wtorek, 6 kwietnia 2010

Aleja Potępienia – Roger Zelazny


Praktycznie każdemu fanowi literatury fantastycznej, zarówno science fiction, jak i fantasy, znane jest nazwisko Zelezny. Autor ma w swoim dorobku ponad 200 tytułów, z czego kilka pisanych w duetach, jak choćby słynne Deus Irae stworzone wraz z Philipem K. Dickiem. Największą popularność przyniosła mu seria powieści opowiadających o losach Amberu, czyli zaliczane do gatunku urban fantasy cykle Kroniki Corwina i Kroniki Merlina, które już na stałe wpisały się w kanon lektur obowiązkowych każdego miłośnika fantastyki. Na szczęście, Zelazny równie dobrze odnajdywał się w tematyce si-fi i także na tym polu pozostawił po sobie olbrzymi dorobek literacki. Często określa się go mianem przodownika tzw. "Nowej Fali SF". Ten amerykański pisarz wielokrotnie nominowany był do Nagrody Hugo, którą zdobyło aż sześć jego utworów, oraz do Nebuli, którą nagrodzono trzy jego dzieła. Warto w tym miejscu dodać, że ojciec Rogera Zelaznego pochodził z Polski, stąd tak swojsko brzmiące nazwisko. 

Powieść Aleja Potępienia powstała w 1967 roku, praktycznie pięć lat po debiucie literackim pisarza i już w 1968 roku została nominowana do nagrody Hugo. Osobiście wcale mnie to wyróżnienie nie dziwi, gdyż Zelazny z rozmachem kreśli w niej barwnym językiem opowieść z równie barwnego świata, choć należy przyznać, że są to raczej szaro-bure kolory. Każdy wielbiciel nurtu postapokaliptycznego doceni jednak tę paletę, gdyż jej tonacje doskonale odmalowują oblicze Ameryki zniszczonej Wielkim Atakiem. Powieść doskonale łączy trzy sprawdzone elementy – ciekawy świat, fabułę z wartką akcją i żywego bohatera. Już sam ten koktajl gwarantuje udaną lekturę.

Świat po Wielkim Ataku
Pięć tysięcy kilometrów radioaktywnej pustyni, smagane huraganowymi wiatrami i ognistymi burzami królestwo mutantów i potworów – śmierć dla wszystkich, którzy odważą się tam zapuścić.

To jest właśnie tytułowa Aleja Potępienia, dzieląca (a może, paradoksalnie wręcz, łącząca) dwa ocalałe skraje Stanów – Państwo Kalifornijskie ze stolicą w Los Angeles i Wspólnotę Bostońską. Nazwa nie została dobrana nad wyrost. Tereny dzielące te dwie enklawy ludzkości to istne piekło. Wypalona do białości pustynia, zniszczone, wymarłe miasta; zardzewiałe wraki samochodów z kościotrupami kierowców uwięzionymi już na wieki w ich wnętrzach, leje po bombach. Obszary o tak wysokim poziomie promieniowania, że lepiej nie zapuszczać się tam nawet na chwilę, nawiedzane przez nieprzewidywalne i groźne huragany, swoiste tory wyścigowe dla setek szalejących tornad. Ziemia potępionej za grzechy i głupotę ludzkości, która kiedyś nie opanowała się we właściwym momencie, zatracona w wyniszczającej wojnie. 

Zelazny dokładnie oddaje klimat świata zniszczonego przed wieloma latami w zaledwie trzy dni. Tak, trzy dni wyniszczających ataków, w trakcie których bez opamiętania detonowano bomby atomowe i kobaltowe. Większość ludzkości zginęła, zmienił się klimat, niebo utraciło swój blask, na stałe szarzejąc, okrywając się całunem gęstych chmur i stając się jednym wielkim wirem, domem dla porywistych wiatrów i straszliwych huraganów. Nowy Jork, jak i większość dużych miast to już tylko skażone strefy. Może przetrwały jakieś nieliczne wyspy, Karaiby, Japonia czy Grecja. Ale przekazy radiowe od nich zamilkły już bardzo dawno temu. Tak dawno, że nie warto mieć już żadnej nadziei.

Kiedy poznajemy tę historię dokładniej, dowiadując się, że tej autozagłady dokonała ludzkość, która okiełznała już kosmos, podbiła Księżyc i Marsa, przychodzi smutna refleksja. Autor chyba celowo przez większą część powieści unika moralizatorskiego tonu, jaki nawet pasowałby do tej tematyki. Jednakże kreśli opisy tak ponuro i realistycznie, że sugestywność tych obrazów nie wymaga dodatkowego komentarza. Wraz z głównym bohaterem wędrujemy bezdrożami wyniszczonych Stanów, zaprezentowanymi tak dokładnie, że czytelnik może wręcz śledzić jego drogę z mapą w ręku. Odwiedzać znane z atlasów miejscowości i "patrzeć", w jaką ruinę obróciła je ludzka głupota. Świat z kart powieści jest wyniszczony, okaleczony; natura stała się wrogiem człowieka, nawet człowiek stał się wrogiem człowieka. Ale jednocześnie jest najlepszym świadectwem tego, co może nas spotkać, gdy zapędzimy się za bardzo w szaleństwie niszczenia. 

Czytając powieść, odczuwamy ten przygnębiający klimat bardzo realnie. Jednak opisy te nie są ani nachalne, ani nużące. Zelazny dawkuje je z ogromnym wyczuciem, tak, że praktycznie możemy poczuć się, jak wędrowiec. I tak jak on, cieszyć się gdy na moment zawitamy do miejsca, w którym nie grzmią huragany, rosną normalne drzewa i pada zwykły deszcz. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką można wystawić kreacji literackiego świata.

Powieść drogi
Człowiek oddał życie, aby przynieść nam wezwanie o pomoc! Musimy przedostać się jak najszybciej przez kontynent i to teraz. Później nie będzie już po co!

Zelazny kreśli fabułę dwuwątkowo. Z jednej strony prezentuje nam sytuację związaną z Państwem Kalifornijskim i wielką wyprawą ratunkową, a z drugiej codzienność opętanego epidemią Bostonu. Jakimś cudem do Los Angeles dociera kurier z informacją o epidemii szalejącej w enklawie na Północnym-Wschodzie i umierając, prosi o wysłanie pomocy. Kalifornia, będąc w posiadaniu serum mogącego powstrzymać zarazę, decyduje się jak najszybciej dostarczyć go potrzebującym. Cały problem polega na tym, że nie dość iż zadanie musi być wykonane bardzo szybko, to na dodatek jest to swoista misja samobójcza. Bowiem nie przeżył nikt, kto próbował pokonać Aleję Potępienia.

Akcja powieści skupia się głównie na podróży ekspedycji ratunkowej, która musi się w szybkim tempie przedostać przez cały kraj. Śledzimy jej losy od pierwszego zapalenia silników opancerzonych, naszpikowanych technicznymi nowinkami i ciężko uzbrojonych wozów. Towarzyszymy jej podczas zmagań z żywiołem, z ludzkim zmęczeniem, zwątpieniem i strachem. Razem z jej uczestnikami, nerwowo zerkamy na zegary, odliczając nieubłagalnie umykający czas, tak przecież ważny w tej rozgrywce.

Jednocześnie autor ukazuje nam oblicze Bostonu, w którym epidemia zbiera śmiertelne żniwo. Patrzymy na to z okien gabinetu prezydenta miasta, Harbershira. Wraz z nim wsłuchujemy się w złowieszcze bicie dzwonu, który nie milknie oznajmiając ludności stan nadzwyczajny. Czytamy kolejne, z godziny na godzinę coraz bardziej nieaktualne, raporty o stratach ludności, rozbojach, grabieżach i sytuacji powoli wymykającej się spod kontroli. Boston ma małe szanse na przetrwanie. Ale Boston ma też nadzieję, siłę, która broni go od ostatecznego popadnięcia w chaos i dezorganizację. Boston walczy i modli się, wyczekując ratunku z południa. 

Można śmiało powiedzieć, że powieść ma nie tylko dwa wątki, ale i dwa oblicza oraz przypisane im dwa tempa narracji. Część stanowiąca swoistą opowieść drogi jest bardzo dynamiczna, pełna niespodziewanych zwrotów akcji i napięcia, związanego z niepewnością tego, co wydarzy się kilometr dalej. Natomiast Boston jest statyczny, obserwujemy, jak powoli umiera. Jednak i tym fragmentom nie brakuje napięcia, z tą różnicą, że jest to bardziej napięcie, jakie towarzyszy nieuchronności tego, co nadchodzi.

Zelazny zręcznie wplata tu wątki dotyczące wielu, pozornie niezwiązanych ze sobą bohaterów – kupca, prezydenta, lekarza i zwykłej, zakochanej dziewczyny. Napisałam pozornie, gdyż tak naprawdę łączy ich motyw epidemii, do której każda postać podchodzi inaczej, ze swojego osobistego punktu widzenia. Kupiec denerwuje się z powodu strat i próbuje się dostosować do szybko zmieniającej sytuacji (genialny motyw z rozpaczą, jaką wywołuje u niego wieść o nakazie kremacji zwłok – kiedy on właśnie zainwestował w trumny). Prezydent nie śpi wraz ze swoim miastem, próbując za wszelką cenę opanować narastającą anarchię. Lekarz również nie śpi, walcząc nie tylko z zarazą ale i z własną słabnącą nadzieją. A dotknięta chorobą Evelyn próbuje do końca być fair wobec swojego ukochanego, nawet kosztem największego poświęcenia. Świetne studium psychologiczne społeczności dotkniętej śmiertelną chorobą, doskonałe kreacje postaci, które staja się "żywymi", z krwi i kości, z charakterem.

Droga przez kraj to czysty dynamizm, walka, adrenalina, śpiewny brzęk amunicji i zupełnie niełatwe wybory. W porównaniu z nią, Boston jest spokojny, ale też pełen cichej grozy, nostalgii i refleksji. Zelazny, niczym wprawny malarz, doskonale dobiera barwy by odmalować te dwa, zupełnie inne obrazy. I czyni to tak wyśmienicie, że czytelnik nie potrafi od nich oderwać oczu.

Tam, do czarta...
Byłem siódmym bachorem w naszej rodzinie i kiedy przyszedłem na świat, akuszerka uniosła mnie w górę i spytała starego, jakie imię dla mnie wybrał, na co zaklął "A, czarta tam"

Kogo można wysłać z tak ważną misją, jaką jest dostarczenie serum Bostonowi? A raczej, kogo można wysłać w tak niebezpieczną misję, której powodzenie jest praktycznie niemożliwe? Można posłać jakichś ochotników, tchniętych altruistycznym zrywem serca. Urodzonych bohaterów, skuszonych dodatkowo olbrzymią nagrodą. Ale można też zwerbować kogoś, kto jest najlepszym kierowcą w tej części Stanów, kto podobno nie ma ni serca ni duszy, za to olbrzymią odwagę i wolę życia. Kogoś, kogo można jednak zmusić by "niósł pomoc". W końcu, któż inny miałby przebyć Aleję Potępienia, jeśli nie sam Czart?

Główny bohater powieści, Czart Tanner, to bezduszny bandzior. Prawdziwy zimny drań, dla którego mało co liczy się w życiu, poza własnym tyłkiem, dobrym motorem, papierosami, alkoholem i kobietami. A przynajmniej takim go poznajemy na początku, bo u Zelaznego nigdy nic nie jest do końca takie, jak się wydaje. 

Tanner to były szef motocyklowego gangu, ostatni z Aniołów. W opinii stróżów prawa prawdziwa menta, degenerat i bezduszny morderca. Handlował narkotykami, trudnił się stręczycielstwem, dla zabawy mordował, gwałcił i grabił. Ale tylko on potrafi prowadzić praktycznie wszystko, czym można próbować jeździć. Robił wypady z Los Angeles do Salt Lake City, a niewielu takich nosi ziemia. Dostarczał pocztę aż do Albuquerque, robił trasy do Seattle. Dlatego Rząd Kalifornii nie tylko nie skazuje go na śmierć, ale i wypuszcza z więzienia, obiecując pełna amnestię i dobre wynagrodzenie, jeśli tylko dotrze do Bostonu. Jakby nie patrzeć, jest to dla Czarta pewna alternatywa, mogąca ocalić mu skórę.

Pomimo że Tanner należy do gatunku wyjątkowo wrednych i nieprzyjemnych typów, wprost nie sposób go nie polubić. Zelazny zadbał o to, by postać "ożyła" na kartach powieści, dając jej niecodzienny, twardy charakterek, szczyptę draństwa, sporą dawkę inteligencji, szelmowskiego sprytu i niebywałych wręcz umiejętności prowadzenia. Autor bawi się z czytelnikiem, kilkoma lekkimi, zgrabnymi zdaniami sprawiając, że ten szybko obdarza sympatią Czarta, który potrafił dla zabawy wyłupić komuś oko i terroryzować Kalifornię. U Żelaznego to co czarne miesza się z białym, zaskakująco miast szarości dając fascynującą, barwną kompozycję. A my, czytając, kibicujemy Tannerowi, przeżywając wraz z nim każdy kolejny odcinek śmiertelnie niebezpiecznej podroży. Ale jak na dobrą powieść przystało, nie będzie to tylko podróż przez wyniszczone Stany. 

Autor serwuje nam również podróż głównego bohatera, od tego kim jest do tego, kim może być lub raczej, tym kim też jest. Taką bardzo osobistą wędrówkę, którą prędzej czy później musi odbyć każdy człowiek. Jak skończą się obie te eskapady? Kogo można spotkać po drodze? Co będzie kresem? Tego wam już nie zdradzę, abyście mogli czerpać pełną satysfakcję z szalonego rajdu przez radioaktywną pustynię mając Czarta za kompana.

Na zakończenie słów parę
W teatrze Agonii, na deskach Delirium, w rozświetlanej błyskawicami scenerii Nocy i Snu...

Aleja Potępienia to klasa sama w sobie. Powieść wielowątkowa, napisana lekkim językiem, którym autor sprawnie przedstawił bardzo ciężki świat. Doskonała kreacja postapokaliptyczna, w której każdy fan gatunku odnajdzie coś dla siebie: wyniszczone bezdroża, pustynię, motocyklowe gangi, zrujnowane miasta, kratery po bombach, nieustanne terkotanie broni automatycznej, mutantów, dzikie bestie, a nawet kaznodzieję. Kawałek dobrej prozy, spisany tak, iż miejscami ociera się o poezję. Nie zawiodą się też ci czytelnicy, którzy pragną nie tylko wartkiej akcji, ale i odrobiny refleksji. Zelazny to jeden z nielicznych autorów, który potrafi w tak prosty i barwny sposób prowadzić narrację, jednocześnie zostawiając sobie miejsce dla praktycznie poetyckich fragmentów i filozoficznych refleksji na temat tego, co potrafi uczynić ludzkość.

Aleja Potępienia to doskonałe danie, idealnie doprawione szczyptą przypraw. Przypraw, które są znanymi i sprawdzonymi motywami literackimi, lecz skomponowanymi z takim wyczuciem, iż tworzą niepowtarzalną, wyszukaną kompozycję smakową. Zelazny serwuje nam to, co najlepsze, sprawiając że nie sposób oderwać się od konsumpcji, a po lekturze czytelnik jeszcze długo czuje się w pełni nasycony. Ja zaś ze wstydem muszę przyznać, że pałaszowałam to danie łapczywie i pospiesznie lecz co do kęsa, bo śmiało można powiedzieć, że mój apetyt rósł z każdą stroną powieści.

15.09.2008, Szczecin

Publikowane wczesniej na Crossroads.

Szuflada

Szuflada to takie miejsce, gdzie zazwyczaj się trzyma przeróżne szpargały. Wszelkiej maści grafomani, w tym ci pozbawieni skrupułów publikujący, trzymają tam swoje twory. Twory bywają różne, zazwyczaj z wielu, wymieszanych bajek - zaś zmuszone do wspólnej egzystencji w szufladzie skaczą sobie do gardeł. To powoduje talepanie biurka, do którego owa szuflada przynależy, i utrudnia grafomanowi dalszą pracę. Z tego oto powodu wszystkie swoje twory upycham z rozmysłem w owej okruszkowej, wirtualnej Szufladzie. Tu będą miały więcej miejsca, i od biedy, jak im to do głowy przyjdzie, będa mogły nawet urządzać bankiety na swą cześć.

Większość tych tworów już się gdzieś wczesniej światu pokazywała, a to na Polterze, a to na Crossroads. Żal mi się ich jednak zrobiło, że takie porozrzucane po Sieci. Zresztą, czas mija i grafoman, nawet ten bez skrupułów, zaczyna zapominać, gdzie jakiego twora podrzucił. A tu będą sobie wszystkie grzecznie (oby) siedzieć, w jednym miejscu. W Szufladzie.

Oznacza to jednak, że nieostrożny czytelnik może tu zupełnie przez przypadek spotkać twora zupełnie dzikiego, który się jeszcze nigdzie w świecie nie obył i zwyczajnie w szufladzie straszy. Aby czytelnika ustrzec przed niechybnie zgubnymi skutkami kontaktu z takim nieprzetrawionym przez opinię publiczną tworem, będę grzecznie pod każdym wstawiać adnotację, czy to indywiduum już gdzieś sobie w świecie szalało. Jeśli nie - ostrzegam przed lekturą. 

Rudzielec

Ilsa Zumwald miała trzynaście lat, rude loki, zielone oczy, zadarty nos i znienawidzone piegi. Nie miała też piersi takich, jak jej starsza siostra, co było dla niej prawdziwym zmartwieniem. Ale była przy tym wszystkim szczęśliwa, gdyż pierwszy raz zakochała się w mężczyźnie. Greta, Helga i Karin, jej najlepsze przyjaciółki, miały na ten temat inne zdanie. Według nich wcale nie była to pierwsza miłość. Przecież do dziś wszystkie cztery z rozrzewnieniem wspominają wędrownego grajka, który zatrzymał się zeszłej wiosny w ich wsi. Kochały go wtedy, przez cały tydzień jego pobytu, najmocniej na świecie, na całe życie i aż po grób.

Do tego, Heinzowi Tauberowi daleko było jeszcze do miana mężczyzny. Ledwo rzucił mu się pierwszy wąs, a ojciec nadal tarmosił go za ucho, gdy w obejściu nie było porządku. Przyjaciółki były zgodne: owdowiały tej zimy dwudziestoletni Rutger Baum, który miał w nawyku rąbać drwa bez koszuli na grzbiecie, był mężczyzną, Heinz zaś, w ich mniemaniu, był chłopcem. Dla Ilsy to co mówiły jej koleżanki, nie miało najmniejszego znaczenia, bo to przecież nie one kochały go najmocniej na świecie, na całe życie i aż po grób. Kiedy one kręciły się w pobliżu obejścia Rutgera, Ilsa w każdej wolnej chwili pomagała w gospodarstwie starej.

Matka Heinza cieszyła się z pomocy Ilsy, z jej gadatliwości i niezwykłej energii, która wnosiła tyle radości do domu. Choć miała czterech synów na wychowaniu, to jednak czasem bardzo jej brakowało dziewczęcego szczebiotu. Starszej kobiecie córka kowala przypominała własne córeczki, które wiele lat temu Morr powołał przed swoje oblicze. Mocno polubiła tą małą i rada była z każdej jej wizyty. Poza tym, była to córka jednego z bogatszych gospodarzy. Ludzie powiadali, ze w posagu miała najlepszą ojcową łąkę pod lasem, dwie krowy i puchową pierzynę. Nie sposób było Ilsy nie lubić i nie dostrzegać w niej, matczynym zwyczajem, przyszłej synowej. Szybko też zauważyła, za którym z jej synów córka kowala wodzi oczyma. Tauberowa uważnie pilnowała, aby młodzi mieli wiele okazji do wspólnego spędzania czasu. Zadbała, aby to Heinz odprowadzał Ilsę do domu, gdy ta się u niej zasiedziała aż do zmroku. Nie wszystko jednak potoczyło się po jej myśli.

***

Ilsa Zumwald miała czternaście lat i jej mały świat runął w gruzach. Najpierw straciła przyjaciółkę, tą najstarszą z ich grupy. Karin, nic sobie nie robiąc z przysięgi wiecznej przyjaźni i wspólnych zabaw, została panią Baumową i na stałe zajęła się pilnowaniem Rutgera. Później było jeszcze gorzej. Jej ukochany Heinz postanowił zaciągnąć się na służbę u jaśnie pana i opuścić wioskę.

- Oj, ty się nie martw – mówił, gdy szlochała – przecież dalej będę cię lubił. A do domu będzie cię Karl odprowadzał, więc będziesz bezpieczna.
- Ja się nie o powroty boję, ino o ciebie... – próbowała powiedzieć mu coś bardzo ważnego.
- Przecie wrócę – uśmiechał się do niej – i będziemy się dalej przyjaźnić. I nad rzekę Cię zabiorę, ryb nałowimy jak ostatnio.

Ilsa nie chciała ani ryb, ani przyjaźni. Chciała, aby ją wziął w ramiona, przytulił i ucałował. Bo tak przecież postępują kochankowie! Tymczasem on, jakby ślepy na jej miłość, swoim starym zwyczajem pogłaskał ją po głowie.

- Na długo nie jadę, zdążę wrócić i potańczyć na twoim weselu, Rudzielcu.

Gdy odchodził płakały obie, ona i pani Tauber. Ale dni mijały dalej i trzeba było jakoś żyć. Nadeszła ciężka praca przy zbiorach, później przy orce i przygotowaniach do Czasu Ulryka. Z wiosną stopniały śniegi, puścił lód na rzece i świat zaczął budzić się do życia. Wszystko dookoła zmieniało się z dnia na dzień. Tylko żar miłości młodej dziewczyny wciąż był taki sam.

***

Ilsa Zumwald miała siedemnaście lat, gdy kompletnie odmieniony Heinz powrócił do wsi. Jego sylwetka zmężniała, nabrała pewnej szlachetności. W jego piwnych oczach widać było pewność siebie. Już nikt nie nazwał by go chłopcem. Na ten dzień Ilsa czekała z upragnieniem, odganiając od siebie z uporem wszystkich zalotników. A tych nie było mało, bo jej ciało dojrzało i nabrało piękna. Rude loki podkreślały niezwykłą jasność cery i szczupłość twarzy. Piękne, zielone oczy przykuwały uwagę mężczyzn nie mniej niż smukła kibić i wydatne piersi. Była przy tym wygadana i pewna siebie, jak mało która dziewczyna we wsi. Kowal z dumą patrzył na swoją córkę i nie naciskał na rychły ożenek. Był pewien, że trafi jej się w życiu ktoś lepszy niż tutejsi chłopi.

- Aleś wyrosła, Rudzielcu – Heinz uściskał ją jak dawniej na przywitanie, budząc zazdrość innych chłopców – I chyba jesteś trochę inna...
- Tak? – spytała, przekornie przekręcając głowę i posyłając mu najładniejszy ze swoich uśmiechów.
- Mógłbym przysiąc, że coś się w Tobie zmieniło... – zawiesił na moment głos – już wiem! Masz nowe piegi na nosie! – zaśmiał się głośno, zakręcając nią w powietrzu niczym starszą siostrą.
- A ty nic nie zmądrzałeś u tych jaśnie państwa – żachnęła się odsuwając od niego – nadal głupiś jak owca!
- Beeee – zabeczał, by rozdrażnić ją jeszcze bardziej. Musiał przyznać, że stęsknił się za domem, za całą tą atmosferą i za wygłupami z Rudzielcem.

Powrót Heinza świętowała cała wieś. Mężczyźni zgromadzili się w karczmie na wieczorze pełnym śmiechu, alkoholu i dysput o wielkim świecie. Ojciec Heinza chwalił się nim komu i jak mógł, bo chłopak nie dość, że zmężniał to jeszcze przywiózł do domu sporo pieniędzy. Jednak już następnego dnia wszyscy wrócili do swoich codziennych obowiazków, zapominając o wielkim powrocie. I tak mijały kolejne dni.

***

- Ale się staremu Tauberowi syn udał, tyle zarobić. Ludzie mówią, ze cały mieszek złotych koron zwiózł do domu – ględził pomocnik kowala.
- Za prace się weź, a nie za plotki– zrugał go Zumwald – co mu po takim synu, co to na ziemi zostać nie chce, tylko do jaśnie państwa wracać woli?! Słyszałem, jak się Tauber skarżył.
- Ano, powiadają, że z wiosną wraca na służbę. Widać dobrze mu tam było...
- Patrzał ty lepiej, żeby tobie było dobrze tutaj – kowal porządkował narzędzia.
- E tam, mnie tu źle nie jest – uśmiechnął się pomocnik – Jeno on marudzi, bo się w panience von Hindenberg zakochał. A karczmarz mówił, że z wzajemnością. Ponoć go za to ze dworu odprawili.
- Głupi, tyle powiedzieć mogę, we wsi tyle zdrowych dziewuch – burknął kowal – ale jak woli szukać w świecie sławy i bogactwa, by się ze szlachcianką pochędożyć, to głupi jest i tyle.

Ilsa cofnęła się od drzwi, pod którymi stała od dłuższej chwili. Postawiła tacę z obiadem dla ojca na ziemi i z płaczem wybiegła z izby. Schowała się w stodole i długo szlochała. Czuła, że coś jest nie tak, gdy tyle opowiadał o jaśnie państwie. Bała się, że Heinz nie zechce tu zostać. Ale ciągle miała nadzieję i ciągle go kochała. Nawet, gdy z durnym rozanieleniem na twarzy opowiadał o Adeli von Hindenburg. Teraz zaś wszystko stało się jasne! On dla tej wymuskanej jędzy gotów w świat ruszyć. Zacisnęła pięści, aż zbielały jej kostki.

- Niedoczekanie twoje, von ladacznico! – mruknęła, ocierając nos rękawem.

***

Kowal wybierał się na targ w sąsiednim miasteczku, a Ilsa wyprosiła, by zabrał ją ze sobą. Kochał córkę i rozpieszczał jak mógł, więc i tej prośbie nie odmówił. Ilsa była ostatnio smutna, czym martwiła ojcowskie serce. Ojcowski rozum podpowiadał zaś, że wizyta na targu i zakupy wśród kolorowych kramów, rozwiążą problem.
Do Mittmund dotarli w południe. Kowal miał do załatwienia parę sprawunków, więc pozwolił Ilsie udać się na rynek i zostawił przy niej swojego pomocnika.

- Pilnuj jej Udo, bo jak włos Ilsie z głowy spadnie, to ci nogi z dupy powyrywam!
- Oka nie spuszczę – chętnie przyrzekł pomocnik, bo i tak gapił się na nią przy każdej okazji.

Ilsa chodziła wśród kramów, lecz nie poświęcała uwagi ani kolorowym materiałom ani barwnym wstążkom, ani ślicznym koralom. Chciała wybrać dla siebie coś pięknego, aby zawrócić Heinzowi w głowie, ale kompletnie nie mogła się skupić. Wędrowała praktycznie bez celu, nie słuchając w ogóle rozgadanego i podekscytowanego wizytą w mieście Uda. W końcu znalazła to, czego było jej trzeba.

Wóz wymalowano kolorowo, mężczyzna siedzący na nim obsługiwał spory tłum zainteresowanych. Pomocnicy stojący obok wykrzykiwali w niebo głosy:

- Magiczne mikstury Wielkiego Tubariego! Amulety na szczęście, na bogactwo! Sam cesarz je nosi! Eliksiry na urodę, dla wszystkich pań! Maaaagiczne mikstury...

Ilsa przecisnęła się przez tłum, pomagając sobie łokciami. Zgubiła gdzieś po drodze Uda, ale mało ją to obchodziło. Udało jej się dopchać przed tłuste i czerwone oblicze samego Wielkiego Tubariego.

- Amulet na bogactwo? Bo na urodę nic nie potrzeba, królewno – sapnął sprzedawca.
- Nie, ja czegoś innego potrzebuję.
- Już wiem – zakrzyknął radośnie – mam tu specyfik specjalnie dla ciebie królewno – dodał konspiracyjnym szeptem.
Zanurkował w głąb wozu i po chwili wrócił uśmiechnięty, dzierżąc w dłoni małą fiolkę pełną czerwonego płynu.
- Noś to przy sercu. Szepcz jego imię, gdy zasypiasz, a po trzech dniach daj mu to wypić i pilnuj, by zaraz po tym tylko w twoje oczy spojrzał – ściszył ponownie głos – A twój będzie już do końca życia.

Trafił. Zawsze wiedział, czego pragnie ludzka próżność. Przez moment jeszcze patrzył na odchodzącą dziewczynę, ważąc w dłoni monety. Zaśmiał się głośno i wrócił do pracy.

- A dla dobrodzieja co? Bogactwo już masz, wiec amulet szczęścia polecam...

***

- Przyniosłam ci jedzenie – Ilsa uśmiechnęła się do Heinza.
- Dziękuję Rudzielcu. Przyda się, bom zgłodniał – przerwał rąbanie drwa i usiadł na pieńku.
- Popij kompotem. Dobry, z naszych jabłek...
Patrzyła jak zajada z apetytem i nerwowo zaciskała dłonie. Czekała.

***

Kolorowy wóz opuszczał miasto tuż przed zamknięciem bram. Koła turkotały, a młody woźnica podśpiewywał wesoło. Z tyłu, Wielki Tubari zaniósł się głośnym rechotem, zacharczał i wypluł flegmę.

- Dziękuję Ci Panie za te bogactwa – charczał trzymając w dłoniach gnijące resztki jedzenia – Przyjmij Panie Plagi, mą ofiarę z głupców. Niech piją swoje eliksiry i gniją w męczarniach ku twej chwale. Niech krew im się gotuje i ustami wycieka, niech wrzody pokryją ich ciała...
14.02.2007, Szczecin

Opowiadanie publikowane w Dziale WFRP serwisu Poltergeist.

piątek, 19 marca 2010

Homo actualus

W codziennej bieganinie

                              zagubieni

tkwimy zaplątani

w szarej pajęczynie

asfaltowych ulic, kamiennych chodników,

nie mogąc wybrać żadnej z dróg,

                        których jest bez liku.

Konformistyczni, optymistyczni,

ubezpieczeni, skredytowani,

zmotywowani, zapracowani,

dobrze ubrani, dobrze sprzedani

                     słowem - do bani.

22.02.2010

Wiosna

Czy to radość

zrodzona pierwszym

ciepłym podmuchem?

Czy może miłość

przywołana wiosennym

serca odruchem?

19.03.2010