Jak w temacie - nic dodać, nic ująć. Wróciłam właśnie z rewelacyjnego wypadu. Sprawdzony, dobry,wręcz ulubiony skład znajomych. Kogoś bardzo fajnego zabrakło, w zamian trafiły się dwie nowe, równie ciekawe, wesołe i sympatyczne. Słowem: kilka świetnych dni, w doborowym towarzystwie, w sprawdzonej agroturystyce i oczywiście - z Warhammerem w tle. Dwóch mistrzów gry, na każdego pięciu graczy. Co decyduje o randze takiego zlotu? Czy mega-wypaśna sesja? Nie, choć przyznam, że bywa milutkim dodatkiem. Czy świetna miejscówka? Ważna, ale nie na tyle, by mieć decydujacy głos. Udana podróż? No proszę, PKP... W takim razie zostaje postawić na kolejną opcję: rewelacyjna grupa znajomych, pełna pozytywnych "ludzisków", za którymi już się człowiek nieźle stęsknił.
Ale sama podróż też ma swoje uroki. Najpierw trochę nerwowo: pakowanie, pospieszne domykanie Tylko Tych Ważnych Spraw, Które Muszą Mieć Finał Przed Wyjazdem (Albo Takie Udają), lekka adrenalinka. Potem rajd, na łeb na szyję, byle zdążyć dopaść drzwi pociągu na ostatnią chwilę przed odjazdem. A na koniec już tylko to, co najlepsze w podróżach: cichy turkot kół mknących po szynach i kolejne kilometry migające za oknem rzędami drzew, wstęgami pól i płachtą nieboskłonu. I to jest dobre. Odprężam się, uspokajam. Mam kilka godzin tylko dla siebie. Pomyśleć, poukładać, posnuć - to jedyne postulaty, jakie wtedy kręcą się w głowie.
Ostatnio cały czas siedziałam na swoich szlachetnych czterech literkach, nigdzie nie podrózowałam. A to brak urlopu, a to brak okazji, a to brak pieniędzy (czyli: jak zwykle). Warto jednak czasem przełamać ten stan zawieszenia i wbrew wszystkim i wszystkiemu, chwycić plecak i ruszyć przed siebie.
Metoda ta ma przełożenie również na całe nasze życie. Można tkiwć spokojnie, cichutko w jednym jego punkcie. Frustrować się, cieszyć ćwierćszczęściami i powtarzać, że przecież mogło być gorzej, odmawiając sobie odrobiny praw do tego, czego się pragnie. Można niby, ale po co?! Lepiej chwycić za plecak, wrzucić doń to, czego się nauczyliśmy; spakować kanapki z doświadczenia, doprawione zwykłą, ludzką nadzieją i szczyptą marzeń, i ruszyć. Przed siebie. W kierunku, który zawsze nas kusił. To co, że nie wiemy, czego się można spodziewać na zakręcie. To co, że nikt nam nie da na piśmie gwarancji, iż podróż ta minie bezproblemowo i zakończy się powodzeniem. Za bilet też nikt nie zwróci. Warto jednak podjąć to ryzyko. Bowiem, jeśli się choć trochę postaramy i w końcu ruszymy w wielką wędrówkę życia, już tylko od nas zależy, czy da nam ono to wszystko, czego od niego oczekujemy. Miast ćwiartek radości - pełne szczęście. Miast frustracji - słodki smak zadowolenia. Miast stałego "mogło być gorzej" - pełne pasji "Boże, jest lepiej!". Miast sprawdzonego tego, co jest - kuszące to, co będzie.
Jak bowiem sprawdzić, czy można wycisnąć z życia jeszcze więcej, czy da radę zrealizować pragnienia, marzenia i plany - jeśli się ciągle tkwi w miejscu i rozmyśla?
Ja też nie wiem, czy można się nie kłócić o drobnostki, czy można być szczęśliwym, nie znając kogoś w 100%, czy można kochać wbrew wszelkim przeszkodom. Wiem jednak, że nie ma innej drogi, by to sprawdzić, niż chwycić za plecak i ruszyć w wielką, życiową wędrówkę.
