
Praktycznie każdemu fanowi literatury fantastycznej, zarówno science fiction, jak i fantasy, znane jest nazwisko Zelezny. Autor ma w swoim dorobku ponad 200 tytułów, z czego kilka pisanych w duetach, jak choćby słynne Deus Irae stworzone wraz z Philipem K. Dickiem. Największą popularność przyniosła mu seria powieści opowiadających o losach Amberu, czyli zaliczane do gatunku urban fantasy cykle Kroniki Corwina i Kroniki Merlina, które już na stałe wpisały się w kanon lektur obowiązkowych każdego miłośnika fantastyki. Na szczęście, Zelazny równie dobrze odnajdywał się w tematyce si-fi i także na tym polu pozostawił po sobie olbrzymi dorobek literacki. Często określa się go mianem przodownika tzw. "Nowej Fali SF". Ten amerykański pisarz wielokrotnie nominowany był do Nagrody Hugo, którą zdobyło aż sześć jego utworów, oraz do Nebuli, którą nagrodzono trzy jego dzieła. Warto w tym miejscu dodać, że ojciec Rogera Zelaznego pochodził z Polski, stąd tak swojsko brzmiące nazwisko.
Powieść Aleja Potępienia powstała w 1967 roku, praktycznie pięć lat po debiucie literackim pisarza i już w 1968 roku została nominowana do nagrody Hugo. Osobiście wcale mnie to wyróżnienie nie dziwi, gdyż Zelazny z rozmachem kreśli w niej barwnym językiem opowieść z równie barwnego świata, choć należy przyznać, że są to raczej szaro-bure kolory. Każdy wielbiciel nurtu postapokaliptycznego doceni jednak tę paletę, gdyż jej tonacje doskonale odmalowują oblicze Ameryki zniszczonej Wielkim Atakiem. Powieść doskonale łączy trzy sprawdzone elementy – ciekawy świat, fabułę z wartką akcją i żywego bohatera. Już sam ten koktajl gwarantuje udaną lekturę.
Świat po Wielkim Ataku
Pięć tysięcy kilometrów radioaktywnej pustyni, smagane huraganowymi wiatrami i ognistymi burzami królestwo mutantów i potworów – śmierć dla wszystkich, którzy odważą się tam zapuścić.
To jest właśnie tytułowa Aleja Potępienia, dzieląca (a może, paradoksalnie wręcz, łącząca) dwa ocalałe skraje Stanów – Państwo Kalifornijskie ze stolicą w Los Angeles i Wspólnotę Bostońską. Nazwa nie została dobrana nad wyrost. Tereny dzielące te dwie enklawy ludzkości to istne piekło. Wypalona do białości pustynia, zniszczone, wymarłe miasta; zardzewiałe wraki samochodów z kościotrupami kierowców uwięzionymi już na wieki w ich wnętrzach, leje po bombach. Obszary o tak wysokim poziomie promieniowania, że lepiej nie zapuszczać się tam nawet na chwilę, nawiedzane przez nieprzewidywalne i groźne huragany, swoiste tory wyścigowe dla setek szalejących tornad. Ziemia potępionej za grzechy i głupotę ludzkości, która kiedyś nie opanowała się we właściwym momencie, zatracona w wyniszczającej wojnie.
Zelazny dokładnie oddaje klimat świata zniszczonego przed wieloma latami w zaledwie trzy dni. Tak, trzy dni wyniszczających ataków, w trakcie których bez opamiętania detonowano bomby atomowe i kobaltowe. Większość ludzkości zginęła, zmienił się klimat, niebo utraciło swój blask, na stałe szarzejąc, okrywając się całunem gęstych chmur i stając się jednym wielkim wirem, domem dla porywistych wiatrów i straszliwych huraganów. Nowy Jork, jak i większość dużych miast to już tylko skażone strefy. Może przetrwały jakieś nieliczne wyspy, Karaiby, Japonia czy Grecja. Ale przekazy radiowe od nich zamilkły już bardzo dawno temu. Tak dawno, że nie warto mieć już żadnej nadziei.
Kiedy poznajemy tę historię dokładniej, dowiadując się, że tej autozagłady dokonała ludzkość, która okiełznała już kosmos, podbiła Księżyc i Marsa, przychodzi smutna refleksja. Autor chyba celowo przez większą część powieści unika moralizatorskiego tonu, jaki nawet pasowałby do tej tematyki. Jednakże kreśli opisy tak ponuro i realistycznie, że sugestywność tych obrazów nie wymaga dodatkowego komentarza. Wraz z głównym bohaterem wędrujemy bezdrożami wyniszczonych Stanów, zaprezentowanymi tak dokładnie, że czytelnik może wręcz śledzić jego drogę z mapą w ręku. Odwiedzać znane z atlasów miejscowości i "patrzeć", w jaką ruinę obróciła je ludzka głupota. Świat z kart powieści jest wyniszczony, okaleczony; natura stała się wrogiem człowieka, nawet człowiek stał się wrogiem człowieka. Ale jednocześnie jest najlepszym świadectwem tego, co może nas spotkać, gdy zapędzimy się za bardzo w szaleństwie niszczenia.
Czytając powieść, odczuwamy ten przygnębiający klimat bardzo realnie. Jednak opisy te nie są ani nachalne, ani nużące. Zelazny dawkuje je z ogromnym wyczuciem, tak, że praktycznie możemy poczuć się, jak wędrowiec. I tak jak on, cieszyć się gdy na moment zawitamy do miejsca, w którym nie grzmią huragany, rosną normalne drzewa i pada zwykły deszcz. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką można wystawić kreacji literackiego świata.
Powieść drogi
Człowiek oddał życie, aby przynieść nam wezwanie o pomoc! Musimy przedostać się jak najszybciej przez kontynent i to teraz. Później nie będzie już po co!
Zelazny kreśli fabułę dwuwątkowo. Z jednej strony prezentuje nam sytuację związaną z Państwem Kalifornijskim i wielką wyprawą ratunkową, a z drugiej codzienność opętanego epidemią Bostonu. Jakimś cudem do Los Angeles dociera kurier z informacją o epidemii szalejącej w enklawie na Północnym-Wschodzie i umierając, prosi o wysłanie pomocy. Kalifornia, będąc w posiadaniu serum mogącego powstrzymać zarazę, decyduje się jak najszybciej dostarczyć go potrzebującym. Cały problem polega na tym, że nie dość iż zadanie musi być wykonane bardzo szybko, to na dodatek jest to swoista misja samobójcza. Bowiem nie przeżył nikt, kto próbował pokonać Aleję Potępienia.
Akcja powieści skupia się głównie na podróży ekspedycji ratunkowej, która musi się w szybkim tempie przedostać przez cały kraj. Śledzimy jej losy od pierwszego zapalenia silników opancerzonych, naszpikowanych technicznymi nowinkami i ciężko uzbrojonych wozów. Towarzyszymy jej podczas zmagań z żywiołem, z ludzkim zmęczeniem, zwątpieniem i strachem. Razem z jej uczestnikami, nerwowo zerkamy na zegary, odliczając nieubłagalnie umykający czas, tak przecież ważny w tej rozgrywce.
Jednocześnie autor ukazuje nam oblicze Bostonu, w którym epidemia zbiera śmiertelne żniwo. Patrzymy na to z okien gabinetu prezydenta miasta, Harbershira. Wraz z nim wsłuchujemy się w złowieszcze bicie dzwonu, który nie milknie oznajmiając ludności stan nadzwyczajny. Czytamy kolejne, z godziny na godzinę coraz bardziej nieaktualne, raporty o stratach ludności, rozbojach, grabieżach i sytuacji powoli wymykającej się spod kontroli. Boston ma małe szanse na przetrwanie. Ale Boston ma też nadzieję, siłę, która broni go od ostatecznego popadnięcia w chaos i dezorganizację. Boston walczy i modli się, wyczekując ratunku z południa.
Można śmiało powiedzieć, że powieść ma nie tylko dwa wątki, ale i dwa oblicza oraz przypisane im dwa tempa narracji. Część stanowiąca swoistą opowieść drogi jest bardzo dynamiczna, pełna niespodziewanych zwrotów akcji i napięcia, związanego z niepewnością tego, co wydarzy się kilometr dalej. Natomiast Boston jest statyczny, obserwujemy, jak powoli umiera. Jednak i tym fragmentom nie brakuje napięcia, z tą różnicą, że jest to bardziej napięcie, jakie towarzyszy nieuchronności tego, co nadchodzi.
Zelazny zręcznie wplata tu wątki dotyczące wielu, pozornie niezwiązanych ze sobą bohaterów – kupca, prezydenta, lekarza i zwykłej, zakochanej dziewczyny. Napisałam pozornie, gdyż tak naprawdę łączy ich motyw epidemii, do której każda postać podchodzi inaczej, ze swojego osobistego punktu widzenia. Kupiec denerwuje się z powodu strat i próbuje się dostosować do szybko zmieniającej sytuacji (genialny motyw z rozpaczą, jaką wywołuje u niego wieść o nakazie kremacji zwłok – kiedy on właśnie zainwestował w trumny). Prezydent nie śpi wraz ze swoim miastem, próbując za wszelką cenę opanować narastającą anarchię. Lekarz również nie śpi, walcząc nie tylko z zarazą ale i z własną słabnącą nadzieją. A dotknięta chorobą Evelyn próbuje do końca być fair wobec swojego ukochanego, nawet kosztem największego poświęcenia. Świetne studium psychologiczne społeczności dotkniętej śmiertelną chorobą, doskonałe kreacje postaci, które staja się "żywymi", z krwi i kości, z charakterem.
Droga przez kraj to czysty dynamizm, walka, adrenalina, śpiewny brzęk amunicji i zupełnie niełatwe wybory. W porównaniu z nią, Boston jest spokojny, ale też pełen cichej grozy, nostalgii i refleksji. Zelazny, niczym wprawny malarz, doskonale dobiera barwy by odmalować te dwa, zupełnie inne obrazy. I czyni to tak wyśmienicie, że czytelnik nie potrafi od nich oderwać oczu.
Tam, do czarta...
Byłem siódmym bachorem w naszej rodzinie i kiedy przyszedłem na świat, akuszerka uniosła mnie w górę i spytała starego, jakie imię dla mnie wybrał, na co zaklął "A, czarta tam"
Kogo można wysłać z tak ważną misją, jaką jest dostarczenie serum Bostonowi? A raczej, kogo można wysłać w tak niebezpieczną misję, której powodzenie jest praktycznie niemożliwe? Można posłać jakichś ochotników, tchniętych altruistycznym zrywem serca. Urodzonych bohaterów, skuszonych dodatkowo olbrzymią nagrodą. Ale można też zwerbować kogoś, kto jest najlepszym kierowcą w tej części Stanów, kto podobno nie ma ni serca ni duszy, za to olbrzymią odwagę i wolę życia. Kogoś, kogo można jednak zmusić by "niósł pomoc". W końcu, któż inny miałby przebyć Aleję Potępienia, jeśli nie sam Czart?
Główny bohater powieści, Czart Tanner, to bezduszny bandzior. Prawdziwy zimny drań, dla którego mało co liczy się w życiu, poza własnym tyłkiem, dobrym motorem, papierosami, alkoholem i kobietami. A przynajmniej takim go poznajemy na początku, bo u Zelaznego nigdy nic nie jest do końca takie, jak się wydaje.
Tanner to były szef motocyklowego gangu, ostatni z Aniołów. W opinii stróżów prawa prawdziwa menta, degenerat i bezduszny morderca. Handlował narkotykami, trudnił się stręczycielstwem, dla zabawy mordował, gwałcił i grabił. Ale tylko on potrafi prowadzić praktycznie wszystko, czym można próbować jeździć. Robił wypady z Los Angeles do Salt Lake City, a niewielu takich nosi ziemia. Dostarczał pocztę aż do Albuquerque, robił trasy do Seattle. Dlatego Rząd Kalifornii nie tylko nie skazuje go na śmierć, ale i wypuszcza z więzienia, obiecując pełna amnestię i dobre wynagrodzenie, jeśli tylko dotrze do Bostonu. Jakby nie patrzeć, jest to dla Czarta pewna alternatywa, mogąca ocalić mu skórę.
Pomimo że Tanner należy do gatunku wyjątkowo wrednych i nieprzyjemnych typów, wprost nie sposób go nie polubić. Zelazny zadbał o to, by postać "ożyła" na kartach powieści, dając jej niecodzienny, twardy charakterek, szczyptę draństwa, sporą dawkę inteligencji, szelmowskiego sprytu i niebywałych wręcz umiejętności prowadzenia. Autor bawi się z czytelnikiem, kilkoma lekkimi, zgrabnymi zdaniami sprawiając, że ten szybko obdarza sympatią Czarta, który potrafił dla zabawy wyłupić komuś oko i terroryzować Kalifornię. U Żelaznego to co czarne miesza się z białym, zaskakująco miast szarości dając fascynującą, barwną kompozycję. A my, czytając, kibicujemy Tannerowi, przeżywając wraz z nim każdy kolejny odcinek śmiertelnie niebezpiecznej podroży. Ale jak na dobrą powieść przystało, nie będzie to tylko podróż przez wyniszczone Stany.
Autor serwuje nam również podróż głównego bohatera, od tego kim jest do tego, kim może być lub raczej, tym kim też jest. Taką bardzo osobistą wędrówkę, którą prędzej czy później musi odbyć każdy człowiek. Jak skończą się obie te eskapady? Kogo można spotkać po drodze? Co będzie kresem? Tego wam już nie zdradzę, abyście mogli czerpać pełną satysfakcję z szalonego rajdu przez radioaktywną pustynię mając Czarta za kompana.
Na zakończenie słów parę
W teatrze Agonii, na deskach Delirium, w rozświetlanej błyskawicami scenerii Nocy i Snu...
Aleja Potępienia to klasa sama w sobie. Powieść wielowątkowa, napisana lekkim językiem, którym autor sprawnie przedstawił bardzo ciężki świat. Doskonała kreacja postapokaliptyczna, w której każdy fan gatunku odnajdzie coś dla siebie: wyniszczone bezdroża, pustynię, motocyklowe gangi, zrujnowane miasta, kratery po bombach, nieustanne terkotanie broni automatycznej, mutantów, dzikie bestie, a nawet kaznodzieję. Kawałek dobrej prozy, spisany tak, iż miejscami ociera się o poezję. Nie zawiodą się też ci czytelnicy, którzy pragną nie tylko wartkiej akcji, ale i odrobiny refleksji. Zelazny to jeden z nielicznych autorów, który potrafi w tak prosty i barwny sposób prowadzić narrację, jednocześnie zostawiając sobie miejsce dla praktycznie poetyckich fragmentów i filozoficznych refleksji na temat tego, co potrafi uczynić ludzkość.
Aleja Potępienia to doskonałe danie, idealnie doprawione szczyptą przypraw. Przypraw, które są znanymi i sprawdzonymi motywami literackimi, lecz skomponowanymi z takim wyczuciem, iż tworzą niepowtarzalną, wyszukaną kompozycję smakową. Zelazny serwuje nam to, co najlepsze, sprawiając że nie sposób oderwać się od konsumpcji, a po lekturze czytelnik jeszcze długo czuje się w pełni nasycony. Ja zaś ze wstydem muszę przyznać, że pałaszowałam to danie łapczywie i pospiesznie lecz co do kęsa, bo śmiało można powiedzieć, że mój apetyt rósł z każdą stroną powieści.
Powieść Aleja Potępienia powstała w 1967 roku, praktycznie pięć lat po debiucie literackim pisarza i już w 1968 roku została nominowana do nagrody Hugo. Osobiście wcale mnie to wyróżnienie nie dziwi, gdyż Zelazny z rozmachem kreśli w niej barwnym językiem opowieść z równie barwnego świata, choć należy przyznać, że są to raczej szaro-bure kolory. Każdy wielbiciel nurtu postapokaliptycznego doceni jednak tę paletę, gdyż jej tonacje doskonale odmalowują oblicze Ameryki zniszczonej Wielkim Atakiem. Powieść doskonale łączy trzy sprawdzone elementy – ciekawy świat, fabułę z wartką akcją i żywego bohatera. Już sam ten koktajl gwarantuje udaną lekturę.
Świat po Wielkim Ataku
Pięć tysięcy kilometrów radioaktywnej pustyni, smagane huraganowymi wiatrami i ognistymi burzami królestwo mutantów i potworów – śmierć dla wszystkich, którzy odważą się tam zapuścić.
To jest właśnie tytułowa Aleja Potępienia, dzieląca (a może, paradoksalnie wręcz, łącząca) dwa ocalałe skraje Stanów – Państwo Kalifornijskie ze stolicą w Los Angeles i Wspólnotę Bostońską. Nazwa nie została dobrana nad wyrost. Tereny dzielące te dwie enklawy ludzkości to istne piekło. Wypalona do białości pustynia, zniszczone, wymarłe miasta; zardzewiałe wraki samochodów z kościotrupami kierowców uwięzionymi już na wieki w ich wnętrzach, leje po bombach. Obszary o tak wysokim poziomie promieniowania, że lepiej nie zapuszczać się tam nawet na chwilę, nawiedzane przez nieprzewidywalne i groźne huragany, swoiste tory wyścigowe dla setek szalejących tornad. Ziemia potępionej za grzechy i głupotę ludzkości, która kiedyś nie opanowała się we właściwym momencie, zatracona w wyniszczającej wojnie.
Zelazny dokładnie oddaje klimat świata zniszczonego przed wieloma latami w zaledwie trzy dni. Tak, trzy dni wyniszczających ataków, w trakcie których bez opamiętania detonowano bomby atomowe i kobaltowe. Większość ludzkości zginęła, zmienił się klimat, niebo utraciło swój blask, na stałe szarzejąc, okrywając się całunem gęstych chmur i stając się jednym wielkim wirem, domem dla porywistych wiatrów i straszliwych huraganów. Nowy Jork, jak i większość dużych miast to już tylko skażone strefy. Może przetrwały jakieś nieliczne wyspy, Karaiby, Japonia czy Grecja. Ale przekazy radiowe od nich zamilkły już bardzo dawno temu. Tak dawno, że nie warto mieć już żadnej nadziei.
Kiedy poznajemy tę historię dokładniej, dowiadując się, że tej autozagłady dokonała ludzkość, która okiełznała już kosmos, podbiła Księżyc i Marsa, przychodzi smutna refleksja. Autor chyba celowo przez większą część powieści unika moralizatorskiego tonu, jaki nawet pasowałby do tej tematyki. Jednakże kreśli opisy tak ponuro i realistycznie, że sugestywność tych obrazów nie wymaga dodatkowego komentarza. Wraz z głównym bohaterem wędrujemy bezdrożami wyniszczonych Stanów, zaprezentowanymi tak dokładnie, że czytelnik może wręcz śledzić jego drogę z mapą w ręku. Odwiedzać znane z atlasów miejscowości i "patrzeć", w jaką ruinę obróciła je ludzka głupota. Świat z kart powieści jest wyniszczony, okaleczony; natura stała się wrogiem człowieka, nawet człowiek stał się wrogiem człowieka. Ale jednocześnie jest najlepszym świadectwem tego, co może nas spotkać, gdy zapędzimy się za bardzo w szaleństwie niszczenia.
Czytając powieść, odczuwamy ten przygnębiający klimat bardzo realnie. Jednak opisy te nie są ani nachalne, ani nużące. Zelazny dawkuje je z ogromnym wyczuciem, tak, że praktycznie możemy poczuć się, jak wędrowiec. I tak jak on, cieszyć się gdy na moment zawitamy do miejsca, w którym nie grzmią huragany, rosną normalne drzewa i pada zwykły deszcz. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką można wystawić kreacji literackiego świata.
Powieść drogi
Człowiek oddał życie, aby przynieść nam wezwanie o pomoc! Musimy przedostać się jak najszybciej przez kontynent i to teraz. Później nie będzie już po co!
Zelazny kreśli fabułę dwuwątkowo. Z jednej strony prezentuje nam sytuację związaną z Państwem Kalifornijskim i wielką wyprawą ratunkową, a z drugiej codzienność opętanego epidemią Bostonu. Jakimś cudem do Los Angeles dociera kurier z informacją o epidemii szalejącej w enklawie na Północnym-Wschodzie i umierając, prosi o wysłanie pomocy. Kalifornia, będąc w posiadaniu serum mogącego powstrzymać zarazę, decyduje się jak najszybciej dostarczyć go potrzebującym. Cały problem polega na tym, że nie dość iż zadanie musi być wykonane bardzo szybko, to na dodatek jest to swoista misja samobójcza. Bowiem nie przeżył nikt, kto próbował pokonać Aleję Potępienia.
Akcja powieści skupia się głównie na podróży ekspedycji ratunkowej, która musi się w szybkim tempie przedostać przez cały kraj. Śledzimy jej losy od pierwszego zapalenia silników opancerzonych, naszpikowanych technicznymi nowinkami i ciężko uzbrojonych wozów. Towarzyszymy jej podczas zmagań z żywiołem, z ludzkim zmęczeniem, zwątpieniem i strachem. Razem z jej uczestnikami, nerwowo zerkamy na zegary, odliczając nieubłagalnie umykający czas, tak przecież ważny w tej rozgrywce.
Jednocześnie autor ukazuje nam oblicze Bostonu, w którym epidemia zbiera śmiertelne żniwo. Patrzymy na to z okien gabinetu prezydenta miasta, Harbershira. Wraz z nim wsłuchujemy się w złowieszcze bicie dzwonu, który nie milknie oznajmiając ludności stan nadzwyczajny. Czytamy kolejne, z godziny na godzinę coraz bardziej nieaktualne, raporty o stratach ludności, rozbojach, grabieżach i sytuacji powoli wymykającej się spod kontroli. Boston ma małe szanse na przetrwanie. Ale Boston ma też nadzieję, siłę, która broni go od ostatecznego popadnięcia w chaos i dezorganizację. Boston walczy i modli się, wyczekując ratunku z południa.
Można śmiało powiedzieć, że powieść ma nie tylko dwa wątki, ale i dwa oblicza oraz przypisane im dwa tempa narracji. Część stanowiąca swoistą opowieść drogi jest bardzo dynamiczna, pełna niespodziewanych zwrotów akcji i napięcia, związanego z niepewnością tego, co wydarzy się kilometr dalej. Natomiast Boston jest statyczny, obserwujemy, jak powoli umiera. Jednak i tym fragmentom nie brakuje napięcia, z tą różnicą, że jest to bardziej napięcie, jakie towarzyszy nieuchronności tego, co nadchodzi.
Zelazny zręcznie wplata tu wątki dotyczące wielu, pozornie niezwiązanych ze sobą bohaterów – kupca, prezydenta, lekarza i zwykłej, zakochanej dziewczyny. Napisałam pozornie, gdyż tak naprawdę łączy ich motyw epidemii, do której każda postać podchodzi inaczej, ze swojego osobistego punktu widzenia. Kupiec denerwuje się z powodu strat i próbuje się dostosować do szybko zmieniającej sytuacji (genialny motyw z rozpaczą, jaką wywołuje u niego wieść o nakazie kremacji zwłok – kiedy on właśnie zainwestował w trumny). Prezydent nie śpi wraz ze swoim miastem, próbując za wszelką cenę opanować narastającą anarchię. Lekarz również nie śpi, walcząc nie tylko z zarazą ale i z własną słabnącą nadzieją. A dotknięta chorobą Evelyn próbuje do końca być fair wobec swojego ukochanego, nawet kosztem największego poświęcenia. Świetne studium psychologiczne społeczności dotkniętej śmiertelną chorobą, doskonałe kreacje postaci, które staja się "żywymi", z krwi i kości, z charakterem.
Droga przez kraj to czysty dynamizm, walka, adrenalina, śpiewny brzęk amunicji i zupełnie niełatwe wybory. W porównaniu z nią, Boston jest spokojny, ale też pełen cichej grozy, nostalgii i refleksji. Zelazny, niczym wprawny malarz, doskonale dobiera barwy by odmalować te dwa, zupełnie inne obrazy. I czyni to tak wyśmienicie, że czytelnik nie potrafi od nich oderwać oczu.
Tam, do czarta...
Byłem siódmym bachorem w naszej rodzinie i kiedy przyszedłem na świat, akuszerka uniosła mnie w górę i spytała starego, jakie imię dla mnie wybrał, na co zaklął "A, czarta tam"
Kogo można wysłać z tak ważną misją, jaką jest dostarczenie serum Bostonowi? A raczej, kogo można wysłać w tak niebezpieczną misję, której powodzenie jest praktycznie niemożliwe? Można posłać jakichś ochotników, tchniętych altruistycznym zrywem serca. Urodzonych bohaterów, skuszonych dodatkowo olbrzymią nagrodą. Ale można też zwerbować kogoś, kto jest najlepszym kierowcą w tej części Stanów, kto podobno nie ma ni serca ni duszy, za to olbrzymią odwagę i wolę życia. Kogoś, kogo można jednak zmusić by "niósł pomoc". W końcu, któż inny miałby przebyć Aleję Potępienia, jeśli nie sam Czart?
Główny bohater powieści, Czart Tanner, to bezduszny bandzior. Prawdziwy zimny drań, dla którego mało co liczy się w życiu, poza własnym tyłkiem, dobrym motorem, papierosami, alkoholem i kobietami. A przynajmniej takim go poznajemy na początku, bo u Zelaznego nigdy nic nie jest do końca takie, jak się wydaje.
Tanner to były szef motocyklowego gangu, ostatni z Aniołów. W opinii stróżów prawa prawdziwa menta, degenerat i bezduszny morderca. Handlował narkotykami, trudnił się stręczycielstwem, dla zabawy mordował, gwałcił i grabił. Ale tylko on potrafi prowadzić praktycznie wszystko, czym można próbować jeździć. Robił wypady z Los Angeles do Salt Lake City, a niewielu takich nosi ziemia. Dostarczał pocztę aż do Albuquerque, robił trasy do Seattle. Dlatego Rząd Kalifornii nie tylko nie skazuje go na śmierć, ale i wypuszcza z więzienia, obiecując pełna amnestię i dobre wynagrodzenie, jeśli tylko dotrze do Bostonu. Jakby nie patrzeć, jest to dla Czarta pewna alternatywa, mogąca ocalić mu skórę.
Pomimo że Tanner należy do gatunku wyjątkowo wrednych i nieprzyjemnych typów, wprost nie sposób go nie polubić. Zelazny zadbał o to, by postać "ożyła" na kartach powieści, dając jej niecodzienny, twardy charakterek, szczyptę draństwa, sporą dawkę inteligencji, szelmowskiego sprytu i niebywałych wręcz umiejętności prowadzenia. Autor bawi się z czytelnikiem, kilkoma lekkimi, zgrabnymi zdaniami sprawiając, że ten szybko obdarza sympatią Czarta, który potrafił dla zabawy wyłupić komuś oko i terroryzować Kalifornię. U Żelaznego to co czarne miesza się z białym, zaskakująco miast szarości dając fascynującą, barwną kompozycję. A my, czytając, kibicujemy Tannerowi, przeżywając wraz z nim każdy kolejny odcinek śmiertelnie niebezpiecznej podroży. Ale jak na dobrą powieść przystało, nie będzie to tylko podróż przez wyniszczone Stany.
Autor serwuje nam również podróż głównego bohatera, od tego kim jest do tego, kim może być lub raczej, tym kim też jest. Taką bardzo osobistą wędrówkę, którą prędzej czy później musi odbyć każdy człowiek. Jak skończą się obie te eskapady? Kogo można spotkać po drodze? Co będzie kresem? Tego wam już nie zdradzę, abyście mogli czerpać pełną satysfakcję z szalonego rajdu przez radioaktywną pustynię mając Czarta za kompana.
Na zakończenie słów parę
W teatrze Agonii, na deskach Delirium, w rozświetlanej błyskawicami scenerii Nocy i Snu...
Aleja Potępienia to klasa sama w sobie. Powieść wielowątkowa, napisana lekkim językiem, którym autor sprawnie przedstawił bardzo ciężki świat. Doskonała kreacja postapokaliptyczna, w której każdy fan gatunku odnajdzie coś dla siebie: wyniszczone bezdroża, pustynię, motocyklowe gangi, zrujnowane miasta, kratery po bombach, nieustanne terkotanie broni automatycznej, mutantów, dzikie bestie, a nawet kaznodzieję. Kawałek dobrej prozy, spisany tak, iż miejscami ociera się o poezję. Nie zawiodą się też ci czytelnicy, którzy pragną nie tylko wartkiej akcji, ale i odrobiny refleksji. Zelazny to jeden z nielicznych autorów, który potrafi w tak prosty i barwny sposób prowadzić narrację, jednocześnie zostawiając sobie miejsce dla praktycznie poetyckich fragmentów i filozoficznych refleksji na temat tego, co potrafi uczynić ludzkość.
Aleja Potępienia to doskonałe danie, idealnie doprawione szczyptą przypraw. Przypraw, które są znanymi i sprawdzonymi motywami literackimi, lecz skomponowanymi z takim wyczuciem, iż tworzą niepowtarzalną, wyszukaną kompozycję smakową. Zelazny serwuje nam to, co najlepsze, sprawiając że nie sposób oderwać się od konsumpcji, a po lekturze czytelnik jeszcze długo czuje się w pełni nasycony. Ja zaś ze wstydem muszę przyznać, że pałaszowałam to danie łapczywie i pospiesznie lecz co do kęsa, bo śmiało można powiedzieć, że mój apetyt rósł z każdą stroną powieści.
15.09.2008, Szczecin
Publikowane wczesniej na Crossroads.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz