środa, 22 kwietnia 2009

Opowiastka o martwym kocie

Na początku tej opowieści kot był całkiem żywy. Czarne futro lśniło w blasku słońca, gdy z dumnie wyprężonym ogonem paradował po podwórku. Stawiał na nim swoje pierwsze kroki, jako zdobywca. Wszystko wydawało się takie nowe, takie ruchliwe i takie kuszące. Z młodzieńczym zapałem polował na myszy, odkrywając ich smak. Dzięki temu nauczył się nie czuć głodu i dbać o swoją egzystencję. Tak żył w dostatku, z pełnym brzuchem i dobrym humorem.

Wtedy to złośliwy los postawił na drodze kota pewnego równie złośliwego gryzonia. Pojawił się praktycznie z dnia na dzień, w szczelinie pobliskiego muru. Kot uważnie go obserwował, bo w pamięci wciąż miał obraz sprzed wielu lat, gdy był małym kocięciem i wybornie bawił się z gryzoniowym oseskiem. Ze zdumieniem kot musiał przyznać, że nie tylko on się zmienił, ale i gryzoń. Nabrał doświadczenia, urósł i zmężniał. Stał się gryzoniem idealnym, kuszącym kąskiem. Kot poczuł głód, jaki jeszcze nigdy w nim nie gościł.

Planował, obserwował i gotował się do skoku. Lecz gdy zbliżył się do szczeliny w murze, gotów pochwycić w łapki gryzonia i wbić kły w jego ciepłe ciało, zawahał się. „A co, jeśli w ten sposób stracę coś cennego?” – myślał kot, nerwowo stukając ogonem w klepisko podwórza. – „Najem się, a już do końca życia będzie brakowało mi tego smaku”. Dokładnie w tym momencie rezolutny gryzoń wysunął swoją główkę z norki. Długie wąsiki podniosły się lekko w górę, gdy serdecznie uśmiechnął się do kota.

- Wiem, co ci chodzi po głowie, kocie – pisnął z bezpiecznej norki. – Chcesz mnie zjeść, bo jestem gryzoniem, największym i najzacniejszym w tej okolicy. Z drugiej strony, prędzej czy później, jakiś drapieżnik i tak mnie upoluje. Ale popatrzmy na to inaczej. Po co psuć naszą przyjaźń? Wiele jest gryzoni, które możesz pożreć. Ale tylko z nielicznymi możesz się przyjaźnić. Przemyśl to, kocie.

Kot wziął sobie słowa gryzonia do serca i przypomniał wszystkie dobre chwile, jakie razem spędzili. Schował pazurki i wyciągnął łapkę na zgodę. Tak oto kot i gryzoń znów zaczęli się przyjaźnić, a dni na podwórku upływały leniwie i spokojnie. Z biegiem czasu w sąsiedztwie zamieszkali ludzie, którzy cieszyli się z obecności kota. Zawsze mógł liczyć na wystawione przez nich miseczki pełne mleczka i smacznego jedzonka. Kot docenił opiekę i przyzwyczaił się do ludzi. Mruczał, gdy brali go na kolana, ale starał nie dać się ostatecznie obłaskawić i zachować kilka ścieżek wyłącznie dla siebie. Jedną z nich była ta wiodąca wprost do szczeliny w murze. Ignorował zdenerwowane ludzkie głosy, które wyrażały niezadowolenie z tego, że kot nie przepędził jeszcze szkodnika.

Dni na podwórzu zlewały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Kot delektował się jedzeniem z miseczek i żył w dostatku. Wtedy to złośliwy los znów sobie o nim przypomniał. Kot stracił apetyt, a ludzkie frykasy nie pieściły już jego podniebienia. Snuł się apatycznie po podwórzu; bez zainteresowania wodził oczyma za licznymi myszkami płochliwie przebiegającymi przed jego nosem. Czuł głód, ale nie miał najmniejszej ochoty na nie polować. Bo kot był głodny tylko smaku tego jedynego gryzonia, którego nie mógł zjeść. Pragnienie było tak silne, że nic innego nie chciał brać do pyszczka.

Lśniące futerko straciło blask, a zgrabna sylwetka wychudła. Zmartwieni ludzie podstawiali pod koci nos coraz wymyślniejsze smakołyki, ale nigdy nie znikały one z miseczek. Mijały dni, mijały tygodnie. Z blasku kociej istoty nie zostało nawet wspomnienie. Gryzoń również namawiał kota, by ten poszukał sobie w końcu jakiegoś pożywienia. Ale wymęczony drapieżnik nie miał już nawet siły mu odpowiedzieć. W końcu, zwinięty w kłębek na miękkim posłaniu, wyzionął ducha. Taki jest koniec opowiastki o kocie, który zdechł z głodu pośród miseczek pełnych jadła.

Morał zaś kreśli się taki: żaden, nawet najlepszy gryzoń nie jest wart tego, by dla niego zdychać. I powinien o tym pamiętać każdy kot.


5 komentarzy:

  1. Zakończenie alternatywne.

    Gryzoń usiadł tuż przed zdychającym kotem.
    -Naprawdę powinieneś coś zjeść - pisnął.
    Kot otworzył jedno oko i ostatkiem sił spojrzał na gryzonia. Wciągnął w nos jego zapach. Do pyszczka nabiegła mu ślinka.
    - Skoro nalegasz - mruknął i jednym kłapnięciem szczęk odgryzł gryzoniowi głowę, a potem dwoma kłapnięciami pożarł tłuste ciałko. Ogon wypluł, bo pamiętał, że ogony gryzoni bywają trujące.
    Rzeczywiście, gryzoń smakował idealnie. Był odpowiednio soczysty i odpowiednio jędrny. Kot przeciągnął się z rozkoszą i oblizał pyszczek.
    - Trzeba było zeżreć go od razu - mruknął do siebie, po czym poszedł zaprzyjaźniać się z tygrysem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale wtedy to nie byłaby już "Opowiastka o martwym kocie", Jo ;)

    Ale przyznam, że zakończenie alternatywne bardzo przypadło mi do gustu. Tylko skąd tu tygrysa wytrzasnąć?!

    OdpowiedzUsuń
  3. O matko... Co ten deszcz robi z ludźmi :D
    Tygrys? Nie wiem, ale w opolskim możesz nadal znaleźć panterę w lesie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Akurat żeś z tą panterą trafiła w dziesiątkę, Nataszko. Nawet znam osobę, która ma do niej blisko ;)

    Kończąc pisanie Opowiastki, też doszłam do wniosku, że deszcz źle na mnie działa. A przynajmniej na słowa, jakie wystukuję na klawiaturze.

    OdpowiedzUsuń
  5. W pierwszej notce narobiłaś mi smaka na opowieść o kotku, którego zabiła ciekawość, natomiast tego sierściucha wykończył "buddyzm zen na 5 levelu".

    Tygrysa najlepiej wziąć z moskiewskiego zoo, ten z żarciku* by się świetnie nadał, bo on miałby urozmaicenie, a kot umarłby z szeroko pojętej ciekawości.

    a teraz żeby było checniej - jako facet "oczywiście" wszystko sprowadzam do "myślenia tylko o jednym". no i wychodzi na to, że morał jest cholernie dołujący. ale za opowiastkę serdeczne dzięki.



    *żarcik:
    - czy tygrys w moskiewskim zoo zjadłby 20kg miesa dziennie?
    - oczywiscie, tylko kto mu je da?

    OdpowiedzUsuń