poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Opowiastka o armacie i wróblu

Armata. Odlana z żeliwa, ciężka i masywna. Kolumbryna, co wrogów siłą swego ognia zmiata z powierzchni ziemi. Doskonała do rozwalania twierdz, kruszenia murów, wyrywania szerokich fragmentów wrogich oddziałów. Jednym słowem - przydatne urządzenie.

Za siedmioma rzekami, za siedmioma górami, pośród pięknych łąk, stała twierdza. Wzniesiona wysoko, rękami wielu lat doświadczenia, scementowana trudem życia, ochrzczona bólem porażek i radością sukcesów. Unikatowa, ale na swój sposób podobna milionom innych twierdz, którym również przyszło żyć w tych czasach.

Choć ogromna, twierdza miała tylko jednego mieszkańca. Licha to załoga, pomyślicie sobie. A jednak była to załoga wystarczająca, by twierdza mogła normalnie funkcjonować: żyć, planować, rozwijać się, marzyć, przeklinać, złościć się i cieszyć. Lokator jednak ciągle czuł, że kogoś mu w twierdzy brakuje.

Z okna na najwyższej wieży wypatrzył wędrującego traktem samotnego jeźdźca. Zaprosił go na ucztę i odkrył, że jego kompania jest mu niezmiernie miła. Niestety, wędrowiec nie przyjął gościny na dłużej. Wolał sypiać pod gołym niebem, nieskrępowanie podróżując przez życie. A lokator tak go umiłował, że akceptował potrzebę tych wędrówek. Do szczęścia wystarczały mu te krótkie dni, gdy samotny jeździec przestawał być na chwilę samotny i na moment odwiedzał lokatora w jego twierdzy. Jej bramy zawsze były dla jeźdźca otwarte. A korytarze i komnaty nie kryły przed nim żadnych sekretów.

Jednak te krótkie wizyty sprawiły, że lokatorowi coraz bardziej doskwierała samotność, gdy jeździec znikał na swoje wyprawy. Lokator zrozumiał, że potrzebuje kogoś, kto zamieszkałby w twierdzy na stałe razem z nim. Kogoś, kto był na to gotowy. Przyjął więc gościa, oddał mu najlepsze komnaty i latami starał się być najwspanialszym gospodarzem. Niestety to, co dało mu początkową radość, z biegiem czasu okazało się przynosić wiele smutków. Gość nie dbał o zajmowane pokoje, wszędzie zostawiał bałagan i ciągle wymagał, aby tylko lokator troszczył się o twierdzę. Ta zaś zaczęła podupadać. Nie było dnia, żeby lokator nie tęsknił za tym co miał dawniej – za krótkimi, acz szczęśliwymi wizytami jeźdźca. Niestety, ten wywędrował w tak odległe krainy, iż lokator stracił już nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci do niego nieodmieniony swą podróżą. Tymczasem podczas pewnej wiosennej burzy osłabione mury nie wytrzymały kolejnych krzyków gościa. Twierdza obróciła się w ruinę, gość odszedł, a załamany lokator został sam.

Lokator postanowił, ze już nigdy nie pozwoli nikomu zamieszkać w swojej twierdzy. Opróżnił z mebli i zamknął wszystkie gościnne komnaty. Poza tą jedną, w której zazwyczaj sypiał samotny jeździec. Bo wracał on nadal czasem w progi twierdzy, choć lokatorowi było wstyd, że nie może go ugościć wśród pięknych murów.

I tak lokator żył samotnie w swojej twierdzy. Zasypiał we własnej komacie, lecz nad ranem odkrywał, że budzi się skulony i zmarznięty pod drzwiami pustej komnaty, wiecznie oczekującej wizyty jeźdźca. Wtedy lokator zrozumiał bardzo wiele. Przy najbliższej okazji podjął jeźdźca wystawną ucztą, na tyle wystawna, na ile to było możliwe w zrujnowanej twierdzy. I zaproponował, by jeździec zechciał już na dłużej zostać. Namawiał, by zrezygnował ze swoich podróży. Niestety, prosił o zbyt dużo. Jeździec spakował swoje tobołki, wsiadł a konia i odjechał. Lokator nie miał nawet sił zamknąć za nim bramy.

Dni mijały. Lokator wyglądał wieści z dalekich krain, lecz te nie nadchodziły. Czasem dotarły jakieś suche słowa, trywialne pozdrowienia. Wtedy gospodarz zapragnął odnowić twierdzę. Pobielił ściany, zatknął nowe proporce. Na nic się to jednak zdało – mury zbytnio popękały. Trapiony ciszą i olbrzymim dystansem, jaki dzielił go od jeźdźca, lokator ostatecznie utracił optymizm. W końcu pojął, że nawet osobie tak ważnej, jak jeździec, nie wolno skazywać go na takie katusze.

I wtedy na łące pod twierdzą zamajaczyła jakaś postać, tylko odrobinę już przypominająca samotnego jeźdźca. Z oddali krzyknęła słowa, które lokator, trawiony miesiącami strachu, wziął za atak – wzbiły się w powietrze niczym olbrzymi smok, rozwarły gadzią paszcze i gotowe były spopielić lokatora żywcem. Nie myśląc wiele, skoczył na ostatnie z ocalałych murów, przytknął żagiew do lontu i odpalił z największej armaty, jaką posiadał, nie bacząc na to, że gotów uszkodzić tym resztki murów. I dopiero, gdy huk wystrzału przeminął, a dym rozwiał się, lokator dostrzegł, że z ust jeźdźca nie smok, a maleńka ptaszyna wyfrunęła. Ale wtedy było już za późno.

Lokator zamarł, pewien, że zaraz jego twierdza rozpadnie się od tak dużego wstrząsu. A serce pęknie z bólu. Lecz nic takiego się nie stało. Zaskoczony, uśmiechnął się.

Mądrość ludowa powiada, że nie ma potrzeby strzelać z armaty do wróbla. Życie jednak dowodzi, że czasem człowiek po prostu nie wierzy już w moc procy. I musi strzelić raz a porządnie, by nie zginać w paszczy smoka, choćby smok ten złożony był li tylko z tysiąca wróbli i nawet nie istniał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz