. W obozie trwała gorączkowa krzątanina, jaka zazwyczaj towarzyszy żołnierzom tuż przed walką. W oddali było słychać wystrzały broni, warkoty setek silników. Oficerowie wydawali rozkazy, rozdysponowując żołnierzy do poszczególnych zadań. Część już ładowała się na paki samochodów, dzierżąc broń. Inni czekali na wymarsz. To właśnie wśród nich dostrzegła Dylana. Stał obok Thomasa, maskując podenerwowanie słabymi żartami. Podbiegła do niego. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Żołnierze kontynuowali swoje czynności, jakby była dla nich niewidoczna. Tylko mąż się do niej uśmiechnął.
- Co ty tu robisz kochanie? – spytał, gdy rzuciła mu się na szyję, całując namiętnie.
- Przyszłam do ciebie skarbie. – szeptała tuląc się mocno, zachłannie, jakby na zapas.
- To bardzo miło. – orzekł zadowolony, jakby we śnie, nie szukając racjonalnego wytłumaczenia sytuacji, zaś akceptując ją w pełni.
- Kocham cię Dylan! – uśmiechała się patrząc mu w oczy. – Tak bardzo cię kocham... I mam ci tyle do powiedzenia...
- Więc mów najdroższa... – mężczyzna dalej trzymał ją w ramionach – ...mów wszystko.
- Kochany, będziemy mieli dziecko. – wyszczebiotała, a łzy same popłynęły po policzku.
- Jak cudownie Kate! – wykrzyknął uradowany i serdecznie ją ucałował. – Tak się cieszę! Nie płacz kochana, jak wrócę do domu to ci we wszystkim pomogę.
- Dylan... Ja tak bardzo cię... tak bardzo... – znowu nie mogła powstrzymać spazmów płaczu.
- Ależ czemu płaczesz, najdroższa? – spytał przerażony.
- Bo... – szepnęła – ...bo ja przyszłam się z tobą pożegnać... Powiedzieć, że kocham, że będziesz ojcem...
- Ale ja nie chcę się z tobą żegnać. – usłyszała jego ciepły głos. I wtedy postanowiła. Chwyciła go za rękę, wyplątała się z uścisku ramion i ruszyła przed siebie. Wyszli z szeregu żołnierzy, którzy nadal nie zwracali na nich uwagi. Minęli krzyczącego coś dowódcę i samochód stojący z uruchomionym silnikiem. Zerknęła jeszcze raz przez ramię i rzuciła się do ucieczki, ciągnąc Dylana za sobą.
Kruk pojawił się natychmiast. Spadł z nieboskłonu niczym czarna strzała. Wpadł w szał, głośno krakał, latał nad jej głową. Siadł na ramieniu i boleśnie dziobał rękę, którą trzymała dłoń Dylana. Opędzała się od niego, jak mogła, nie przerywając biegu. Dylan posłusznie biegł za nią, choć odwracał głowę w stronę opuszczanego obozu wojskowego.
- Jeszcze trochę, kochany. – ponaglała męża. – Zaraz będziesz bezpieczny... Wrócimy do domu...
Kruk walczył jeszcze jakiś czas, ale kobieta nie dawała za wygraną. W końcu wzbił się wysoko w niebo, z głośnym, przerażającym krakaniem. I w tym momencie rozbłysła jasność, zalewając wszystko wokoło, by w ułamku sekundy przerodzić się w nieprzeniknioną ciemność.
Ocknęła się zawieszona w powietrzu, otoczona pustką koloru ciemnego nieba. Siedziała na krześle, zupełnie naga. Całe ciało oplatały ciężkie łańcuchy. Zerknęła w dół i ujrzała nieprzeniknioną czerń czeluści, nad którą się unosiła. Czuła jak mija czas, ale nie wiedziała czy to ledwie chwila, czy już całe lata. Oszalały umysł podsuwał je różne makabryczne wizje, budziła się i zasypiała na przemian. Śniła koszmary, albo cierpiała na jawie. Wyła, lecz nikt nie odpowiadał, a jej głos milkł utopiony w otchłani. W końcu atramentową ciemność wypełnił oślepiający blask, a potem język ognia spłynął w jej stronę. Trafił w skuwające ją łańcuchy, rozgrzewając je do białości. Spłonęła nim zdążyła krzyknąć.
***
- Nie mogę teraz opuścić Posterunku, muszę się nią zająć – tłumaczył Thomas.
- Kim? – spytał sierżant Meger.
- Jak to kim? Żoną Dylana.
- Przecież Dylan nigdy nie miał żony – zdziwił się sierżant.
Thomas patrzył na niego z kompletnym niezrozumieniem. Chciał mu wszystko wyjaśnić, opowiedzieć o...
- Boże, jak ona miała na imię? – wyszeptał zdumiony, nie mogąc odnaleźć w pamięci ani tego, ani nawet obrazu jej twarzy – Boże...
- Wiesz co, chyba masz rację – uśmiechnął się przyjacielsko Meger. – Lepiej będzie jeśli na razie zostaniesz w Posterunku i odpoczniesz. To była ciężka bitwa.
- Ale przecież... – bełkotał młody żołnierz, już zupełnie nie będąc pewnym tego, co było prawdą, a co nie.
- Jesteś wolny, Harkley, idź się wyspać. – podoficer poklepał go po plecach. Wiedział, że żołnierze to też tylko ludzie i mają prawo źle znosić wspomnienia z walk. I stratę przyjaciół. A odpoczynek jeszcze nikomu nie zaszkodził.
Szczecin, 26.10.2007 rok
Opowiadanie publikowane na Crossroads.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz