Rzadko mi się trafia wolna niedziela. A jak już jest, to staje się najbardziej pracowitym dniem w tygodniu :P Fenomen tego zjawiska jest całkiem odarty z wszelkiej magii, co może mnie martwić tym bardziej. Jakby był magiczny, to byłoby bardziej tajemniczo, intrygująco i ciekawie. A to, jak wiemy, dobrze robi kobiecie. Niestety, tu klapa. Wolna niedziela umiera zazwyczaj przygnieciona nawałem spraw do załatwienia i rzeczy do zrobienia, na które nie było czasu w tygodniu. Zbiera się tego tyle, że utworzona w ten sposób kompania po prostu zmiata z powierzchni ziemi lichego przeciwnika. Ale ja wiem, że Niedziela się łatwo nie poddaje. Może przegrywać bitwy, ale w końcu wygra wojnę. Wycofuje się, chowa po okopach, a kiedyś uderzy z zaskoczenia, atakując swoją niedzielnością wszystkie ważne sprawy i rzeczy nawet w środku tygodnia. To będzie wielka, walna bitwa, kończąca tę wojnę. Potomni nazwą ją potem: urlop. Triumf niedzielności.
Nic, tylko czekać na tę ostatnią bitwę. Tymczasem, Niedzielo - won do okopów!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz