środa, 29 lipca 2009

Re-aktywacja

Sporo wody upłynęło, odkąd tu ostatnio zaglądałam. Nie miałam czasu,  ale i ochoty - wolne chwile wolałam poświęcić na typowy ludziom odpoczynek (w pozycji z brzuchem do góry). Dziś zaś można oficjalnie uznać, że cały ten zaganiany okres już za mną. Dyplom w kieszeni, zostało do załatwienia tylko kilka spraw z uczelnią (ale to akurat już nic nie znaczy). 

Praktycznie cały lipiec to mój zasłużony urlop. Ale za to jaki! ;)

Zaczęłam od cudownego, błogo leniuszkowego pobytu na Mazurach. Widoki jakoś mnie nie urzekły, bo pośród miejskich zabudowań próźno szukać urody tej krainy. Na szczęście, posiłkowałam się wspomnieniami uroczych nadbiebrzańskich plenerów, zapobiegliwie wyniesionymi z dzieciństwa (w mysl zasady: nigdy nie wiesz, do czego to się przyda). Jednak brak zachwycających pejzaży nie był nawet drobniutkim problemem, bo o dobrą atmosferę urlopu dbało całe stado świetnych ludzi. W ich towarzystwie można wypocząć pewnie nawet w środku wielkiego miasta :) Tzw. "pozytywna banda wariatów", ale praktycznie w większości oswojonych już lata temu. Urlop zaś był jedynie okazją do tego, by znów spędzić w ich towarzystwie trochę czasu.

Wspólnymi siłami, ratując się zastrzykami procentowej energii (popołudniowe piwko nie usypia - ono stawia na nogi), dokonaliśmy wielkich czynów: zwiedziliśmy cały Ryn (z obowiązkowym plażowym lenistwem), podbiliśmy twierdzę w Giżycku, zleźliśmy w deszczu Wilczy Szaniec (bez Hitlera, Adolf znalazł się później...). Biegalismy w dziwacznych kapeluszach po miasteczku Mrongoville (Mrągowski przepis na własną, rdzenną hamerykańską osadę), poskakaliśmy po znanym z Mazurskich Nocy Kabaretowych amfiteatrze, ślizgaliśmy się na zalanym deszczem pokładzie rejsowego stateczku podczas ekspady przez Śniardwy i z typową turystom radochą złaziliśmy Mikołajki. Było jeszcze zwiedzanie Galindii (o tym więcej przy innej okazji), czyli szalonej rezydencji fana Galów i życia zgodnie z naturą, i wizyta w skansenie w oborze w Owczarni, a także obowiązkowe wizyty w Lewiatanie (sprzedawczynie nas polubiły :P). 

Na dobrą sprawę, mogliśmy tak zwiedzać każdy zakątek Polski - bo o tym, że urlop był rewelacyjny, zadecydowała wesoła kompania :) Nikt tak nie motywuje do zwiedzania, jak kobieta w ciąży. Skąd ona brała tyle energii?! :P

Po mazurskich podbojach ruszyłam aż za Wrocław, do miejscowości o tak dziwacznej nazwie, że łatwiej jest mówić "kilka kilometrów od Jawora". Tu czekała już inna ekpia, ale zabawa była równie przednia. Obeszło się nawet bez zwiedzania ;) Erpegowe wyjazdy mają to do siebie, że zwiedza się "okolice przedstawiane przez MG", co w zupełności wystarcza :)

Uff, teraz koniec pisania i koniec radosnego leniuchowania. 

piątek, 29 maja 2009

Ślepy Amor

Czemuś przewrotna Fortuno,
posłała ślepego Amora?
Co strzałą godził w me serce,
lecz jego ustrzelić nie zdołał?

Bo jemu strzała posłana
nie moje nosiła imię.
I z tego prostego powodu
umarłam, choć wciąż żyję.

2007

Nagość na sprzedaż

Tytuł posta jest oczywiście zupełnie roboczy. Taka wypadkowa refleksji na temat obnażania się we wpisach na blogu, a szacunkiem do samego siebie. Wychodzi na to, że wektor powstałej w ten sposób siły pcha moje poczynania nadal do przodu (co widać, bo dalej piszę na blogu). Skoro owego bloga już mam, to zrobię z niego "naturalne rozszerzenie szuflady".

Drżyjcie ;P oznacza to zapowiedź rychłego pojawiania się coraz gorszych (bądź gorszących) przykładów grafomanii mojej, zrodzonej z namiętnej miłości do klepania palcem w kawiaturę. Tak oto, z niezdrowym entuzjazmem (typowym stanom maniakalno-depresyjnym zwanym również "autora potrzebą wyrażenia siebie i nasikania na świat wokół") zaczynam dziś  cykl "Palcem w chmurach", pseudo-liryczną partnerkę działu "Opowiastki". Oby z tego związku nie było dzieci...

P.S. Tekstów zamieszczanych w wyżej wymienionych działach autorka zdecydowanie nie radzi traktować poważnie. To jedynie wynik zabawy, jaką jest pisanie. Osobom chętnym do zignorowania tej uwagi, autorka radzi zająć się też innymi, wielkimi problemami świata - po co marnować czas na bycie szczęśliwym?

niedziela, 24 maja 2009

Błyskawiczny sposób na dobry humor

Niedzielne, pochmurne popołudnie. W planach - dalsza praca nad magisterką. Reasumując - wyjątkowo zły dzień. Dlatego zafundowałam sobie błyskawiczny sposób na dobry humor, który wszystkim serdecznie polecam.

Przepis na Dobry Humor

Składniki:

- kilka garstek świeżutkich, pachnących,  czerwoniutkich truskawek

- dwie łyżeczki cukru

- odrobina 18% słodkiej śmietanki 

- odrobina entuzjazmu i dobrych wspomnień

Przygotowanie:

Truskaweczki (ale już te krajowe - pachnące i smakujące jak truskawki, a nie jak napompowany styropian) myjemy, oddzielamy zielone od czerwonego (w sensie - zielsko do śmietnika, truskaweczki do miseczki). Z entuzjazmem i pozytywnym nastawieniem wizualizujemy sobie wyśmienity smak truskawek (UWAGA! Podjadanie podczas przygotowywania owoców może skutkować brakiem składników istotnych do zrobienia deseru). Owoce kroimy na kawałki (wielkośc wedle upodobań), zasypujemy cukrem, mieszamy i zostawiamy na chwilkę. W wyniku romansu truskawek z cukrem otrzymujemy pyszny soczek.  Im go więcej, tym lepiej - bo za moment dolewamy doń słodką śmietankę i otrzymujemy przepyszny deser.

Prosty, szybki i przyjemny. Pewnie kaloryczny jak diabli, ale kto by liczył kalorie, gdy w grę wchodzi dobry humor? Pachnie latem, słońcem i radością. W smaku wyczuwalne nuty beztroskiego dzieciństwa i wakacji spędzanych na Mazurach, które były doskonałą okazją do siedzenia w zagonie truskawek i pałaszowania (UWAGA: samak dzieciństwa może być inny, w zależności od osoby jedzącej :P ).

Smacznego, ja wracam do walki z hipotezami badawczymi :)

sobota, 23 maja 2009

Brutalne powody długiego nic-nie-pisania

Aby w pełni zrozumieć instytucję, z którą przyszło mi teraz walczyć, należy najpierw wyobrazić sobie następującą scenkę.

Student właśnie pokonał pół miasta w zatłoczonym autobusie. Jest maj, ciepło jak diabli, a nie wszyscy współpasażerowie pamiętali o higienicznym trybie życia. Czort z tym. Student potrzebuje jednego małego zaswiadczenia, inaczej uwali sobie kilka ważnych spraw w życiu. A jak to w życiu bywa, dowiedział się o tym za późno i ma tylko ten jeden dzień na działanie. Zerka na zegarek - 12:40. Zerka na kartkę na drzwiach dziekanatu - "czynne do 13:30". Oddycha z ulgą (oczywiście przedwcześnie), naciska klamkę i wchodzi. Zamiast odpowiedzi na swoje grzeczne dzień dobry, słyszy: "Przykro nam, już nieczynne. To znaczy czynne,  ale komputery już wyłączone i nie pracujemy". 

Komputer, rzecz święta - raz wyłączonego nie można denerwować kolejną pobudką. Zaświadczeń odręcznie pisanych nie wydają, bo "ależ bez przesady, mamy już epokę komputerów"... Poza "proszę przyjść w poniedziałek" nie miały już nic ciekawego do powiedzenia te strasznie zapracowane panie w dziekanacie. By je wszystkie... same dobre rzeczy w życiu spotkały (ostatnio walczę ze złorzecznictwem, dlatego zostaje mi życzyć ludziom samych dobrych rzeczy i ogólnego szczęścia - przy założeniu, że to Polacy, więc od ogólnego dobrobytu, prędzej czy później, i tak szlag ich trafi).

Teraz nie powinno nikogo dziwić, że zmuszona jestem przebudować, a co bliższe prawdy, napisać od nowa 3/4 magisterki, która jeszcze miesiąc wstecz była "bardzo dobrze, hipotezy ok, merytoryka do przodu. Tylko zrobić badania". Informacja o tym, że przełożona promotora będzie jednocześnie recenzentką wystarczyła, aby praca zyskała status "no, to cała metodologia od nowa - według Sztumskiego ma być, kto się zgodził na inną?! I proszę się pospieszyć, trzeba jeszcze zrobić badania."

No to się spieszę. Może to z tego pośpiechu jeszcze mnie szlag nie trafił - ot, nie zdążył dogonić po prostu. Jak dogoni, to nie chciałabym być obok siebie. Zachciało się, #*^%#%*&, studiować...